wtorek, 29 września 2015

Czy wiesz o co prosisz, pytając mnie czy ułożę ci dietę?

Standardowa reakcja na wiadomość o tym, jaki kierunek studiuję to, oczywiście, nieokiełznana chęć posłużenia mi za przedmiot ćwiczeń.
- Studiujesz dietetykę? To ułóż mi dietę! Ale wiesz... porządnie, żebym chudł(a)!
Od pewnego czasu w takich sytuacjach odpowiadam zawsze w ten sam sposób:
- Ale wiesz, że dietetyka to nie jest nauka o odchudzaniu, prawda?
Zazwyczaj po tych słowach widzę tylko niepewność i zdziwienie na twarzy mojego rozmówcy, więc nie czekając na nic, wzdycham i kontynuuję:
- Ok, będziesz musiał(a) odpowiedź na kilka dość istotnych dla mnie pytań...
- Zjem wszystko - znajomy mi przerywa - Wiesz, coś tam wymyślisz. Najważniejsze, żeby spadło mi parę kilogramów.
- Poczekaj, preferencje żywieniowe to drugorzędna sprawa, najpierw muszę...
- Dobra, dobra. Znasz się na tym. Rób swoje.
I na tym dyskusja się kończy. Ludzie nie mają pojęcia, co to oznacza ułożyć dietę. Nie wiedzą, jak to się robi, ilu informacji o pacjencie to wymaga, obliczeń i czasu. A co najgorsze nie rozumieją, że do dietetyka nie chodzi się tylko po to, by schudnąć i wcale nie chcą słuchać, kiedy usiłuję im co nieco o tym opowiedzieć.

"Dietetyk jest wykwalifikowanym specjalistą ochrony zdrowia, który posiada szeroką wiedzę w zakresie żywienia człowieka zdrowego i chorego. Poprzez dobór odpowiedniej diety prowadzi profilaktykę chorób dietozależnych oraz jest odpowiedzialny za leczenie żywieniowe w różnych stanach chorobowych. Zajmuje się również upowszechnianiem wiedzy w zakresie prawidłowego żywienia."
 źródło: Polskie Towarzystwo Dietetyki http://www.ptd.org.pl/zadania-zawodowe


Czy wiesz o co prosisz, pytając mnie czy ułożę ci dietę?
Prosisz mnie o to, bym poznała cię od strony, którą pewnie nie za bardzo masz ochotę przede mną odkryć. Przecież jesteśmy tylko znajomymi, nawet nie bliskimi przyjaciółmi i spodziewam się, że wolał(a)byś, żebym nie wiedziała, że od tygodnia nie potrafisz poradzić sobie z uporczywymi bąkami. A ja właśnie będę chciała to wiedzieć. To i wszystko inne o tobie. Zasypię cię miliardem (niezręcznych) pytań. Zmuszę cię do opowiadania o twoim wzdętym brzuchu, zgadze, a nawet o problemach ze zrobieniem porannej kupy. Jeśli mnie okłamiesz, zorientuję się prędzej czy później, dzięki powiązaniu faktów, o których powiesz mi odpowiadając na pozostałe pytania, bo organizm ludzki jest pełen zależności. Po tej najbardziej wstydliwej części, zejdziemy o poziom niżej. Zapytam cię o przyjmowane leki (włączając w to antykoncepcję) i suplementy diety. Z tego tematu zręcznie przejdziemy do wszelkich schorzeń, z którymi się borykasz i alergii - przede wszystkim (ale nie tylko) pokarmowych. Ba! Z całą pewnością będę wścibsko dopytywać, jak reagujesz na dany składnik, który cię uczula, co oznacza, że być może opowiesz mi o swędzącej wysypce na lewym pośladku albo o godzinach spędzonych z głową (lub inną częścią ciała) w klozecie. I nie zrozum mnie źle, ja chętnie cię wysłucham, bo to część mojej pracy, a co najważniejsze - zostawię to wszystko dla siebie, bo i mnie obowiązuje tajemnica lekarska, ale czy naprawdę chcesz mi o tym opowiedzieć tylko po to, bym ułożyła ci dietę, której - nie oszukujmy się - będziesz przestrzegać max. dwa dni?

