wtorek, 1 grudnia 2015

Nazywamy się Gwardią Gryfu

Jestem osobą, która zawsze bierze sprawy w swoje ręce. Nienawidzę biernie przyglądać się rozwojowi sytuacji i godzić się na mniej niż mogłabym mieć. Wiem, że nie wszyscy odbierają to pozytywnie, ale najłatwiej jest oceniać. Kompromisy nie są dla mnie, jednak jeśli trzeba, potrafię na nie przystać. Ja lubię działać. Po prostu. One way or another. Bo wychodzę z założenia, że każdy z nas jest kowalem własnego losu i w życiu należy być czasem trochę bezczelnym. 

Fitness jest częścią mojego życia od wielu lat. Odkąd pamiętam, aktywność fizyczna była dla mnie sposobem nie tylko na szczupłą sylwetkę, ale przede wszystkim na rozładowanie emocji i niekończące się źródło dobrej energii. Ponadto zawsze interesowało mnie, co jeść by zachować zdrowie. Chemia żywności w moich oczach była i jest pewnego rodzaju magią. Mimo że jest to świat raczej dla indywidualistów, przekonanie, że miło byłoby mieć chociaż jednego kompana, który podzielałby moją pasję w 100%, nigdy nie znikało, więc starałam się zarażać nią wszystkich dookoła. Fakt faktem, nie tylko w ramach poszukiwań prawdziwego workout buddy, ale również dlatego, że jeśli odkrywamy coś, co staje się w naszym życiu tak wielkim dobrem, chcemy się tym dzielić, prawda? I udawało się! Ale były to zazwyczaj tylko idealne przykłady słomianych zapałów. Cóż, najwyraźniej słaba ze mnie inspiracja. 

Tak mijały lata, a moja frustracja rosła. Odbierałam to jako własną porażkę, a nie lubię przegrywać; przyznaję się do tego otwarcie. Zresztą kto lubi? Czułam, że w całym tym szczęściu płynącym z prowadzenia zdrowego stylu życia czegoś mi jednak brakuje. Człowiek to istotna społeczna i mimo że w klubie fitness zawsze znalazł się ktoś, z kim można byłoby pogadać niezobowiązująco podczas treningu, a na uczelni spotykałam dziesiątki ludzi tak samo zakręconych na punkcie odżywiania jak ja, chciałam czegoś więcej; pewnego rodzaju partnerstwa, które równałoby się większym zaangażowaniem i regularnością. Tak oto doszłam w końcu do miejsca, w którym uderzyłam pięścią w stół i stwierdziłam, że skoro nikt z moich ówczesnych znajomych nie ma ochoty dzielić się ze mną dietetycznymi nowinkami, ani spotykać się systematycznie na wspólnych treningach na siłowni, czas najwyższy po prostu poznać takich ludzi. Było to na przełomie sierpnia/września bieżącego roku.

Ach, gdyby nie ten facebook...
W zrealizowaniu tego pomysłu pomógł mi największy portal społecznościowy, czyli oczywiście, facebook. Idea spotted jest na pewno wszystkim znana. Korzystając z ogromnej popularności tego typu stron, zamieściłam na tej należącej do mojego miasta krótkie "ogłoszenie" o tym, że szukam osób, które interesują się sportem i zdrowym odżywianiem. Odzew był zaskakująco szybki i... imponująco duży! Naprawdę nie spodziewałam się aż tylu chętnych.  

Zależało mi na tym, by stworzyć grupę, do której należeliby ludzie w podobnym wieku, mieszkający w miarę bliskiej okolicy, co w założeniu miało ułatwiać nam organizowanie spotkań i kontakt między sobą. Cel ten został osiągnięty, a już po dziesięciu dniach od pojawienia się mojego "ogłoszenia", odbyło się pierwsze spotkanie zapoznawczo-integracyjne. Już wtedy cały projekt zapowiadał się niezwykle ekscytująco.

Nazywamy się Gwardią Gryfu
Gwardia, bo brzmi to dostojnie i w pewien sposób zdyscyplinowanie. Gryfu, bo głównym zamysłem były spotkania na siłowni, a więc w towarzystwie sztang i hantli, których przecież głównym elementem jest właśnie gryf. Jak to wszystko rozwinęło się w praktyce?

Gwardia na ten moment liczy sobie 14 osób. W swoich szeregach mamy między innymi piłkarzy, rekreacyjnych biegaczy, dziewczynę tańczącą pole dance, street workoutowców czy ciężarowców, którzy lubią poprzerzucać trochę żelastwa. Ta różnorodność jest piękna, bo w zasadzie każdy z nas zna się na innej dyscyplinie, dzięki czemu tworzymy sobie nawzajem okazje do spróbowania czegoś nowego. Nasze spotkania nie ograniczają się tylko do wypadów do klubów fitness. Zdarzyło nam się nawet wyskoczyć wspólnie do kina na film osadzony w tematyce sportowej, pojeździć na wrotkach w klimatach lat osiemdziesiątych, zagrać w kręgle czy niejednokrotnie posiedzieć przy zielonej herbacie, dzieląc się doświadczeniami.

Jak ryba w wodzie
Jako pomysłodawca, stałam się niejako liderem grupy, co doskonale współgra z moim charakterem. Prowadzenie i organizowanie spotkań Gwardii daje mi potężną satysfakcję, zwłaszcza, że każde kolejne z nich jest dowodem na to, że warto się nie poddawać i dążyć do tego, czego się chce. Spełniłam swoje marzenie i mam ogromną nadzieję, że uda mi się rozwinąć ten projekt do czegoś jeszcze większego. Pomysłów w mojej głowie rodzi się całe mnóstwo, więc myślę, że o Gwardii Gryfu przeczytacie tu jeszcze niejeden raz.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

3 komentarze:

  1. Wow jestem pozytywnie zaskoczona. Od dłuższego czasu mam podobne rozterki i brak osób z którymi mogłabym dzielić pasje. Nie bardzo jednak orientuję się w jak to nazwałaś ''idea spotted''. O co chodzi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spotted to taki typ fejsbukowych fanpejdży, gdzie anonimowo (lub też jawnie) wysyła się pewne wiadomości/ogłoszenia. Na przykład ktoś szuka dobrego stomatologa i prosi o polecenie albo chłopak widział na mieście dziewczynę, która wpadła mu w oko, ale nie był w stanie do niej podejść, więc szuka jej przez spotted, opisując jak wyglądała i gdzie ją spotkał. Zwykle spotted dotyczy konkretnych miast albo miejsc np. okręg danej uczelni :)

      Usuń
  2. Każdego dnia coś nowego. Nie wiedziałam, że to nazywa się spotted. Na pewno spróbuję i zobaczymy czy uda mi się zebrać grupę ludzi do wspólnego biegania.
    Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...