poniedziałek, 22 grudnia 2014

Jak cieszyć się świętami i... nie przytyć 5 kg w 3 dni

Jadąc w autobusie słyszę jak dwie panie w średnim wieku gawędzą o przygotowaniach do świąt. Żadna nie wspomina o dekorowaniu domu, porządkach czy chociażby o pomysłach na prezenty. Ponad 15 minutowa rozmowa kręci się tylko wokół tego, co dzieje się w kuchni. Jedzenie jest dla nas ważne, prawda? Być może nawet zbyt ważne.


Jestem naprawdę wielkim fanem bożonarodzeniowych potraw i choć nie wszystkie wpisują się w wizję zdrowego żywienia, którą kieruję się na co dzień, niczego sobie nie odmawiam. Bo niby czemu miałabym? W końcu święta są raz w roku! A poza tym trwają tylko 3 dni. Sęk w tym, że zjem jeden kawałek ciasta, a nie pół blachy. Jedno słowo, które podsumowuje całość to umiar.

Ale nie zawsze tak było. Pamiętam Gwiazdki, które spędzałam przy stole i to niestety nie po to, by pobyć z rodziną. Świąteczne obżarstwo było (i jest) w pewnym sensie czymś społecznie akceptowalnym, więc nie widziałam problemu. Śmiałam się sama z siebie, że jeszcze zanim nadejdzie Nowy Rok, będę miała przygotowaną dietę na pozbycie się balastu, który właśnie zbieram. W końcu któregoś roku rzuciłam sobie wyzwanie, że po powrocie do szkoły zamiast licytować się z kumpelami, która więcej przytyła, zaskoczę je i udowodnię, że w okresie świątecznym można utrzymać wagę nie rezygnując z magii Bożego Narodzenia (która niestety tak często utożsamiana jest z jedzeniem). Ba! a nawet zrzucić co nieco. I wiecie co? Udało się. To wcale nie było takie trudne, jakby mogło się wydawać.

A powiem wam szczerze, że nie stosowałam żadnych nadzwyczajnych środków, nie uprawiałam czarnej magii ani tym bardziej nie pościłam, gapiąc się z cieknącą ślinką na suto zastawiony stół. Zasada była naprawdę niezwykle prosta: rano trening, a w ciągu dnia trzymanie schematu 5-6 posiłków w równych odstępach czasu (nawet jeśli jednym z nich był kawałek ciasta, a kolejnym po nim był następny kawałek ciasta, who cares? Christmas time!).

Pewnie wielu z was zastanawia się, czy faktyczny przyrost wagi w tak krótkim czasie jest możliwy. Zmartwię was - jak najbardziej. Światem rządzi matematyka i nie inaczej jest również w tej kwestii. Skupmy się na ogólnikach...
Jeśli standardowo człowiek potrzebuje 2 tysięcy kalorii każdego dnia, a takie świąteczne obżarstwo w niejednym przypadku może dobijać nawet do 5 tysięcy (karpik smażony na oleju, talerz pierogów, a na deser kutia i BENG!, mamy ponad 1500 kcal, a gdzie tam reszta dnia...), to daje nam jakieś 3 tysiące kalorii na plusie. Załóżmy, że będzie tak codziennie. Ni stąd ni zowąd uzbiera się 9 tysięcy kalorii, które jest równoznaczne z ponad kilogramem dodatkowego tłuszczu oblepionego na naszej dupie i udach, którego przecież wcześniej tam nie było. Z takiego prezentu gwiazdkowego to bym się nie ucieszyła...

Skąd biorą się skoki wagi rzędu 5 kilogramów i więcej? Jeśli masz metabolizm w strzępach i porządnie zaszalejesz przy stole, a dodatkowo twoją jedyną aktywnością w tym czasie będą wycieczki do łazienki za potrzebą fizjologiczną, to naprawdę nie dziw się takiej reakcji ze strony twojego organizmu. Dobra wiadomość jest taka, że spora część tego nadprogramowego balastu po świętach to woda i zawartość jelit. Organizm będzie potrzebował około 2-3 dni, by się pod tym kątem oczyścić. No, ale nie łudź się, że oczyści się z wszystkiego. Coś na pewno zostanie.