Skąd ten pesymizm? Z doświadczenia. Może to oznacza, że jestem słabym specjalistą od motywacji, ale hej, dopiero się uczę! Fakty niestety są takie, że już nieraz zdarzyło mi się ulec namowom znajomych i angażowałam się w dietetyczną pomoc, ale cóż... tryskali entuzjazmem pierwszego dnia, a gdy po tygodniu w celu skontrolowania postępów pytałam, jak im idzie, w odpowiedzi dostawałam tylko zawstydzony uśmieszek.  Ale wróćmy do tematu...

To nazywa się wywiadem żywieniowo-lekarskim
i jest dla mnie niezbędnym źródłem informacji, które warunkują ułożenie twojego jadłospisu w sposób odpowiedni i dopasowany do ciebie, co oznacza, że jeśli chcesz, by moje rady i zalecenia miały jakiekolwiek sens, musisz przebrnąć ze mną przez ocean niezręcznych pytań i nie istnieje żaden sposób, by to ominąć. Nie, nie mogę po prostu powiedzieć ci, co jeść, a czego nie jeść, by wyglądać dobrze, bo takie ogólniki można znaleźć na każdym portalu czy blogu w internecie (co wcale nie oznacza, że polecam do nich sięgać), a skoro przychodzisz do mnie po pomoc, chcę dać ci indywidualny i konkretny plan, który sprosta twoim oczekiwaniom, ale i zapewni ci potrzebne składniki odżywcze, a przed wszystkim - w żaden sposób ci nie zaszkodzi.

A podstawa to zdiagnozować pacjenta
więc oprócz pytań o częstotliwość wiatrów pojawią się też te o pory posiłków, twoje reakcje na dane produkty żywnościowe, ulubione i znienawidzone dania, o godzinę, o której kładziesz się spać i tą, o której dzwoni twój budzik. Nie powinno cię też zdziwić, jeśli nagle wyskoczę z centymetrem krawieckim i zacznę ściągać miarę z pewnych strategicznych części twojego ciała. Mówiłam ci... chcę wiedzieć o tobie WSZYSTKO.

A to dlatego, że podchodzę do swojego zadania bardzo poważnie. Nie wiem, czy wiesz, ale tak właśnie wygląda standardowa pierwsza wizyta w gabinecie dietetycznym i wszystko to, o czym napisałam powyżej nie jest stricte moim wymysłem. Uważam, że jednym z czynników składających się na obraz dobrego dietetyka, jest to jak wiele informacji chce od nas uzyskać.

Ok, więc co to niby znaczy ułożyć dietę?
Poniżej screen (mało czytelny, wiem, ale ciężko było ująć wszystkie dane w jednym rzucie i nie zniszczyć jakości) przykładowego, dziennego jadłospisu mojej pacjentki, o który zapytałam w ramach wywiadu żywieniowo-lekarskiego. Skład dań i szacunkową gramaturę składników, otrzymaną od pacjentki, rozpisałam sobie w takich oto tabelkach:


Białko, tłuszcze i węglowodany (z podziałem na przyswajalne i nieprzyswajalne) to absolutna podstawa. Oprócz nich mamy jeszcze cholesterol, witaminy i minerały. Żeby oblicz ich zwartość w każdym produkcie pojawiającym się w jadłospisie, a później otrzymany wynik porównać do norm (a więc do zapotrzebowania dziennego) potrzeba sporo czasu. Jest to typowa praca z kalkulatorem i tabelami wartości odżywczych. Podejrzewam, że za jakiś czas będzie szło mi to o wiele sprawniej, ale na ten moment nie mam jeszcze aż takiej wprawy. Dzięki liczbom przedstawiającym procent realizacji pokrycia zapotrzebowania mogę określić występujące niedobory, a później dopasować je do ewentualnych dolegliwości i objawów, na które skarży się pacjent. Kolejnym krokiem jest wprowadzenie zmian w jadłospis lub ułożenie go od nowa. W ten sposób przygoda z tabelami i kalkulatorem rozpoczyna się od nowa...

Sprawa nie jest taka prosta
jakby się mogło wydawać. Wbrew pozorom dietetyk ma bardzo odpowiedzialne zadanie. Mało mówi się o interakcjach, w które mogą wejść składniki żywności z popularnymi lekami, co więcej - niektóre schorzenia wykluczają pewne produkty, a przykładowo uporczywe bóle brzucha mogą zwiastować alergie. Zwykły Kowalski może nie mieć o tym najmniejszego pojęcia, dlatego moim zadaniem jest po prostu pomóc mu to wszystko zauważyć i wyeliminować, a nie jestem w stanie tego zrobić, jeśli nie zbiorę szczegółowego wywiadu.

