poniedziałek, 30 marca 2015

Zjedz to ciastko i nie daj się zwariować, czyli moje małe before and after

Pomyślałam, że zrobię małe porównanie. Tak zupełnie spontanicznie...


Żadnego głodowania ani irracjonalnego obcinania węglowodanów czy tłuszczów, bez schodzenia poniżej 1500 kcal i odmawiania sobie słodyczy czy innych "zakazanych owoców"... 
Przepis jest prosty: jedz dużo i zdrowo, trenuj dla przyjemności, nie zwracaj uwagi na to, co wskazuje waga i umiej czasem wrzucić na luz, a rezultaty pojawią się mimowolnie. 

Nie mam pojęcia, jaka jest tu różnica w kilogramach czy centymetrach, bo tak naprawdę who cares? Do ideału mi daleko, ale dawno nie czułam się tak dobrze w swoim ciele jak teraz. Te dwa zdjęcia dzieli 3/4 Insanity, 2 miesiące na siłowni i o niebo lepsza kondycja fizyczna. To oczywiście jeszcze nie koniec. Coś takiego jak limit czy linia mety w tej kwestii nie istnieje. Czas odsłonić mięśnie...



piątek, 27 marca 2015

Gdyby doba mogła być dłuższa...


Wiosna nastraja (pewnie nie tylko) mnie bardzo pozytywnie. Z każdym dniem mam więcej energii i pomysłów na jej spożytkowanie. Tak naprawdę od jakiegoś czasu nie rozstaję się z kalendarzem, w którym non stop zapisuję nowe plany na kolejne dni. Ostatnio mój grafik jest rzeczywiście napięty, a za niedługo zrobi się w nim jeszcze ciaśniej, bo czekają mnie praktyki w szpitalu, których nie mogę się już doczekać! Może to dziwne, ale zawsze lubiłam to miejsce, mimo że przecież szpital nie kojarzy się z niczym przyjemnym.

Fakt, że nie cierpię na nudę, nie jest problemem w trzymaniu dyscypliny w zakresie regularnych posiłków i treningów. Na całe szczęście istnieje coś takiego jak lunchbox i wiele potraw, które smakują świetnie zarówno na ciepło jak i zimno. Często zdarza się, że gotuję raz dziennie, wszystko zamykam w pudełkach i... wyruszam na podbój świata ;) Bardzo praktyczne! Poza tym uważam, że kluczowe jest tu też nietraktowanie treningu jako czegoś mniej ważnego od innych zajęć czy obowiązków. Odhaczenie wszystkich zadań nawet z najdłuższej listy nie przyniesie satysfakcji, jeśli uda mi się tego dokonać kosztem aktywności fizycznej. To motywuje mnie do jeszcze lepszej organizacji czasu. Wiele dałabym za to, by doba mogła być dłuższa, ale bądź co bądź 24h to wcale nie taka zła opcja. Wystarczy tylko odrobina chęci.

Fifolda również była oburzona zachowaniem forumowiczów.
Jakiś czas temu postanowiłam, że po raz kolejny zaloguję się na forum SFD. Pomyślałam, że poznanie ludzi z tymi samymi zainteresowaniami (mimo że tylko wirtualnie) pewnie będzie fajną motywacją, a być może przy okazji dowiem się czegoś nowego. Oczywiście, do wszelkich napotkanych na forum informacji podchodziłam z dystansem i zanim coś łyknęłam, starałam się w miarę możliwości sprawdzić w zaufanych źródłach, bo wszyscy wiemy, jak to bywa w internecie. Sęk w tym, że koniec końców nie ta wiarygodność merytoryczna forum okazała się problemem, ale atmosfera tam panująca, która mnie osobiście absolutnie oburza. Czytam wątki i czytam, a w myślach notorycznie pojawia mi się tylko "so rude!" i to przy co najmniej 90% wpisów. Nie rozumiem, jak można być tak nieprzyjemnym dla innych. Względna anonimowość i większy staż na siłowni nikogo do tego nie upoważnia. Co prawda, osobiście nie padłam ofiarą, ale kiedy widzę w jaki sposób osoby początkujące są karcone i pouczane, to ręce mi opadają. Forum zamiast zachęcać, demotywuje. Gdzie tu sens?

