czwartek, 16 czerwca 2016

Najpierw trenujesz, by schudnąć, później zaczynasz to robić, by stać się NINJĄ

Dawno, dawno temu, kiedy nosiło się koszulki z krótkim rękawem tak, by spod nich wystawały te z długim, a Lady Gaga jeszcze kogoś szokowała, starałam się żyć aktywnie, bo jak co druga napotkana dziewczyna chciałam po prostu schudnąć. Chwyciłabym się wszystkiego, o ile ktoś obiecałby mi, że ten dany trening skutkuje mnóstwem spalonych kalorii i... rozmiarem mniej w zadowalającym czasie. Mógł być nawet śmiertelnie nudny, bezsensowny albo wyjątkowo nieprzyjemny - było mi to obojętne. Gwarancja efektów była wszystkim. I tak na testowaniu na sobie przeróżnych metod i fitnessowych wynalazków mijały mi miesiące, a później lata. Poprawna technika ani inne bardziej merytoryczne kwestie w ogóle mnie nie interesowały. Psst, teraz trochę się tego wstydzę, ale cii. Na szczęście w którymś momencie nagle dotarło do mnie, że coś tu nie gra...

Nie! Źle napisane! Wcale do mnie nie dotarło. Ja się po prostu znudziłam.
Bo co to za frajda pocić się i męczyć tylko po to, by ubywało centymetrów? Uuu! To trochę jak taka... samodestrukcja, no nie? Bo co innego niby miałoby spotkać mnie na mecie tego całego przedsięwzięcie, skoro chodziło tylko o to, by było mnie coraz mniej? Ok, nie będę udawać, że sylwetka kompletnie mnie nie obchodzi, bo każdy lubi i chce wyglądać dobrze, ale... wszystko opiera się na priorytetach. Teraz to wiem.

I oto jestem - w miejscu, w którym chcę wszystkiego! Grać w kosza, squasha, biegać, dźwigać ciężary i robić te fikuśne figury rodem z jogi, w których człowiek wygląda jak pozwijany precel. I... tak naprawdę mogłabym w ten sposób wymieniać do jutra przeróżne dyscypliny, które kręcą mnie mniej lub bardziej. Przyznaję, jeszcze do niedawna nie potrafiłam się zdecydować i wiem, że nie było to zbyt mądre, bo mimo że trenuję od ładnych paru lat, w niczym nie jestem naprawdę dobra, a przecież to o to chodziło.

Sylwetka to tylko skutek uboczny. Niebywała sprawność - to prawdziwy cel, a droga do niego jest jedną z najcudowniejszych. Nie wiem, czy istnieje coś, co daje więcej radości i satysfakcji niż pokonywanie własnych barier. 

Zaczynasz od zwykłej chęci poprawy sylwetki, a kończysz na startach w zawodach.
Coś pięknego...
Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

10 komentarzy:

  1. Mnie, obawiam się, nie "grozi" startowanie w zawodach, ale są sporty, które, o dziwo, uprawiam z przyjemnością, jak taniec czy pływanie. A że przy okazji mogę poprawić sylwetkę, to tylko radość jest większa :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluje, obym ja w sporcie znalazła podobna drogę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę, że szukasz kolejnej dawki motywacji i jest to dobra droga :) Sama początkowo trenowałam dla figury, teraz bardziej zależy mi na swojej sprawności, udoskonaleniu umiejętności niż same cm, które w pewnych partiach przybyły, ze względu na masę mięśniową.

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie najlepszą motywacją jest cieknący pot po czole, a że wychodzi ostatni to jest świetnym wyznacznikiem mojego zmęczenia. Najbardziej motywuje mnie to szalone zmęczenie, kiedy wszystko rozgrywa się w głowie, a nie w mięśniach, kiedy myślę, jeszcze jeden kilometr, jeszcze 10 podniesień.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tytuł mówi wszystko, podpisuję się pod tym obiema rękami.
    Jest taki piękny moment w życiu, niektórzy wpadają na niego od razu inni muszą na niego trochę poczekać, kiedy to uświadamiasz sobie że ćwiczysz tylko i wyłącznie dla siebie, dla własnej rozrywki, dla oderwania od rzeczywistości i wreszcie dla przyjemności. Wtedy naprawdę zaczynasz czerpać z tego garściami, chcesz więcej i więcej dostajesz.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dokładnie :D Miałam to samo, próbowałam już chyba wszystkich sportów dookoła, aż zachciało mi się podnoszenia ciężarów. I nie zostało mi już nic innego niż zostać ninja :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Chyba to jest normalne, że zaczynamy od jakiegoś celu, potem chcemy czegoś więcej.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mądrze napisane, szczególnie, a nasze podejście do tematu aktywności sprzed lat jest bardzo zbliżone, teraz kiedy się zastanowię nad moim "treningowaniem" to nie wiem, czy się sobą załamać, czy być z siebie dumna, ile bezsensownych rzeczy potrafiłam zrobić ;)teraz przestałam się zmuszać do rzeczy, które mnie męczą. Pokochałam jazdę na moim miejskim rowerku i jest to coś, do czego nie trzeba mnie zmuszać, ani namawiać ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...