czwartek, 5 stycznia 2017

"Wafle ryżowe: wróg czy sprzymierzeniec?" prawie PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ

Na pewno wiecie, że blogerzy mają dostęp do przeróżnych statystyk, odnoszących się do bloga, którego prowadzą. Można na przykład sprawdzić hasła, dzięki którym czytelnicy najczęściej wyszukują nas przez google, ile czasu spędza przeciętny czytelnik na naszym blogu czy po prostu to, który wpis cieszy się największą popularnością. I jeśli chodzi o tą ostatnią z wymienionych kategorii, w moim przypadku (o dziwo!) jest to wpis o waflach ryżowych, który powstał prawie pięć lat temu, co więcej - w zaledwie drugim miesiącu istnienia tego bloga. 

Dla tych, którzy nie są ze mną od początku, małe naprowadzenie słowem wstępu - miałam wtedy 18 lat, zdrowym stylem życia w prawdziwym znaczeniu interesowałam się od roku, może dwóch, nie miałam jeszcze ukończonego kursu instruktora fitness, ani mi się śniło, by studiować dietetykę i nie byłam zbyt doświadczonym blogerem. Te informacje mają poniekąd kluczowe znaczenie, a dlaczego? Myślę, że za chwilę zrozumiecie.


Ten wpis jest doskonałym przykład tego, czego nie robić w sieci, zarówno prowadząc bloga jak i po prostu szukając RZETELNYCH informacji na jakikolwiek temat. Uwaga młodsi koledzy i koleżanki, początkujący blogerzy - urządzam ten samo-pojazd, byście nie popełniali moich błędów. 

Po pierwsze, nie mając chociażby podstaw fachowej wiedzy, wypowiedziałam się o czymś, o czym w zasadzie jak widać wówczas nie miałam zielonego pojęcia, ba! co więcej - nie omieszkałam podzielić się przy okazji dosyć śmiałymi a niekoniecznie trafnymi tezami dotyczącymi żywienia, których potwierdzenia na próżno szukać. Po drugie, jako źródła informacji posłużyły mi strony internetowe, których oczy kogokolwiek związanego naukowo (tak na poważnie) z dietetyką pewnie nawet nie widziały, a więc o najmniejszej wartości merytorycznej raczej mówić tu nie można. W ten sposób rodzą się mity, niedomówienia i powielane zostają nie do końca jasne informacje, które nijak mogą się komuś przysłużyć, a być może nawet wręcz przeciwnie. Blogerzy, apeluję - nie róbmy tak, dbajmy o jakość i rzetelność przekazywanych przez nas treści.

Dlaczego w związku z tym wpis nadal jest dostępny w archiwum? Może lepiej byłoby go usunąć i nie dawać złego przykładu? Rzeczywiście się nad tym zastanawiałam, ale raz na jakiś czas pojawiają się pod nim nowe, ciekawe komentarze. Bywają hejty na mnie i na marny poziom tego "artykułu", bo przecież jak (prawie) dietetyk może napisać taki szlam (ekhemmm...), ale zdarzają się też interesujące opinie internautów o waflach samych w sobie, których w istocie ten wpis przecież dotyczy. To właśnie głównie ze względu na nie, treść nie została jeszcze usunięta, bo (w tym kontekście trochę egoistycznie) uwielbiam czytać, co mają do powiedzenia moi czytelnicy, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie związane z żywieniem. Plus tak jak pewnie wiecie, nie lubię ingerować w historię bloga.

Przez te prawie pięć lat hejtów nazbierało się tyle (nie wszystkie są opublikowane pod wpisem), że w końcu przyszedł taki moment, w którym poczułam, że muszę się ustosunkować do tego, co kiedyś tam powypisywałam zwłaszcza, że "co nieco" w stanie mojej wiedzy się od tamtego czasu zmieniło. 

Pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli na początek po prostu odpowiem na pytanie zawarte w tytule, bo podejrzewam, że to was może właśnie najbardziej interesować. Otóż aktualnie uważam, że wafle ryżowe to ani wróg, ani sprzymierzeniec, bo nie istnieje coś takiego jak produkt "zdrowy" i "niezdrowy". To jak tolerujemy dane składniki z jadłospisu wynika z ich ilości oraz indywidualnych czynników, które charakteryzują nasz organizm takich jak: stan fizjologiczny, wiek, płeć, dotychczasowa dieta, przebyte choroby, występujące alergie, predyspozycje i wiele innych, a więc to co jednej osobie służy, drugiej może szkodzić, ale o tym bardziej rozwinę się może w przyszłości. 

A idąc wzorem czterech kwestii poruszonych we wpisie sprzed pięciu lat...
  • Wysoki indeks glikemiczny: prawdą jest, że ryż biały ma dosyć wysoki indeks glikemiczny (brązowy nieco niższy), ale na szczęście istnieje pewna sztuczka, która pozwala nam "obejść system". Wystarczy połączyć produkt o wysokim indeksie (tutaj wafel) z tym, który ma niższy (np. z twarogiem), a to w efekcie zredukuje indeks całościowy posiłku.
  • Poziom przetworzenia: technologiem żywności nie jestem, a poza tym muszę się wam przyznać, że to jak żywność powstaje, średnio mnie pasjonuje, ale myślę, że nie ma sensu demonizować wafli pod tym względem.
  • Wartość odżywcza: fakt, jest to źródło w zasadzie tylko węglowodanów, ale czy to naprawdę aż taki mankament? Przecież w założeniu nasz jadłospis będzie zawierał też inne produkty, które dostarczą nam pozostałych makroskładników.
  • Zawartość błonnika: skoro jeden wafel waży około 10g, oczywistym jest, że nie możemy wymagać, by znajdowało się w nim tyle błonnika, by została pokryta znacząca część naszego dziennego zapotrzebowania.
Na ten moment według mnie nie ma jasnych i jednoznacznych przesłanek za tym, by wafle ryżowe kategorycznie eliminować, dlatego jeśli je lubicie i nic innego nie stoi na przeszkodzie, spokojnie mogą pojawiać się w waszych posiłkach. Oczywiście, wszystko w granicach rozsądku. Grunt, by dbać o różnorodność w diecie.

PS. Jestem ciekawa, czy za kolejne pięć lat moje zdanie na ten temat będzie diametralnie inne. To naprawdę interesujące doświadczenie, wracać czasem do archiwum i porównywać, co i dlaczego zdążyło się zmienić...

 Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...