wtorek, 12 lutego 2019

Co wspólnego ma hedonizm z treningiem funkcjonalnym? | Wspomnienia z kursu trenera personalnego

Wiesz, jakie to uczucie, gdy po ponad 8 latach (to 1/3 mojego życia!) trenowania nagle dowiadujesz się, że robiłeś to wszystko nie tylko zgoła niepoprawnie technicznie, ale i kompletnie bez sensu, bez jakiejkolwiek ogłady czy ukierunkowania? Nie? To ja ci powiem. To jest trochę tak, jakbyś nagle zorientował się, że przez cały ten czas biegłeś w kołowrotku jak chomik, myśląc że zbliżasz się do celu, a tu w rzeczywistości co najwyżej przy dobrych wiatrach może trochę poprawiłeś sobie wydolność oddechową. Heh, o ile w ogóle.

W jednej chwili otwierają się oczy. I BENG! Wchodząc do klubu, już nigdy nie zobaczysz tego, co przedtem tam widziałeś. O, właśnie tak się czułam w czasie zdobywania uprawnień trenerskich.

A było to w zeszłe wakacje.
Momentami miałam wrażenie, że znajduję się w trochę dziwnej, średnio komfortowej sytuacji. Nie mogłam się przestawić z myślenia dietetyka na myślenie trenera. Był też ten dreszczyk emocji i niepewność w poruszaniu się po nowych obszarach zupełnie jak na początku studiów. To jednak nie to samo, ba! to niebo a ziemia, porównując do kursu instruktora fitness, który ukończyłam w 2014 roku. Dobrze było to sobie przypomnieć. Ot tak, dla pokory.

Siłownia to nie jest dla mnie obce miejsce. Już nie. Ciągle z nostalgią wspominam swoje pierwsze kroki (wpis z lutego 2015: "Siłownia okiem kompletnego świeżaka"), ale od tamtego czasu minęły 4 lata. Zdążyłam przywyknąć do tego środowiska, a już tym bardziej na przestrzeni ostatniego roku z tego względu, że jest to do teraz moje aktualne miejsce pracy, a więc po prostu - spędzam na siłowni ponad 40h tygodniowo.


Kurs sam w sobie był najbardziej intensywną przygodą tamtego lata. Każdy dzień obfitował w ogromne dawki wiedzy - zarówno teoretycznej, jak i tej praktycznej. Można powiedzieć, że wchodziłam do klubu, zaczynałam jeden, wielki trening i kończyłam go 7-8h później. I tak codziennie. Nie ukrywam, układ nerwowy był maksymalnie przeciążony. Nie było czasu, by się zregenerować, a co dopiero, by spokojnie przeanalizować przerobiony materiał i przygotować się na dzień kolejny.

Główna prowadząca kurs - której nazwiska wolałabym nie wymieniać, ale zdradzę, że jest to dosyć znana w tym środowisku osoba - mówiąc kolokwialnie, dodatkowo utrudniała nam wszystkim życie. Jej wyniosłość, zmanierowanie i brak nawet cienia pokory, czy szacunku względem drugiego człowieka szczególnie zapisały się w mojej pamięci. Nie reagowała, gdy dziewczyny zgłaszały jej, że ciężar dobrany do danego ćwiczenia (by przepracować technikę) jest dla nich zbyt duży. Kazała dźwigać, bo "jeśli chcesz być trenerem, to nie możesz wymiękać". Ok, ale jak to się ma do tej sytuacji?! Na logikę, by nauczyć się techniki, należy właśnie wręcz przeciwnie - spuścić z obciążenia! Zadając pytanie na skojarzenia czy opinię (niemerytorycznie), jeśli czyjeś zdanie nie pokrywało się z jej, lubiła rzucić kąśliwym komentarzem. Mogłabym tak wymieniać naprawdę długo, ale... szkoda słów.     

Kurs był zakończony egzaminem - teoretycznym i praktycznym, który polegał na przeprowadzeniu pełnowartościowego treningu personalnego. By zaliczyć teorię, należało uzyskać 100% poprawnych odpowiedzi. Pytania dotyczyły anatomii, fizjologii, dietetyki, programowania treningowego i wielu innych zagadnień, które były poruszane (bądź nie, ale chcąc być trenerem, trzeba je znać) w czasie kursu.

