piątek, 31 lipca 2015

Mafia stalkerów ma nowego członka

Podglądanie tego, co ktoś jadł na obiad jest wciągające. Creepy, prawda?
Od dwóch dni możecie znaleźć mnie nie tylko tutaj i na facebooku, ale również na... ;)


wtorek, 28 lipca 2015

Prawdziwe znaczenie słowa FIT

Niezależnie od faktu, że ilu ludzi na świecie, tyle gustów i guścików, uważam, że kanon kobiecego piękna jest (niestety) tylko jeden. No, a przynajmniej tylko jeden obraz sylwetki wybija się popularnością nad wszystkie inne w społeczności osób interesujących się sportem. 


Nie lubię, kiedy mówi się tyle o pośladkach Jen Selter i nie ma to żadnego związku z zazdrością. Tak, trzeba jej przyznać, że ma na czym siedzieć i dzięki temu wygląda świetnie. Nie ukrywam, zdarzy mi się zawiesić oko na jej zdjęciach. Czy jest tu ktokolwiek, kto nie złapał się na tym samym choć raz? Jednak problem w tym, że doszło do tego, że dziewczyny zaczęły się do niej porównywać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam lub przeczytałam na jakimś blogu tekst typu "do Jen Selter mi daleko" albo "ćwiczę, by mieć tyłek jak Jen". Z jednej strony każda motywacja jest dobra, ale z drugiej - sądzę, że dużym błędem jest stawianie sobie czyjegoś ciała jako wzór, do którego chciałoby się upodobnić. Fitness i kulturystyka to takie dziedziny, gdzie mówiąc dosadnie - jest dużo golizny (nie w sensie wulgarnym), więc oglądanie czyjegoś tyłka już od dawna mnie nie dziwi. I wiecie co? Widziałam milion pośladków, które co prawda, nie były kopią tych, które ma Jen, ale były równie piękne! Dlaczego ich posiadaczki tego nie dostrzegały?

To tylko jeden przykład z wielu. Schemat powtarza się również przy pozostałych częściach ciała, bo wyidealizowany kanon oprócz okrągłego, odstającego tyłka ma też wyraźne wcięcie w talii, płaski brzuch z delikatnym zarysem mięśni i dosyć niski % BF. Super, tylko mało kto zastanawia się nad tym, że nie wszyscy mają genetyczne predyspozycje do osiągnięcia takiego wyglądu.

Śledzę mnóstwo zawodniczek sportów sylwetkowych i dziewczyn, które po prostu żyją zdrowo, ale od jakiegoś czasu żadna z nich nie jest już dla mnie wzorem, do którego dążę, bo chcę, żeby moje ciało było po prostu MOJE. Nie mam kraty na brzuchu, nie jestem też najszczuplejsza ze względu na to, że jednak trochę tej tkanki tłuszczowej na sobie mam, a do tych podobno doskonałych wymiarów 90-60-90 brakuje mi po około 5-7 cm i... dobrze mi z tym. Nie chcę stać się jedną ze stada identycznych manekinów.


Piszę o tym, ponieważ poraża mnie ilość pytań o to, jak wyrzeźbić pośladki bez rozbudowania ud i częstotliwość pojawiania się wiadomości od zrozpaczonych dziewczyn, które ćwiczą, jak szalone, a mimo to nie zauważają spadków centymetrów. Tak właściwie... jestem ciekawa, czy którakolwiek z nich rzeczywiście tego potrzebuje. Era na szczupłe sylwetki już dawno się skończyła. Doszłam do wniosku, że o wiele przyjemniej dla oka i przede wszystkim ZDROWIEJ jest mieć trochę więcej mięsa na kościach, nie zapominając równocześnie o zachowaniu odpowiedniego poziomu tkanki tłuszczowej. Bo tak naprawdę, co fajnego jest w rozmiarze 34 czy nawet 36? 38,40 i wzwyż też są w porządku!

