niedziela, 17 stycznia 2016

Mój dziennik treningowy. Jak i dlaczego go prowadzę

Wynalazek, jakim jest dziennik treningowy, nie jest mi obcy. Od lat prowadzę zeszyty, które nazywałam w ten sposób, ale dopiero niedawno odkryłam, że żaden z nich w rzeczywistości nigdy nie był prawdziwym dziennikiem. Ok, poprawka - nigdy nie był dziennikiem, który spełniałby swoje najważniejsze funkcje.

Bo tak w zasadzie to...
po co nam coś takiego jak dziennik treningowy? 


Trenujemy w określony sposób, ponieważ chcemy uzyskać konkretny efekt. Oczywiście, niektórzy poświęcają czas na aktywność fizyczną tylko i wyłącznie dla rekreacji i nie ma w tym absolutnie nic złego, jednak takie osoby to całkowicie odrębna grupa, do której od dawna się nie zaliczam, więc zostawię ją z boku. Skoro mamy w głowie mniej lub bardziej sprecyzowany cel, nie wystarczy robić cokolwiek i byle jak, bo rezultat jaki uzyskamy też będzie byle jaki, a nie o to nam przecież chodzi. W związku z tym musimy działać według odpowiedniego planu i tu kryje się pierwszy powód, dla którego dziennik treningowy to niezbędna rzecz, bo jak bez niego kontrolować czy z danego planu się wywiązujemy? I gdzie ten plan w ogóle zapisać, by wiedzieć co robić? A no, w dzienniku.

czwartek, 14 stycznia 2016

GYM stories #1. Szalona nastolatka

Miałam na sobie zwykłe, spodnie dresowe i pierwszą-lepszą bokserkę, a przed wyjściem z szatni niedbale związałam włosy. Trzymając w dłoniach butelkę wody i ręcznik, z nieco znudzonym wyrazem twarzy skierowałam się w stronę wolnej bieżni. Byłam zmęczona, bo przyjechałam na siłownię od razu po pracy. Na maszynach zaraz przy tej, którą ja wybrałam, ćwiczyły dwie młode dziewczyny - na oko szesnastki. Spojrzałam na nie, lekko się uśmiechnęłam, po czym skinęłam głową na powitanie. W odpowiedzi niestety otrzymałam tylko ich wysoko wędrujące nosy. Obydwie zmierzyły mnie z góry do dołu i z dołu do góry, parsknęły i wróciły do ploteczek podczas maszerowania z tempem 5km/h. Pomyślałam ok, może nie jestem godna żadnego ciepłego gestu od dwóch gimnazjalistek w markowych ciuchach i toną makijażu na twarzy. Wywróciłam oczami, śmiejąc się z tej sytuacji i zabrałam się za trening. W planach miałam porządny bieg interwałowy, bo był to mój dzień cardio. 

Po chwili z męskiej szatni wyszedł chłopak, którego kojarzyłam z wcześniejszych treningów. Pamiętam, że zawsze robił na mnie oszałamiające wrażenie, bo wiekiem pewnie nie odstawał od tych dziewczyn z bieżni obok, a mimo to miał sylwetkę lepszą od niejednego zawodnika ze sceny men's physique. Ponadto zawsze trenował w tak zaawansowany sposób, że po prostu kopara mi opadała. Niesamowita siła i wytrzymałość mięśni! Widać, że jest wielkim fanem kalisteniki. Kiedy zaczął rozgrzewać się na bieżni w tym samym szeregu, co ja i dziewczyny, jedna z nich wydała z siebie bliżej nieokreślony pisk (zachwytu?) i rozpuściła swój długi, blond warkocz, chichocząc, bawiąc się i zarzucając na wszystkie strony kosmyki włosów jeszcze przez dłuższą chwilę. Jej koleżanka patrzyła na nią, jakby chciała jej powiedzieć co ty dziewczyno wyprawiasz, ale w rzeczywistości nie odezwała się ani słowem. Ja sama nie wierzyłam własnym oczom. Jak nietrudno się domyślić, chłopak będący jej celem, kompletnie nie zwrócił na nią uwagi. Pobiegał przez dziesięć minut, a potem standardowo udał się pod klatkę do crossfitu, gdzie zwykle trenuje. 