Ja naprawdę to lubię!
Dla kogoś, kto kompletnie nie interesuje się żywieniem, takie siedzenie z tabelami pełnymi danych i dwojącymi się w oczach cyferek może wydawać się niesamowicie nudne, ale ja naprawdę to lubię. To daje mi ogromną satysfakcję, jeśli słyszę, że chociażby mała zmiana w jadłospisie, którą zaproponowałam, sprawiła, że dana dolegliwość zniknęła. Każda osoba, która do mnie przychodzi, to indywidualny przypadek, w który angażuję się z wielkim zainteresowaniem, dlatego to takie przykre, kiedy cały wkład pracy zostaje krótko mówiąc, olany. Jednak mimo wszystko są tego też dobre strony, bo jakby na to nie patrzeć, każdy pacjent - nawet jeśli nie skorzysta w pełni z mojej pomocy - wpłynie na to, że nauczę się czegoś nowego.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

niedziela, 6 września 2015

Odpowiedź na pytanie "jak wytrwać?"

Jest wiele pytań odnośnie zdrowego stylu życia, które non stop się powtarzają, ale zdecydowanym faworytem jest to o wytrwaniu w nowych nawykach. Jak to zrobić? Jak utrzymać motywację? Jak się tym wszystkim nie znudzić? Ludzie mówią, że ciężko jest utrzymywać czystą michę i zachować regularność w treningach, że nie mają na to czasu albo że nie chcą żyć w ograniczeniu. Z jednej strony marzą by zmienić swoje życie, a z drugiej nie do końca są przekonani czy im się chce cokolwiek w tym kierunku zrobić. 

No to cholera, albo chcesz albo nie chcesz.


To nie jest trudne. Przecież ciało człowieka nie buntuje się przeciwko zdrowym produktom - powiedziałabym, że robi to, gdy karmimy je fastfoodami czy słonymi przekąskami. Tak naprawdę miejscem, gdzie rodzi się ten w zasadzie irracjonalny bunt przeciw temu co zdrowe, jest nasz umysł. Ale dlaczego?

Nie do końca rozumiem, dlaczego w kreskówkach nagminnie pojawia się motyw dzieci, które nie lubią warzyw. Z moich czasów pamiętam Atomówki, które walczyły z brokułami, przedstawionymi jako przybysze z kosmosu (what da fuck). Wiem, że było tego znacznie więcej, ale aktualnie mam dziurę w pamięci. Zmierzam do tego, że przecież oglądają to małoletni widzowie, którzy chłoną wszystko jak gąbka. W ich głowach koduje się informacja "warzywo jest be" i mamy problem, rzutujący również na dorosłe życie.

Dlaczego potrzebujesz motywacji, by jeść po prostu zdrowo?

Zdrowe odżywianie nie boli, nie zabiera więcej czasu ani pieniędzy, w niczym nas nie ogranicza i nie wymaga wyrzeczeń, o ile jest to świadomy wybór. Tu nie chodzi o to, żeby w czymś na siłę trwać. Jedzenie oprócz spełniania podstawowej funkcji ma być również przyjemnością. Jeśli się do tego zmuszasz, sprawia ci to wiele trudności, to znaczy, że coś po prostu robisz źle, bo nie na tym to polega. Męczy cię zjedzenie kebaba? Nie? To dlaczego męczy cię jedzenie kurczaka z ryżem i brokułami? Różnorodność przypraw i technik kulinarnych sprawia, że jeden produkt można przygotować na milion sposobów, dlatego przy odrobinie chęci ciężko się nudzić. Zastanów się, czy rzeczywiście chcesz zmienić styl odżywiania, bo gdybyś naprawdę chciał, uwierz mi, nie szłoby ci to tak opornie i wcale nie szukałbyś non stop motywacji. Prawda jest taka, że jedyne czego byś szukał to inspiracji na nowe dania.

Albo chcesz i jesz zdrowo, albo nie chcesz i dajesz sobie spokój. 
Wszystko jest twoim wyborem. Nikt cię do niczego nie zmusza.
Jednak pamiętaj, że to co kładziesz na swoim talerzu, jest inwestycją na przyszłość. 


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...