niedziela, 5 lutego 2017

O tym, co utarło mi nosa na ostatnich zajęciach, czyli jak prawidłowo gotować... ziemniaki

Dieta bogatoresztkowa. Można by rzec, podstawy. Skomponować jadłospis ze zwiększoną ilością błonnika i płynów powinien umieć każdy student dietetyki. Tak zwanych kruczków i pułapek nie jest w niej zbyt dużo i pewnie to dlatego na studiach poznaje się ją jako jedną z pierwszych, jednak wiadomo - w praktyce to stan pacjenta stanowi o wielkości wyzwania. Tak w zasadzie... teraz to chyba mało kto nie wie, co to błonnik i do czego jest nam potrzebny, co nie? Więc siedzę na tych zajęciach i czekam. Czekam na ten pik, ten moment, w którym pojawi się informacja, która mnie zaskoczy. Bo tak jest zawsze, gdy pozornie wydaje mi się, że marnuję swój czas, słuchając o czymś, o czym uczyliśmy się na pierwszym roku. Nic nie dzieje się bez powodu, więc jeśli wracamy do jakiegoś zagadnienia, wiem, że nie ma to na celu tylko powtórki wiadomości. Dlatego czekam. Cierpliwie. 

Jeśli dieta bogatoresztkowa, to wcześniej wspomniany błonnik, a jeśli błonnik to woda, bo bez niej na wiele nam się on nie przyda, a wręcz może nam zaszkodzić. W pewnym momencie zajęć pojawia się slajd podobny do poniższego:


I to mnie zainteresowało, ale bank jeszcze nie został rozbity. Dyskusja schodzi na mity dotyczące ziemniaków. Wiecie, że niby tuczą, są zwykłymi zapychaczami bez wartości odżywczych i tak dalej. Nic nowego. Nagle ktoś rzuca, że jedyny problem, jaki ich de facto dotyczy, to błędy w ich przygotowywaniu, które Polacy notorycznie popełniają. Poza tym małym technologicznym szkopułem niewiele mają w sobie wad.  
- Ja tego błędu nie popełniam - odzywa się ktoś z końca sali
- Ja też nie - wtóruje mu inna osoba, a zaraz za nią kolejna
A ja wybałuszam oczy i zastanawiam się, o jakim błędzie mowa. Głupio mi, bo wszyscy dookoła wydają się być zorientowani w temacie. Wszyscy, tylko nie ja. Oliwy do ognia dolewa wykładowca, mówiąc, że wcale go to nie dziwi, że my, jako (przyszli) dietetycy mamy na tyle wiedzy, żeby postępować mądrze w kuchni, ale zwykły Kowalski ma prawo nie być świadomym i tu zaczyna się nasza rola. Z każdym jego kolejnym słowem staję się coraz mniejsza. "Halo, czy powiecie mi w końcu, o co chodzi?" myślę, ale wstydzę się zapytać.

Na szczęście ktoś mnie wyręcza, tym samym nieco mnie uspokajając. Może nie jest ze mną aż tak źle, skoro jednak nie byłam na sali jedyną nieuświadomioną? Łudzę się. Ale do sedna! Okazało się, że:
A. ziemniaki należy wrzucać do już wrzącej wody (tak jak np. makarony)
B. solić powinno się najwcześniej w drugiej połowie gotowania (a im później, tym lepiej)

Dlaczego?

Ziemniaki są bogatym źródłem potasu. Im wcześniej je solimy, tym więcej potasu sód wyprze z komórek ziemniaka. To, w którym momencie solimy, nie ma znaczenia tylko w sytuacji, gdy chcemy ugotować zupę, bo wszystko to, co "wygonimy" z bulwy i tak pozostanie w wywarze. Przykaz, że należy zaczynać gotować je od wrzącej wody, również ma związek z ochroną ich wartości odżywczych.

Wiecie, nadal mi głupio. Jak ja przebrnęłam przez ponad dwa lata, zaliczając po drodze technologię żywności i inne przedmioty, na których mogłam się tego dowiedzieć, a jednak nigdy o tym nie słyszałam? W sumie nie ma co się dziwić, skoro przecież nigdy nie ukrywałam, że kucharzyna ze mnie raczej słaby :P Duuużo nauki jeszcze przede mną, oj dużo.

 Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

6 komentarzy:

  1. widzę że solę poprawnie ziemniaki, ale o tym, że się je wrzuca do wrzącej wody nie miałam pojęcia. następnym razem tak zrobie

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, też słyszałam, że najlepiej wrzucać na wrzątek.....Co więcej, dowiedziałam się tego z ....Kuchennych Rewolucji przez totalny przypadek:). Mało poruszaliśmy na technologii żywności temat ziemniaków. Przecież jest tyle lepszych produktów. Po kiego nam ziemniaki? Zapominając, że szary Kowalski prędzej kupi te ziemniaki niż amarantus czy inne droższe kasze. Szkoda, że zachwycamy się superfoods, zapominając o naszych lokalnych, rodzimych produktach, które wpisały się na stałe w kulturę kulinarną Polaków.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje biedne ziemniaki, wszystkie robione źle :D dobrze, że w zasadzie za gotowanymi aż tak nie przepadam i najczęściej robię frytki w piekarniku :D chociaż pewnie by się okazało, że też wszystko mi z nich ucieka :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Łooo matko... Całe życie w błędzie :D Za niedługo sama będę sobie gotować, więc przynajmniej nie zacznę od popełniania błędów :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No proszę - a u mnie w domu tak się robiło od dawna i to większość znajomych na studiach dziwnie na mnie patrzyła :) Bardzo potrzebny post, ja również nie miałam pojęcia, że to kwestia czego innego, niż zwykłego przyzwyczajenia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z tym soleniem to wiedziałam - ale o wrzucaniu do wrzątku nie :) dzięki!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...