Na przeciwko bieżni, po której biegałam, stoją maszyny typu ginekolog - wersja na przywodziciele i druga na odwodziciele. Bohaterki tej historii postanowiły, że wykonają na nich kilka serii łączonych. Nie jestem pewna, czy do końca wiedziały na co się porywają. Akurat te mięśnie są bardzo podatne na kontuzje, a biorąc pod uwagę okoliczności: a. nie wyglądały na osoby doświadczone, więc w teorii superserie nie są dla nich najlepszym wyborem, b. maszyny bardzo izolują, a to równa się jeszcze większemu ryzyku, mogły łatwo zrobić sobie krzywdę chociażby źle dobierając obciążenie. Stwierdziłam jednak, że nie będę się odzywać, bo przecież nie ja jestem trenerem na tej siłowni i tak naprawdę nic mi do tego, jak kto trenuje. Starałam się nawet za bardzo na nie nie patrzeć, ale było to niezwykle trudne, bo trenowały dokładnie na wprost mnie. Zanim zasiadły do pierwszej serii, dziewczyna od rozpuszczonego warkocza, spojrzała na mnie z zuchwałym wyrazem twarzy, podciągnęła leginsy i uniosła wysoko nogę, próbując okraczyć całe siedzisko. Oczywiście, przez cały ten czas nie spuszczając ze mnie oczu. Zastanawiałam się, o co jej chodzi. Kiedy jakimś cudem udało jej się objąć nogami, rozstawione na maxa skrzydła, ponownie odwróciła się do mnie i dumna z siebie, zagryzając wargę, puściła mi oko. Nie no serio... teraz to mnie próbowała uwieść, czy jak? Zaczęłam czuć się nieswojo. Na całe szczęście mój trening już dobiegał końca...


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

sobota, 9 stycznia 2016

Czy wiesz, czym różni się motywacja od dyscypliny? I dlaczego potrzebujesz ich obu?

Postanowienia noworoczne są moją małą tradycją od czasów gimnazjalnych. Każdy pretekst do zmian jest dobry, ale nowy rok to szczególna okazja i właśnie ja zawsze tak to postrzegałam. Na początku tworzyłam długie listy, składające się z około 20 punktów. Im stawałam się starsza, tym ich ilość się zmniejszała. Przyznaję się - były takie lata, w których z powodzeniem mogłam wypisać sobie na czole "członek drużyny słomianego zapału", jednak w 2014 roku nareszcie zrozumiałam, co wówczas robiłam źle, że na samych chęciach się kończyło i od tamtej pory moje postanowienia przybrały raczej formę celów do zrealizowania niż luźnych życzeń typu "będę milsza dla znajomych" czy "będę częściej chodzić do teatru".

Pssst, sekretem jest metoda S.M.A.R.T. ale odsyłam do wujka Google, bo to nie o niej jest ten wpis.

Zwykle kiedy poruszę temat postanowień, spotykam się z komentarzami, że są bez sensu, bo i tak nikt się z nich nie wywiązuje i nim minie chociażby luty, mało kto o nich w ogóle pamięta. "Zabrakło mi motywacji" wielokrotnie ktoś się przede mną tłumaczył, mimo że wcale tego nie oczekiwałam. Cóż, w przeszłości sama się często tak przed sobą tłumaczyłam, nie mając pojęcia, że tak naprawdę to nie ta biedna motywacja (a raczej jej brak), której wszyscy ciągle tak uporczywie szukamy, jest tu winna.

Wiecie, czym jest motywacja? To świadomość następstw swoich czynów; to jest ten impuls, który popycha nas do działania, kiedy nagle świetny pomysł wpada nam do głowy. Ale niedługo po tym przychodzi moment, gdy emocje opadają i... motywacja słabnie. To zupełnie normalne.

Dużo mówi się o wizualizacji celu jako o jednym z najlepszych sposobów na jej utrzymanie i wzmocnienie. Ja stawiam na schematy podobne do poniższego przykładu.
Ten pewnego rodzaju ciąg przyczynowo-skutkowy, przypomina mi dlaczego chcę dany cel osiągnąć, a więc o tym, co jest moją motywacją. To już połowa sukcesu, ale to niestety nie wystarczy.

Realizacja celów wiąże się z pracą lub/i wyrzeczeniami. Rzadko cokolwiek przychodzi do nas łatwą ręką, a już tym bardziej nie to co jest warte posiadania. Najpierw musimy dać coś od siebie, by uzyskać pożądany efekt. To jasne i logiczne. Zwykle nie podejmujemy się tego z entuzjazmem (choć bywa i tak). Wiecie, jak to jest... czasem lenistwo, czasem strach przed wyjściem poza własną strefę komfortu. I to jest właśnie chwila, w której dyscyplina powinna wystąpić przed szereg.