Nastało takie niezbyt mądre przekonanie, że skoro chodzę wszędzie z lunchboxami i jem dużo warzyw, a wolny czas spędzam jeżdżąc na rowerze albo ćwicząc w domowych zaciszu, to powinnam wyglądać jak atletka. Hmm... ale dlaczego? To znaczy, że osoba, która ma pełniejsze uda czy jedną fałdkę na brzuchu więcej jest zdyskwalifikowana z prowadzenia zdrowego trybu życia? Przecież FIT znaczy w dobrej kondycji, a nie bez grama tłuszczu.

Ideały nie istnieją. Nie ma czegoś takiego jak, perfekcyjna sylwetka. Zawsze znajdzie się coś, co będziemy chciały w sobie zmienić (często niesłusznie), ale właśnie te (pseudo) mankamenty są tym, co odróżnia nas od sklepowych manekinów i dziewczyn z pierwszym stron gazet, które i tak zostały odpicowane w photoshopie. Dzięki nim jesteśmy jedyne i niepowtarzalne. Dlaczego nie potrafimy tego docenić?

Zdrowy styl życia w założeniu powinien krążyć wokół dbania o zdrowie, a ciało to miał być tylko skutek uboczny. Ta moda chyba idzie w złym kierunku...




PS. A i dziewczyny... jesteście piękne takie, jakie jesteście!

sobota, 25 lipca 2015

Nowy plan domowego treningu siłowego SPLIT (przełom lipca i sierpnia 2015)

Treningi w lato to istna katorga (ale za to jaka satysfakcjonująca!). Nie pomaga nawet wybieranie godzin późnowieczornych, ponieważ po całym dniu pokój, w którym mogę ćwiczyć, jest tak nagrzany, że czuję się w nim jak w saunie. Z kolei treningi wcześnie rano też nie zawsze wchodzą w grę, bo pracuję w systemie zmianowym, więc muszę być elastyczna. Niemniej nie jest to problem na tyle poważny, żeby skutkował rezygnacją z aktywności. Wiecie, jak to jest... jeśli chcesz, znajdziesz sposób, jeśli nie chcesz - znajdziesz wymówkę.


Jest kilka szkół rozkładu partii mięśniowych na poszczególne dni treningowe, dlatego miałam sporą zagwozdkę przy układaniu nowego planu. Nie mogłam się zdecydować, czy wolę trenować większą grupę mięśniową, a na koniec dobić tą mniejszą, która asystowała czy jednak lepiej będzie rozłożyć tak, żeby każda partia była raz asystującą i raz grającą pierwsze skrzypce. Ostatecznie zdecydowałam się na opcję, która wydała mi się bardziej sprzyjająca regeneracji, bo z kolejnym FBW chyba bym umarła z nudów.


Dobór ćwiczeń też był nie lada wyzwaniem. Byłoby inaczej, gdybym miała do dyspozycji całą siłownię, ale stwierdziłam, że ze względu, na to, że mój workout buddy aktualnie ma problemy zdrowotne (i od jakiegoś czasu z systemem auto-motywacyjnym również, ale ciii), postawię na domówkę. A tak na marginesie podejrzewam, że w upalne, letnie dni i tak nie chciałoby mi się dojeżdżać do klubu. W zaistniałej sytuacji do dyspozycji mam tylko 10 kg hantle i 5 kg kettlebell.

Najgorzej było z dwójkami. Niby można byłoby wrzucić do planu żurawia, ale przy tym ćwiczeniu łapią mnie bolesne skurcze łydek. Cóż, pewnie robię coś źle. Następnym pomysłem było uginanie nóg w leżeniu z hantlem między stopami, ale wierzcie mi... spróbowałam raz i doszłam do wniosku, że sobie nie ufam, a osoba do asekuracji nie zawsze jest w pobliżu. Tak więc pozostał mi deadlift, który jest dosyć trudnym ćwiczeniem, mimo że od strony teoretycznej najbardziej przeze mnie poznanym. Wiecie, parafrazując znane porzekadło: nie ciężar, a technika zrobi z ciebie zawodnika, zamierzam przy nim nie szaleć.

W planie nie ma wzmianki o brzuchu z prostej przyczyny - zakładam, że będą wpadać jakieś 2-3 ćwiczenia (po jednym na skośne, proste i dolne) po przynajmniej dwóch z trzech treningów, ale nie chcę sobie niczego narzucać. Przyznaję, że tą grupę mięśni traktuję trochę po macoszemu, ale nie jest to tragedią, bo tak się składa, że brzuch asystuje przy treningu wielu innych partii.


