czwartek, 14 maja 2015

Wracam do korzeni. Nowa wersja mojego dziennika żywieniowo-treningowego

Kwiecień był najbardziej pracowitym, ale i jednocześnie zaskakująco leniwym miesiącem w tym roku. Pochłonęły mnie nowe (przejściowe) obowiązki, które w połączeniu z pracą na etacie sprawiły, że byłam cały czas w biegu. Skąd więc wzięło się stwierdzenie, że kwiecień był leniwy?
A no bo praca to jedno, a miłość do sportu (którą zaniedbałam) to drugie.

Niestety na ten jeden miesiąc zrezygnowałam z siłowni, bo gdybym chciała jeszcze wcisnąć do swojego grafika treningi, musiałabym znaleźć taką, która jest otwarta całodobowo i bywać w niej gdzieś pomiędzy północą a 3 w nocy. Początkowo zakładałam, że wrócę do domowych treningów, bo przecież mam cały kąt fitnessowych zabawek, o pokaźnym obciążeniu do siłówki nie zapominając. Jednak codzienność zweryfikowała te plany i na samych chęciach się skończyło, bo gdy już zalazłam wolną chwilę, wolałam poświęcić ją na odpoczynek i zbieranie sił przed kolejnymi wyzwaniami. Powiem wam szczerze, że czułam się z tym wtedy bardzo źle, ale teraz z perspektywy czasu niczego nie żałuję. Cóż... jestem tylko człowiekiem. 

Mój organizm przyzwyczaił się do niemal codziennego spalania dużych ilości kalorii. Kiedy zostało mu to zabrane, odrobinę zgłupiał. Efekt tego taki, że odnotowałam kilka dodatkowych centymetrów tu i ówdzie, co tak naprawdę wcale mnie nie dziwi. Bez treningów, a z porównywalnie tą samą dietą, mój bilans z neutralnego stał się plusowy. Mogłam oczywiście temu zapobiec, ale nie czułam potrzeby przejmowania się tym tematem. Dodatkowym czynnikiem był na pewno stres, wynikający z nowych sytuacji, w których zostałam postawiona, a wszyscy wiemy, że kortyzol i zbyt mała ilość snu nie wpływają pozytywnie na samopoczucie i sylwetkę. Trochę szkoda, że taki spadek formy przytrafił mi się na dwa miesiące przed latem, ale spokojnie... bądź, co bądź jest jeszcze sporo czasu by naprawić to, co zostało zniszczone.

Muszę się przyznać, że te 30 dni pracy na najwyższych obrotach wybiło mnie z rytmu, a zdrowe nawyki przykryła warstwa kurzu. W aspekcie trybu życia, jaki od lat staram się wieść, po prostu się rozleniwiłam! Nie da się ukryć, że nieraz wymaga on poświęceń, ale korzyści, jakie z niego płyną, są z całą pewnością godne tego zachodu. W związku z tym - kolokwialnie mówiąc - muszę od nowa nauczyć się być aktywną, bo mimo że czasem życie bez kalkulowania co jest dla mnie dobre, a co już nie, jest łatwiejsze, nie znaczy to tym samym, że nie traci na jakości. Postanowiłam, że pomogą mi w tym stare, sprawdzone metody, czyli dziennik treningowo-żywieniowy i krótkie wyzwania na schemacie codziennych zadań do wykonania. Wracam do korzeni.

przykładowe strony z mojego dziennika
Każdego dnia spisuję raport, w którym uwzględniam jadłospis, ilość wypitej wody i innych płynów (np. zielona herbata, kawa, pokrzywa) oraz wykonany trening. Zapisuję też małe zwycięstwa typu schody zamiast windy czy owoc zamiast słodyczy. To mnie w jakiś sposób motywuje, bo budzi we mnie chęć bycia lepszą niż byłam dnia poprzedniego. 


PS. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, jak wyglądała poprzednia wersja mojego dziennika treningowego, zapraszam tutaj: http://fitmiracle.blogspot.com/2013/10/moj-treningowy-dziennik.html

15 komentarzy:

  1. Ja też bym chciała wrócić do ćwiczeń, jednak w związku ze szkołą nie mam na to czasu ani ochoty, bo wiedząc że będę uwiązana do komputera dopóki się nie nauczę, rodzi problem, bo.... nie robię końcowo nic.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie jest tak sobie wszystko rozpisać! Większa motywacja, żeby zapełnić puste pola :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajna sprawa, taki dziennik. Sama pomyślę o czymś podobnym, jak już za 6 tygodni będę mogła być aktywna fizycznie ;/

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja ostatnio zrobiłam sobie taki w wordzie i wydrukowałam, ale miałam problem z systematycznością. Teraz mam dziennik w excelu i chyba lepiej to wyjdzie, a na pewno bardziej ekologicznie, bo drukować nie muszę :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Super sprawa. Ja prowadziłam taki dziennik jeszcze na studiach i wtedy ćwiczy się jak w zegarku.

    OdpowiedzUsuń
  6. Super pomysł, sama chyba muszę od siebie taką spowiedź wyegzekwować :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Pamiętam, że sama kiedyś prowadziłam podobny dziennik, przy okazji zaznaczając na czerwono kalorie ze słodyczy (niestety zdarzały się dosyć często). Hehe, "przeraziła" mnie konieczność zapisywania posiłków... i to 5 posiłków, kiedy mój dzień -zwłaszcza teraz, kiedy wiele czasu spędzam w domu przy pisaniu pracy mgr - to jeden wielki posiłek. A nie ćwiczyłam od ok.2 miesięcy... mam takie przeświadczenie, że nie ma sensu ćwiczyć, gdy dieta jest beznadziejna, bo przecież 70-80% rezultatów to własnie dieta, a że moja jest opłakana, to...koło się zamyka.
    W każdym razie świetny pomysł i życzę Ci powodzenia w powrocie do dobrej rutyny. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, zapomniałam dodać najważniejszego - zmotywowałaś mnie tym wpisem, podejmuję wyzwanie. :)

      Usuń
  8. jedno z najlepszych rozwiązan! :D

    OdpowiedzUsuń
  9. też mam swój dziennik treningowy, sama sobie rysuję tabelki i sprawdza mi się super ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. ja sobie wszystko zapisuje na telefonie, ale takie notatki bardzo motywują do działania i stałego progresu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to co jem też zapisuję w telefonie, a ćwiczenia w kalendarzu i apce na win :)

      Usuń
  11. Miałam podobny dziennik, ale niestety z systematycznością było słabo :) Teraz mam swoje tabelki, ktore mniej wiecej obrazuja czy jest dobrze, czy też źle :)
    Powodzenia w kolejnym miesiącu

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja muszę wrócić do prowadzenia dziennika, było to dla mnie mega motywujące ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Fajny pomysł z tym dziennikiem, podoba mi się Twój blog więc dodałam go do katalogu blogów FIT na moim blogu który znajduje sie pod tym linkiem http://blogi-fit.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...