sobota, 14 marca 2015

Piękno rodzi się w bólu, a nie w głodzie cz. I - różnica między redukcją a odchudzaniem

Marzec to miesiąc, w którym wielu z nas budzi się z zimowego snu do życia i nagle przypomina sobie, że przecież wiosna za pasem, więc trzeba zabrać się za siebie, żeby na lato prezentować się co najmniej przyzwoicie. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy w ciągu ostatnich dwóch tygodni zostałam poproszona przez swoich znajomych o jakieś wskazówki czy weryfikację ich planów na zrzucanie zbędnych kilogramów. Sezon na redukcje, przedziwne diety i głodówki uważam za otwarty.

Najciekawsze w tym jest to, że by schudnąć ludzie są w stanie zrobić wszystko oprócz tego, co faktycznie powinni. Będą inwestować w podejrzane preparaty, tabletki, hipnozę, masaże i inne absurdalne sposoby zamiast po prostu ruszyć tyłek. Zastanawialiście się kiedyś nad tym zjawiskiem?

Zacznijmy od tego, że różnicą między odchudzaniem a redukcją jest po prostu nieświadomość. Odchudzając się nie dbamy o to, co tracimy (woda, mięśnie, kości, whatever), a głównym wyznacznikiem sukcesu jest niższa waga; natomiast przy redukcji skupiamy się na spalaniu tkanki tłuszczowej (a to nie zawsze idzie w parze ze spadkiem masy ciała), a więc tego, co faktycznie sprawia, że wyglądamy nie tak, jakbyśmy tego chcieli. Osoba nie mająca podstawowego pojęcia o tym, jak przebiegają procesy odpowiadające za katabolizm i anabolizm, zazwyczaj nieświadomie wybiera bramkę numer jeden, za którą kryje się katorżnicze odchudzanie i... strzela sobie w kolano.

Każdy wie, że wszystko opiera się na ujemnym bilansie energetycznym (trzeba przyjmować mniej kalorii niż się spala) i to okazuje się najbardziej zgubne, bo tym samym mało kto zauważa, że istnieją dwa sposoby na to by uzyskać pożądany deficyt kaloryczny. Pierwszy z nich to oczywiście uszczuplenie swoich dziennych racji pożywienia, a drugi to... zwiększenie aktywności fizycznej bez zmian ilościowych w jadłospisie. Jak się tak nad tym głębiej zastanowię, to najczęściej pojawia się niestety skrajne połączenie jednego i drugiego - jemy tyle co kot napłakał i ćwiczymy jak pod wojskowym rygorem. Po co sobie aż tak utrudniać, skoro można prościej, przyjemniej i przede wszystkim zdrowiej?  

O następstwach źle przeprowadzonej diety niewiele się mówi, a są naprawdę przerażające. Jedzenie nas odżywia, daje energię do codziennego funkcjonowania, utrzymuje przy życiu i w jakimś stopniu chroni przed chorobami. Jeśli odetniemy lub ograniczymy sobie dostęp do niezbędnego paliwa, doprowadzimy do niedoborów witamin, mikro - i makroelementów, które mogą być odczuwalne przez wiele kolejnych lat. Drastyczne obcinanie węglowodanów odbija się na naszym samopoczuciu - stajemy się senni i drażliwi. Zwiększona tym samym podaż białka może negatywnie wpłynąć na pracę nerek (o skandalu, jakim wywołała dieta Dukana przecież było głośno). A jeśli zaczniemy stronić od tłuszczów, zaburzymy gospodarkę hormonalną i pożegnamy się z witaminami A, D, E i K. To tylko wybrane skutki. W rzeczywistości jest ich o wiele więcej. Ponadto każda dieta pozostawia w naszym organizmie ślady. Im gwałtowniej próbujemy schudnąć, tym trudniej będzie nam powtórzyć sukces w przyszłości w razie efektu jojo.