Najgorzej było w przypadku modułu z dietetyki. Herezje do kwadratu typu oleju kokosowego dobrego na wszystko. Czułam się, jakbym była poddawana torturom. By ukończyć kurs, musiałam zaliczyć również ten moduł bez względu na posiadanie dyplomu, a skoro warunkiem było 100% w punktacji, byłam zmuszona wypisać te wszystkie głupoty na arkuszu egzaminacyjnym. Owszem, mogłabym próbować wchodzić w dyskusję, ale szczerze? Po tylu dniach totalnego wymęczenia fizycznego i psychicznego chciałam po prostu dostać legitymację trenera i już nigdy nie musieć oglądać facjaty naszej "przeuroczej" prowadzącej.

Czy gdybym mogła cofnąć czas, wybrałabym ponownie ten sam kurs?
- prawdopodobnie nie, a już tym bardziej nie z tą osobą prowadzącą! Nie zaprzeczam, że dowiedziałam się mnóstwa użytecznych rzeczy. Kurs zmienił moje spojrzenie na wiele kwestii związanych z treningiem i kulturą fizyczną w ogólnym rozumienia. Ale! Niestety atmosfera i inne uchybienia spowodowały, że nie chciałabym tam wrócić.

Co ważne - na jednym szkoleniu przygoda się nie kończy, a przynajmniej nie powinna. To tylko wstęp, baza. Ja mam to szczęście, że na co dzień przebywam w środowisku fitness, więc mogę wiele uczyć się od kolegów z pracy, obserwując ich, czasem nawet dopytując. Osobiście na razie nie planuję dalszego poszerzania kwalifikacji w tym zakresie (słowo klucz: na razie!). Jestem zdania, że najpierw powinnam porządnie ugruntować tą wiedzę, którą mam, by móc pójść dalej. Raczkuję. I mam tego świadomość.

Dlaczego zdecydowałam się na kurs trenera personalnego, skoro moją główną ścieżką zawodową jest dietetyka kliniczna?
- dla wiedzy, dla nabrania ogłady, dla uporządkowania i usystematyzowania dotychczas zdobytych doświadczeń, dla przyjemności, dla własnej satysfakcji, dla samorozwoju, dla poszerzenia kwalifikacji, dla stworzenia sobie nowych możliwości na przyszłość... bo czemu nie, skoro aktywność fizyczna to bardzo ważna część mojej codzienności?

Co wspólnego ma hedonizm z treningiem funkcjonalnym? 
- wiecie... to temat rzeka, ale skoro hedoniści poszukują przyjemności w życiu, to czy w tej emocjonującej wyprawie nie przydałoby się im sprawne ciało? ;)


Kontakt: dietetyk.kprzewlekly@gmail.com
fitmiracle.blog@gmail.com

13 komentarzy:

  1. I w sumie dobrze, że poszerzyłaś horyzonty :) z drugiej strony nigdy nie wiemy kiedy co i gdzie może się przydać nawet jeśli atmosfera nie była do końca zadowalająca.
    serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie że trzeba poszerzać horyzonty. Osobiście nie lubię tkwić w utartych schematach.

      Usuń
  2. Szkoda, że nie było Ci tam przyjemnie, bo w miłej atmosferze łatwiej przyswaja się wiedzę, ale najważniejsze, że i tak udało Ci się to zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda że nie do końca wszystko było ok.
    Mnie taki kurs nie jest na szczęście do niczego potrzebny. Czemu na szczęście? Nie wiem nawet jak to okreslic

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze,że uczestniczyłas w takim kursie. Tylko szkoda, że atmosfera była kijowa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ty to lubisz dać sobie w kość :D Chyba rozumiem ten hedonizm. :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Też od pewnego czasu chodzi mi po głowie kurs trenera żeby usystematyzować swoją wiedzę i oprzeć ją na jakimś certyfikacie. Boję się jednak właśnie tych kursów bo teraz jest ich tak dużo, że łatwo wpaść na minę.. Możesz na priw napisać co to był za kurs ? będę wiedział, żeby go unikać. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma, co tu ukrywać :) Gdzie robiłam kurs widać chociażby na zdjęciu z dokumentami :)
      Pssst, uważaj na panią MM, która te kursy prowadzi. Na szczęście nie we wszystkich miastach, więc można na nią nie trafić.

      Usuń
  7. Bardzo dziękuję za odpowiedź. Na jesień planuję się na jakiś wybrać ale przynajmniej wiem już jakiego unikać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo ciekawy i inetersujący post. Oby tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wpisa jak najbardziej interesujący

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeden z lepszych blogów o tej tematyce. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...