W połowie sierpnia czeka mnie wyjazd, więc z tą rozpiską pewnie do niego dociągnę, a po powrocie wezmę się za układanie kolejnego, który będzie jego poprawioną wersją. Nie czuję się jeszcze pewnie w tym rodzaju treningu, bo jestem tylko instruktorem fitnessu, a nie trenerem personalnym, więc zamierzam uczyć się na własnych błędach. Mam to szczęście, że pracuję z koleżanką po AWFie, więc zawsze mogę się do niej pouśmiechać o jakieś drobne podpowiedzi i rady, hihi ;)
Zobaczymy, jakie spostrzeżenia pojawią się za dwa tygodnie...



poniedziałek, 20 lipca 2015

Moje bikini body 2015 ???

W sobotę chwyciłam za żelastwo pierwszy raz od miesiąca, napompowałam trochę mięśnie i nagle przypomniałam sobie, skąd bierze się to uwielbienie do bicepsów wśród stałych bywalców na siłowni i co istotniejsze - dlaczego ja tak bardzo lubiłam to wyciskanie z siebie siódmych potów, zanim jeszcze cosemestralne siedzenie nad książkami tradycyjnie zrobiło ze mnie stwora z podkrążonymi oczami, w którego żyłach zamiast krwi płynęła kawa. Dziwne, że po tylu latach, ciągle potrzebuję co jakiś czas przypomnienia. Cóż... nie wiem, jak to działa, ale coś w tym jest - łatwo wypaść z toru, ale wystarczy jedna dobra decyzja, a znienacka zaczynie napływać motywacja i nie sposób będzie już wrócić do poprzedniego stanu.

Lato w pełni. W założeniach z wiosny miała być teraz forma życia. Hmm... bez zastanowienia stwierdzam, że jej nie ma, bo jak mogłaby być, skoro od początku czerwca sport był tylko przerywnikiem, a nie jak to zwykle u mnie bywało - głównym udziałowcem w schemacie dnia. Ba! Powiem więcej - były nawet plany związane z przygotowaniami do zawodów sylwetkowych na przyszły rok, ale takie pomysły nie zostały mi na długo w głowie po rozpoczęciu sesji. Stosy książek skutecznie je przysłoniły.

Bez owijania w bawełnę, nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam czas czy ochotę (bardziej to drugie) na regularne i częste treningi, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo roztrenowanie również ma swoje zalety. Przekonałam się o nich na wyżej wspomnianym sobotnim treningu, kiedy to spodziewając się naprawdę słabych wyników siłowych i wydolnościowych, zaskakiwałam samą siebie. Było wręcz przeciwnie! To się nazywa potęga regeneracji.

Pierwszą myślą po zakończonych egzaminach, a więc po odzyskaniu sporej części wolnego czasu, była oczywiście mała redukcja, bo zakładałam, że po okresie lekkiego roztrenowania przybyło mi tu i ówdzie. Jednak buszując dzisiaj po sklepach, notorycznie łapałam się na tym, że nie potrafiłam określić dla siebie odpowiedniego rozmiaru. Non stop wybierałam ubrania, które w przymierzalni okazywały się o przynajmniej jeden lub dwa rozmiary za duże. Heh, czyżbym miała zaburzoną percepcję własnego ciała? Wniosek z tego jeden - żadnej redukcji nie będzie! Zamiast tego zadbam o rozwój siły i wytrzymałość mięśni, bo najwidoczniej to, co moje oczy widzą w lustrze, nie do końca pokrywa się ze stanem rzeczywistym. To takie... babskie, no nie? ;)

A prawda jest taka, że sposób na uzyskanie idealnego bikini body jest tylko jeden:
kupić bikini i je po prostu założyć!

PS. Nie spodziewałam się, że mimo mojej nieobecności aż tylu z was nadal będzie tu zaglądać. Nie opuściliście mnie i za to bardzo wam dziękuję.

PS2. Wiem, wiem. Jakość zdjęcia straszy. Wybaczycie?




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...