niedziela, 24 kwietnia 2016

Z pamiętnika studentki: euforia białego fartucha

Przemaszerowałam dumnie przez korytarz pełen pacjentów, uśmiechając się z życzliwością do każdego z nich, kto nawiązał ze mną kontakt wzrokowy. Otwierając drzwi do chwilowo mojego gabinetu, jeszcze nie wierzyłam, że to się dzieje. Weszłam do środka i odetchnęłam, rozkoszując się tą chwilą. To takie niesamowite uczucie posmakować w końcu tego, do czego dąży się tak zawzięcie od kilku lat. Odkąd pamiętam, jakaś niezidentyfikowana siła przyciągała mnie do medycznego środowiska. Na biurku leżał stos kartotek pacjentów i materiałów dydaktycznych, które pod koniec konsultacji mieli ode mnie otrzymać, natomiast po lewej stronie stała waga oraz tablica pomagającą zobrazować prawidłowe żywienie. Zanim poprosiłam pierwszą osobę, posiedziałam chwilę przy ogromnym biurku, rozglądając się dookoła. Chciałam zapamiętać ten moment jak najlepiej. 

To było jak inauguracja. Przyznaję, lubię nadawać głębsze znaczenia pewnym wydarzeniom. Pierwszy pacjent, biały fartuch i tytułowanie mnie panią dietetyk. Najlepsze uczucie EVER.


Oczywiście, nie było tak, że zostałam puszczona zupełnie samopas, bo przecież jestem tylko studentką i nie mam jeszcze uprawnień do wykonywania zawodu. Pacjenci, którzy wychodzili ode mnie, byli kierowani na kontrolę do moich przełożonych, którzy sprawdzali, czy aby na pewno moje zalecenia są prawidłowe.

Mimo wszystko w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałam się, że podczas studenckiej praktyki zawodowej będę mogła choć przez krótką chwilę poczuć się jak prawdziwy dietetyk. Wszyscy dobrze wiemy jak to bywa - studentów raczej traktuje się jak piąte koło u wozu i to przytrafiło mi się rok temu. Natomiast tym razem trafiłam do miejsca, w którym nauczyłam się niezwykle dużo i to właśnie głównie przez praktykę, a nie samo obserwowanie.

Jest taka zasada wśród lekarzy i psychologów - nie powinni leczyć członków swoich rodzin. Sądzę, że wśród dietetyków również należy ją wprowadzić, o ile już ona nie funkcjonuje. W domu nikt nie patrzy na mnie jak na przyszłego specjalistę, podważają każde moje słowo, czasem wręcz wyśmiewają i wolą uwierzyć pani ekspert w DDTVN niż mnie. Nigdy nie ukrywam, że jest to krzywdzące, bo pokazują mi tym, że coś w co ja tak usilnie wierzę i z czym chcę związać całe swoje życie, jest głupie i bez sensu. Jednocześnie staram się zrozumieć ich zachowanie. Dalsza rodzina na spotkaniach przy kawie zawsze zapyta, jak mi idzie na studiach. Ostatnio zanim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam: "Ty to się tam chyba nie napracujesz za bardzo, co? Bo co może być trudnego w jedzeniu?" Cóż... gdyby tylko wiedzieli, jak okrutnie się mylą. Nikt z nich nie ma pojęcia, ile godzin spędziłam (i nadal spędzam) z książkami do biochemii, fizjologii czy interny. Mimo rosnącej popularności usług dietetycznych i coraz głośniejszej propagandy zdrowia, społeczeństwo nie jest jeszcze w pełni świadome. I właśnie tego się bałam przed przyjęciem pierwszego pacjenta...

Bo wiecie, średnia wieku osób przychodzących do poradni, w której ja robiłam praktyki, była zdecydowanie powyżej 50. Miałam tylko jedną młodszą pacjentkę, u której zdiagnozowano cukrzycę ciążową. Im starszy pacjent, tym trudniejszy. Takie osoby mają już utarte nawyki żywieniowe i pewne utorowane myślenie. Ciężej im też wytłumaczyć zależności np. między makroskładnikami albo związek sposobu odżywiania z samopoczuciem. O tym się kiedyś kompletnie nie mówiło, więc teraz brzmi to dla nich co najmniej niedorzecznie. Bałam się, że zostanę potraktowana, jak przez członków najbliższej rodziny zwłaszcza ze względu na moją baby face, która z całą pewnością nie dodaje mi autorytetu.