Cóż, podsumowując...
Umiar jest odpowiedzią na pytanie jak zjeść ciastko i mieć ciastko.
  1. Jedz wszystko, co lubisz, ale nie przesadzaj z wielkością porcji
  2. ...i pamiętaj, że święta to nie tylko jedzenie.
  3. Zrezygnuj z coli (i innych słodzonych napojów) na rzecz wody.
  4. Nie zamień się w odkurzacz do resztek, gdy święta już miną.
  5. Ruszaj się!



piątek, 19 grudnia 2014

By wskoczyć na wyższy level...

Często słyszę od was, że insanity jest za trudne. Hej, ale w treningu właśnie o to chodzi! Zestaw, który w całości wykonujesz bez problemu, nie jest dla ciebie odpowiedni, bo odcina ci drogę do progresu. Jeśli nie rzucisz się na głęboką wodę, a więc w warunki, do których na ogół nie jesteś jeszcze przystosowany, nigdy się nie rozwiniesz. Dla jasności, nie chcę przez to powiedzieć, że insanity jest jedyną słuszną drogą. Nie, bez przesady. Każdy trening, który wykracza poza twoje aktualne umiejętności, będzie dobry.

Tak czy inaczej Insanity przynosi efekty, które w normalnych warunkach jesteśmy w stanie osiągnąć dopiero po około roku systematycznych treningów. Jeśli będziesz dawać z siebie wszystko, co wcale nie oznacza, że musisz dorównywać kondycją osobom na ekranie, szybkie rezultaty są obietnicą! Potwierdzam to w 100%. Chodzi o max TWOICH możliwości, pamiętaj o tym. Przyznam się szczerze, że są pewne ćwiczenia, które robię w zmodyfikowanej wersji, bo są dla mnie po prostu za ciężkie. Bywa też, że muszę zrobić sobie przerwę na oddech, bo mam wrażenie, że zaraz wypluję płuca. Nie uważam, że jest w tym coś złego. 

Po zakończonym treningu wygląda się tak... / Kadr z mojej ulubionej części z drugiego miesiąca.

Tak sobie myślę, że nie mogłam wybrać lepszego momentu na to wyzwanie (dziękuję, B! wszystko dzięki tobie!), bo po pierwsze - wkroczę w nowy rok z formą, jakiej jeszcze nigdy nie miałam, po drugie - mordercza intensywność rozpędziła mój metabolizm do tego stopnia, że pochłaniam ciężarówki jedzenia, a mimo to moje ciało zmienia się tylko w tą dobrą stronę, a więc bez obaw święta mogę spędzić tak jak lubię przy stole, a po trzecie - jesienno-zimowa aura jest niemal doskonałym tłem dla Insanity, bo nie wyobrażam sobie, że dałabym radę trenować w gorące, letnie dni i nie umrzeć z przegrzania.

Bardzo bałam się drugiego miesiąca programu, ale w tym momencie mogę szczerze przyznać, że podoba mi się o wiele bardziej niż część pierwsza. Zestawy składają się z naprawdę ciekawych ćwiczeń, a struktura nudnych obwodów powtarzanych trzy razy, pojawia się tylko w jednym z treningów. Zostały ostatnie dwa tygodnie, a co potem? Asylum!

