piątek, 27 lipca 2018

Wyznania dietetyczki | Co za dietetyczka-hipokrytka!

Mimo że pewne wzorce żywieniowe są już we mnie dawno utarte i odżywianie zgodne z tym, czego na co dzień staram się nauczyć moich pacjentów, jest dla mnie całkowicie naturalne, to jednak mnie też zdarzy się czasem pójść na hamburgera (choć niespecjalnie za nimi przepadam), zjeść kubełek lodów albo w zapracowany dzień sięgnąć w biegu po lepiąca się od lukru drożdżówkę. I co z tego?

Jestem człowiekiem i nic, co jadalne, nie jest mi obce...
Przecież nie zdarza mi się to codziennie! Na początku mojej dietetycznej drogi krępowałam się, robiąc zakupy spożywcze, bo co jeśli przypadkiem spotkałabym jakiegoś znajomego albo przynajmniej osobę, która zna mnie z widzenia i wie, czym zajmuję się zawodowo? Bałam się, że będą oceniać moje kwalifikacje na podstawie tego, co kupuję. Tak jakbym miała się, czego wstydzić. A oczywiście, że nie mam! Moje zakupy wyglądają zazwyczaj podobnie - 50% warzyw i owoców, 15% produktów węglowodanowych takich jak pieczywo, czy kasze, 20% nabiału i innych źródeł białka i... te 15% produktów rekreacyjnych/uzupełniających, do których należą również słodycze! I co z tego? Nic! Właśnie nic! Sęk w tym, że dookoła nas krąży wiele żywieniowych mitów, absurdalnych, niepotrzebnych rygorów i tym podobnych rzeczy, o których braku zasadności ja doskonale wiem, ale mogą nie wiedzieć tego inni. A później zrozumiałam, że skoro chcę uczyć moich pacjentów racjonalnego podejścia do diety, to przecież nie powinnam tracić zimnej krwi w takich - bądź, co bądź błahych - okolicznościach. Bo... czy gdzieś w tym wszystkim jest rozsądek, do którego chcę zachęcać?

Więc mam to już za sobą.
Teraz mam nieco inne problemy.

Problem nr 1. Nie wyjdę swobodnie do żadnej knajpy czy restauracji ze znajomymi, nawet nie do lodziarni albo pączkarni, bo narażę się na milion pytań odnośnie tego, co zamawiam. Typu "to ty jesz takie rzeczy?!". Nie no, przecież ja jem tylko kurczaka z ryżem i brokułami...

Problem nr 2. Nie mogę spojrzeć (chociażby mimochodem i przelotnie) w stronę jedzącego cokolwiek znajomego, żeby nie usłyszeć tekstu w stylu "nie patrz tak na mnie, wiem, że to nie do końca zdrowe, ale dzisiaj nie miałem czasu/ ochoty/... na przygotowanie czegoś lepszego". No do jasneeeej choleeery....

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałabym wytknąć znajomemu, że ma fatalne nawyki żywieniowe. Tak długo jak z własnej nieprzymuszonej woli nie dołączy do grona moich pacjentów albo nie zapyta mnie po prostu o opinię, to nie jest mój biznes. Nigdy tego nie zrobiłam i nie zamierzam zrobić. I mówcie sobie, co chcecie, ale ja pomimo mojej całej miłości do dietetyki, nie widzę powodu, dla którego miałabym tworzyć dookoła siebie tego typu presję.

Zwłaszcza, że ja sama wyznaję zasadę 80% clean eating - 20% having fun.

Długi, długi czas czułam się nieswojo z myślą, że mogłabym na przykład poczęstować się urodzinowym ciastem, które przyniósł ktoś z ekipy klubu, w którym pracuję. Bo przecież jestem tam dietetykiem, dlatego mnie nie wypada. Co za bullshit! Cieszę się, że "wyrosłam" z tego przekonania... Aktualnie mam jeszcze mały stres, kiedy siedząc w swoim gabinecie przy otwartych drzwiach, jem coś słodkiego. Wiecie, tak raz na jakiś czas do kawy. W każdej chwili przemknąć obok może niejeden klient siłowni, ba! mój potencjalny lub obecny pacjent. I co? I widzi mnie w takiej sytuacji, i co sobie pomyśli?

"CO ZA DIETETYCZKA-HIPOKRYTKA!" 

Z tym, że jest jeden mały, ale jakże istotny szczegół... Poniekąd pisałam o nim już przy okazji starego wpisu, o tym skąd się biorą mity żywieniowe (ciekawskich odsyłam pod ten -> LINK). Ale do rzeczy. Cały szkopuł w tym, że ja jestem raczej dziwnym dietetykiem w oczach wielu (pssst, zwykła, nijaka przeciętność to najgorsze co mogłoby mi się przytrafić). No! Do czasu aż staną się moimi pacjentami i dowiedzą się dlaczego, po co, skąd, jak i w jakim celu. Na ogół nie zabraniam jedzenia słodyczy (chyba, że wymaga tego schorzenie pacjenta), picia kawy, ani nie narzucam eliminowania alkoholu do zera, co więcej - w ułożonych przeze mnie jadłospisach oprócz warzyw, owoców i wszystkich produktów powszechnie uważanych za "zdrowe" (nie lubię tego określenia), można znaleźć też schabowe, lody, a nawet i pizzę. To się nieco kłóci z wizją dietetyka, który każe jeść tylko zieleninę, co nie? No i to budzi różne odczucia. Jedni mnie za to uwielbiają, a drudzy prychają kpiąco, wątpiąc w moją wiedzę (czy słusznie? zostawmy to pytanie bez odpowiedzi). Ale ja wiem jedno - nigdy nie chciałam być sztywniakiem trajkoczącym o pięciu posiłkach dziennie i wypijaniu 2l wody, demonizującym niepotrzebnie niektóre produkty. I nie jestem, więc jest dobrze (a to że czasem zdarza mi się popaść w przeciwległą skrajność to już inna bajka, hehe).

Czy w tych okolicznościach, zjadając raz na jakiś czas ciastko do kawy, nadal jestem dietetyczką-hipokrytką? Mnie się wydaje, że nie (ba! że ktoś taki jak dietetyk-hipokryta nawet nie istnieje), ale stereotypy, wyrabianie sobie zdania bez elementarnej wiedzy w danym temacie i ocenianie kogoś zanim się go pozna, robi swoje...

I ja też zamierzam nadal robić swoje.
I cieszyć się ze wspaniałych wyników moich pacjentów.



Co można, to można, a czego nie można, to też można, ale z umiarem, bo nie ma produktów wyłącznie zdrowych i niezdrowych. ZAWSZE punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i to dawka czyni truciznę trucizną. Pamiętajcie o tym. Grunt to indywidualne podejście.


Kontakt: dietetyk.kprzewlekly@gmail.com
fitmiracle.blog@gmail.com

1 komentarz:

  1. Aż mi ślinka cieknie na widok tego brownie, muszę poszukac przepisu :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...