Prawidłowa redukcja tkanki tłuszczowej to proces bardzo powolny. Śmieszą mnie te wszystkie akcje na facebooku typu "płaski brzuch w 14 dni" albo "bikini body w 30 dni". W miesiąc spektakularnych efektów realnie nie można oczekiwać. W pierwszej kolejności spada zawsze nadmiar wody. Jest to skutek regulacji przyjmowanych węglowodanów, które się z nią wiążą. Natomiast tempo spalania tkanki tłuszczowej rośnie proporcjonalnie do czasu, czyli im dłużej trwamy w postanowieniach, tym więcej niechcianego balastu się pozbywamy. To prawda, że kluczową rolę gra dieta, ale to wcale nie oznacza, że należy jeść mniej, a już tym bardziej, że można pominąć trening.

W następnej części: dieta i trening przy redukcji tkanki tłuszczowej

PS. Osobiście nie wierzę w leczniczą funkcję głodówki i żadne badania mnie do niej nie przekonają.

piątek, 6 marca 2015

Ile waży wysportowana dziewczyna

Nie da się nie zauważyć, że jedną z cech charakterystycznych społeczeństwa, jest przechodzenie przez różne fazy. Dzieje się tak w zasadzie od zawsze. Aktualnie mamy modę na bycie fit i wszystko, co się z tym łączy. Nagle wszyscy biegają z endomondo, a później publikują swoje trasy na facebooku, marzą o legitymacji trenera personalnego, a gdy w sklepie pojawia się okazyjna oferta na masło orzechowe*, pędzą do niego na złamanie karku. Osobiście uważam, że akurat w tej modzie nie ma nic złego. Na pewno lepiej iść w tę stronę niż w kierunku uwielbienia do kości, które było na fali całkiem niedawno.  

Raz na jakiś czas klikam w zakładkę statystyka i sprawdzam z czystej ciekawości, dzięki jakim słowom kluczowym czytelnicy najczęściej trafiają na mojego bloga. Zawsze znajdę tam coś, co mnie zbulwersuje, zaskoczy albo rozśmieszy. W okresie świątecznym takim hasłem było "ile można przytyć w ciągu jednego dnia", które w pewnym stopniu sprawiło mi przykrość, bo uważam, że to smutne, że ludzie zamiast cieszyć się magią Bożego Narodzenia, przejmują się dodatkowymi kilogramami. Dziś jednak trafiłam na prawdziwą perełkę wśród wszystkich słów kluczowych, jakie pojawiły się od początku istnienia bloga...
Ile waży wysportowana dziewczyna?

Patrzyłam tak i patrzyłam... i nie wierzyłam własnym oczom. Cholera jasna, to pytanie jest dla mnie tak niedorzeczne, że aż oburzające.

Nie mogę zaprzeczyć temu, że masa ciała w odniesieniu do stanu zdrowia ma znaczenie. Nie bez powodu dzieciaki stawiają się na tzw. bilansach co kilka lat, gdzie wykonuje się pomiary, a w mediach tyle mówi się o tym, że osoby otyłe powinny walczyć z nadprogramowymi kilogramami, bo w ich przypadku to w zasadzie sprawa życia i śmierci. Jednak nie rozumiem, jak ktoś kto uprawia jakikolwiek sport, co więcej - może pochwalić się dobrymi nawykami żywieniowymi i/lub interesuje się chociaż w najmniejszym stopniu dietetyką, w wyniku czego nie ma żadnych problemów ze zdrowiem, a jego sylwetka wygląda przynajmniej nienagannie, może przejmować się, że taki styl życia spowoduje, że będzie ważył zbyt dużo (uogólniam; zakładam, że raczej nie chodzi tu o za niską wagę).