Popularny słownik języka polskiego, 2007, wydawnictwo Wilga
W 2013 roku pisałam o zasadach szczęśliwego człowieka, które jednocześnie są tymi, którymi ja kieruję się na co dzień. Pierwsza z nich brzmi: rób to, co musi być zrobione nawet, jeśli nie masz na to ochoty. Tak naprawdę nieważne, jak bardzo chcę zrealizować dany cel i jak wielką mam motywację, bo jeśli nie będę konsekwentna i zdyscyplinowana w pokonywaniu kolejnych zadań, które mnie do niego przybliżają, nigdy go nie osiągnę. Ile razy zdarzyło się wam usłyszeć lub nawet samemu powiedzieć coś w stylu "bardzo chcę poprawić sylwetkę do lata, bo czeka mnie wyjazd nad morze"? To jest właśnie motywacja! Ale i tak pomimo jej obecności tylko garstka ludzi faktycznie uzyskuje widoczne efekty. Dlaczego? Bo oprócz motywacją mogli pochwalić się również dyscypliną, która nie pozwoliła na to, by stali się zmienni jak chorągiewka na wietrze i podatni na własne słabości.

Codziennie stajemy przed wyborami. Wahamy się pomiędzy tym, czego chcemy w TYM MOMENCIE, a tym czego chcemy W DALSZEJ PERSPEKTYWIE. Prawdziwą siłą jest zwyciężyć z chwilową pokusą, a jest to cholernie trudne. Motywacja niestety nam w tym nie pomoże. Ok, no może w niewielkim stopniu. Jestem jednak zdania, że w tym miejscu główną rolę odgrywa właśnie dyscyplina.
Podsumowując,
motywacja jest tym, co pozwala ruszyć z miejsca i jest niezwykle ważnym czynnikiem, ale to tylko impuls, który się pojawia i znika. Warto ją pielęgnować, jednak należy pamiętać, że prawdziwa potęga i sekret sukcesu to dyscyplina, która pomaga nam między innymi odróżnić chwilowe, mało znaczące zachcianki od tego, czego naprawdę chcemy i wytrwać przy tym.

Dyscyplina to wiedzieć, czego się chce i dążyć do tego pomimo napotykanych trudności.
*** 

Na 2015 rok moim głównym postanowieniem było uzyskanie stypendium za wyniki w nauce. Udało się i to uczucie, gdy dostałam oficjalne pismo z decyzją z dziekanatu, było niesamowite, bo naprawdę wiele mnie to kosztowało wyrzeczeń i czasu z nosem w książkach. Wiele razy miałam ochotę po prostu odpuścić. Bywało też tak, że pytałam samą siebie, po co ja to w zasadzie robię - to były te momenty, gdy motywacja mnie opuszczała, ale ratowała mnie wtedy dyscyplina. Ze zgrzytaniem w zębach uczyłam się zawzięcie rzeczy, których ode mnie wymagano, a niekoniecznie wydawało mi się, że były dla mnie, jako przyszłego dietetyka, istotne. Denerwowało mnie to, ale ostatecznie... było warto. I to nie tylko ze względu na uzyskane stypendium. Po prostu wiem teraz więcej i mimo wszystko jestem przekonana, że kiedyś zwróci mi się do z nawiązką.

Na tym przykładzie nauczyłam się też, że jedno DUŻE postanowienie (tzn. takie o ogromnej wartości) jest lepsze niż kilka mniej znaczących. Kiedyś byłam zwolenniczką "małych rzeczy" (bo wiecie, podobno to w nich jest zapisany wzór na szczęście, jak śpiewała Sylwia Grzeszczak), ale doszłam niedawno do wniosku, że w moim przypadku chyba przestało zdawać to egzamin.

Lubię rzucać się na głęboką wodę. Lubię wyznaczać sobie cel i jednocześnie myśleć "cholera, co mi strzeliło do łba". Lubię bać się, że jego realizacja może mnie przerosnąć, bo to mnie właśnie determinuje - jeśli cel mnie przeraża, wiem, że droga do niego pozwoli mi się rozwinąć, a przecież o to chodzi.
I tak właśnie jest z moimi noworocznymi postanowieniami ;)


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...