Trzecia z kolei pacjentka chyba zapadnie mi w pamięci najbardziej. Była to kobieta przed sześćdziesiątką, która przez całą konsultację nawet na mnie nie spojrzała. Siedziała z naburmuszoną miną i założonymi rękami, nie odzywając się i ignorując wszystkie moje pytania. Miałam wrażenie, że słucha mnie za karę. Cóż, więc zrezygnowałam z prób nawiązania dialogu i postawiłam na formę wykładu. Za nią w kolejce na tamten moment nie było już żadnych pacjentów, więc gdy skończyłyśmy, wyszłam z gabinetu i udałam się do tego, w którym pracowały moje przełożone. Po chwili w jego drzwiach stanęła ta sama kobieta.
- Przepraszam, a ta pani dietetyk już nie przyjmuje? Bo ja chciałam jeszcze coś... - zapytała pełna przejęcia
Byłam zaskoczona.
- Pani mnie szuka, tak? - wyłoniłam się zza kozetki - Proszę, przejdziemy z powrotem do gabinetu. - zaprosiłam ją gestem dłoni
Okazało się, że wizyta u mnie uświadomiła jej, że do tej pory popełniała błąd za błędem i przez to nasilała dietą symptomy swojej choroby. Jej skwaszona mina podczas konsultacji wynikała z jej złości na samą siebie, a ja myślałam, że ziściły się moje obawy, wynikające z doświadczeń z rodziną. Nagle jej nastawienie obróciło się o 180 stopni. Prosiła mnie o jak najwięcej informacji i rad, była gotowa zmienić diametralnie wszystkie swoje nawyki i to natychmiast. Chyba nigdy nie widziałam kogoś tak zdeterminowanego! Jednak najbardziej zaskoczyła mnie jej prośba, bym została jej dietetykiem prowadzącym. To było niesamowicie miłe, ale niestety musiałam odmówić.


Przed tymi kilkoma dniami praktyki w przychodni, miałam okazję bawić się w dietetyka tylko dla swoich znajomych i rodziny. To zupełnie dwie inne bajki, porównując te doświadczenia do rozmów z kompletnie obcymi ludźmi. Ich wdzięczność i zainteresowanie to największa nagroda jaką mogłam dostać, a jeśli moje zalecenia choć trochę poprawią jakość ich życia i ulżą w chorobie, niczego więcej mi do szczęścia nie będzie trzeba. Ich zdrowie jest wszystkim.

W końcu ktoś traktował mnie poważnie i dzięki temu poczułam, że to co robię ma sens. Zawsze wiedziałam, że chcę pracować z ludźmi i dla ludzi, a po tych praktykach mam absolutną pewność, że wybrałam odpowiednią dziedzinę. Za dwa miesiące czeka mnie wybór specjalizacji. Do tej pory wahałam się między dietetyką kliniczną a sportową. Dziś już wiem, że nie chcę przez całe życie tylko (to tak w dużym uproszczeniu i z przymrużeniem oka) odchudzać ludzi.
Chcę leczyć jedzeniem.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

10 komentarzy:

  1. Gratuluję pierwszych pozytywnych wrażeń. :) Nie przejmuj się tym, jak Twoją pracę postrzegają inni "znawcy tematu", choć wiem, że to może być irytujące zważywszy na to, ile serca i czasu temu poświęcasz. Miej w głowie tylko swój cel i nie zważaj na nic innego, tym bardziej na opinie "życzliwych". :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś była tu zakładka "rozwój osobisty", co się z nią stało?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpisy nadal są dostępne na blogu (do poszukiwań możesz wykorzystać tagi na samym dole), a zakładka zniknęła, bo zbyt rzadko piszę na takie tematy, by je aż tak promować :)

      Usuń
  3. Rozumiem Cię , u mnie w domu też bardzo często podważają to co mówię, wierząc, ze oni wiedzą najlepiej ( studiuję fizjoterapię). Pamiętam, też moje pierwsze "wystąpienie" w białym fartuszku. Coś niesamowitego. Za kazdym razem kiedy wchodzę do szpitala, widze tych ludzi, wiem, że to co robię mam sens, że fizjoterapia naprawdę pomaga. I chociaż raczej nie wiążę swojej kariery z pracą w takiej placówce, to wiem, że wybrałam najlepszy kierunek z możliwych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przybijam *high five* w geście porozumienia i 'zazdraszczam' równie fajnego kierunku studiów ;)

      Usuń
  4. Rodziców nigdy nie przekonasz. Znam to z autopsji. Tyle że moi przyznają mi rację, kiedy mówię, że "coś jest niezdrowe" itp., ale kwitują to krótkim "na coś trzeba umrzeć". =p
    Ale jak dowiedzą się o tym samym niezdrowym fakcie z sieci lub tv, to od razu gadają "o, chyba przestanę jeść to i tamto".
    Poza tym, gratuluję poważnych kroków w wymarzonym zawodzie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję <3
      Z moimi rodzicami, Aniu, jest DOKŁADNIE tak samo :D to jest aż przerażające. Chyba wszyscy studenci z branży przeżywają podobne perypetie :P

      Usuń
  5. Gratuluję Ci tego momentu i takich praktyk! :) Ja w zeszłym roku na swoich też się niestety nie narobiłam, ale dużo poobserwowałam. W końcu nikt studentce nie da sterować całą elektrownią, prawda? :D Co do rodziny mam tak samo, wszyscy myślą, że kiedy siedzę przez 8 godzin przy komputerze to klikam na fejsie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam chodzić w białym fartuszku, chociaż kiedyś nie lubiłam w ogóle białego koloru :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...