Czy istnieje w ogóle jakaś liczba, która określałaby, ile powinna ważyć wysportowana osoba? Oczywiście, to pytanie jest retoryczne.

Zastanawiam się, skąd bierze się to pragnienie bycia lekkim jak piórko. Co za różnica, jaką liczbę wskazuje waga, skoro tylko my ją widzimy? Czy ona coś zmienia w naszym życiu?

Nie zapominajmy, że kilogram mięśni ma zdecydowanie mniejszą objętość niż kilogram tkanki tłuszczowej, co za tym idzie - osoba w dobrej kondycji może wyglądać bardzo szczupło, ale jednocześnie ważyć o wiele więcej niż mogłoby się wydawać. To proste - wystarczy się zastanowić, czy korzystniej jest być sprawnym fizycznie, świetnie wyglądać, ale przy tym ważyć o te kilka(naście) kilogramów więcej czy szybko się męczyć, być niezadowolonym z mało jędrnego ciała, ale za to utrzymywać niską wagę. Naprawdę nie wierzę, że ktoś mógłby wybrać drugą opcję...


Uważam, że osiągnięcie żelaznej kondycji i pięknie wyrzeźbionych mięśni bez wzrostu masy ciała, graniczy z cudem. I naprawdę nie ma to dla mnie znaczenia czy ważę 55, 60 czy 65 kilogramów, o ile nie ma to negatywnego wpływu na mój stan zdrowia.


*Masło z orzeszków ziemnych nie do końca jest zdrowe. W dużym skrócie chodzi tu o nieodpowiedni bilans kwasów omega 3 i 6, ale nie wiem, jak wy ale ja mimo to nie zamierzam go sobie odmawiać raz na jakiś czas :)



niedziela, 1 marca 2015

Moja aktualna dieta - rozkład BTW i przykłady posiłków

W takim samym stopniu w jakim pracuję nad poprawną techniką wykonywanych ćwiczeń, staram się również przykładać do diety. Podobnie jak w przypadku treningów, jest ona ciągle w fazie testów i czasem zdarza się, że nanoszę pewne poprawki. Niemniej jednak przy jej aktualnym stanie czuję się naprawdę dobrze, a efekty jakie przychodzą są dokładnie takie, jakich oczekuję. Waga utrzymuje się względnie na tym samym pułapie, odbicie w lustrze z każdym dniem cieszy coraz bardziej, siła i wytrzymałość rośnie, a przy tym wszystkim energii nigdy mi nie brakuje.


Ogólny zarys
śniadanie
owsianka na ciepło lub zimno: 200g mleka 1,5% lub 180g jogurtu naturalnego, 40-50g płatków owsianych górskich, 20g rodzynek, 120-150g jabłka lub banan, opcjonalnie: cynamon, 10-20g siemienia lnianego  

obiad
150-200g piersi z kurczaka/indyka (+ ok. 10g oleju rzepakowego) lub 120-150g łososia, 40-50g kaszy jaglanej/gryczanej/kuskus/pęczak lub 50g makaronu pełnoziarnistego, 100-200g warzyw

kolacja
70-80g twarogu półtłustego lub tuńczyka lub 2 jaja, 90g bułka grahamka lub 60g bułka pełnoziarnista, ok. 10g masła, 100-150g warzyw

Posiłki uzupełniające (typu II śniadanie, podwieczorek) najczęściej mają taki sam schemat jak obiad czy kolacja, ale nigdy nie jem tego samego dwa razy dziennie - produkty się wymieniają. Coraz częściej pojawia się również posiłek, który został przeze mnie nazwany nocnikiem, czyli porcja twarogu (ewentualnie serka wiejskiego) zjadana prawie że na dobranoc. Prosto mówiąc, ma  to zabezpieczyć mięśnie przed katabolizmem.
   
Poniżej jadłospis z wczoraj. Dzień beztreningowy.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...