PS. Insanity legalnie dostępne jest na stronie BeachBody. Nielegalnie np. na chomikuj.pl
PS2. Nie, nikt mi nie płaci za zachwalanie tego programu. Ja po prostu jestem nim aż tak oczarowana.




czwartek, 11 grudnia 2014

30 dni Insanity! [Fit test, zdjęcia & wymiary]

Na filmikach reklamowych ludzie mówią, że Insanity to najcięższa fizycznie i najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek zrobili w życiu. Zawsze odbierałam te słowa z przymrużeniem oka. "Że co? Nie wierzę, że trening może przynosić takie wrażenia i wywoływać aż tak wielkie emocje" myślałam. Teraz wiem, że w tym jednym przypadku reklama nie kłamała...

Zapraszam na sprawozdanie po 30 dniach Insanity. Co prawda, trochę spóźnione, bo ten post powinien pojawić się ponad tydzień temu, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. 


Od poprzedniego checkpointu ze zdjęciami zaliczyłam wiele wzlotów i upadków. Przytrafiły się potężne spadki motywacji, obniżki formy, przetrenowanie, a nawet lekka kontuzja kostki. Było ciężko, ale przetrwałam! Sił dodawała mi świadomość, że sporo osób z mojego najbliższego otoczenia wie, że podjęłam to wyzwanie, więc głupio byłoby się tak po prostu poddać, prawda? 

Nie wiem, czy zdjęcia rzetelnie oddają rzeczywiste zmiany, ale cóż... wymiary nie kłamią.

         START / 14 dni / 30 dni
ramię: 24,5 / 24 cm / 24 cm
talia: 69 / 66 cm / 64 cm
biodra: 97 / 95 cm / 93 cm
udo: 56,5 / 54,5 cm / 53 cm

Co ciekawe, praktycznie z dnia na dzień jem coraz więcej, bo treningi o takiej intensywności sprawiają, że jestem niemal non stop głodna, a mimo to centymetry spadają. Jestem niesamowicie usatysfakcjonowana i szczerze mówiąc, wolałabym, żeby w tym miejscu się zatrzymały. 

Wiecie? Przekonałam się, że fit test może być o wiele bardziej morderczy niż najtrudniejszy trening z programu. Kiedy w poniedziałek walczyłam na trzecim już sprawdzianie kondycji, nie wiedziałam czy bardziej chce mi się płakać czy śmiać, czy chcę umrzeć, a może zwymiotować. Urządziłam sobie istną rzeźnię. No, ale w gruncie rzeczy przecież o to właśnie chodzi, więc nie wiem, do kogo mam pretensje, haha. Kiedy było już po wszystkim, byłam tak wymęczona, że odpuściłam trening, który był przewidziany w grafiku na ten dzień i nie czułam z tego powodu absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. I tak już ledwo żyłam...

Nie spodziewałam się aż takich postępów. Te cyferki, które urosły prawie o dziesięć oczek w górę, zreanimowały moją motywację, dzięki czemu w drugi miesiąc zmagań wkroczyłam pełna sił i determinacji.

Aaach, jestem bardzo ciekawa, co przyniesie kolejne 30 dni, zwłaszcza, że po drodze mamy święta i Sylwestra... ;)




sobota, 6 grudnia 2014

Jajko - największy cud świata czy trucizna? Rozmowa z lek. med. Jadwigą Kempisty

Zapraszam serdecznie do wysłuchania bardzo ciekawej rozmowy z lek. med. Jadwigą Kempisty, autorką kilku książek o leczeniu jedzeniem. To tylko 20 minut! Z całą pewnością informacje, które przekazuje pani Jadwiga, dla wielu okażą się przydatne, a być może nawet zaskakujące.

Zwróćcie uwagę na hasło lizyna.




środa, 3 grudnia 2014

Przygody z Insanity ciąg dalszy

Łuuhuu, miesiąc pierwszy zaliczony! Patrzę na rozpiskę, która wisi na ścianie w moim pokoju i sama nie mogę się nadziwić, że widnieje na niej tyle czerwonych krzyżyków. Jak to się stało, że nie zrezygnowałam? Powiem wam... Kluczową rolę odgrywają tu dwa czynniki: uzależnienie od endorfin i fantastyczna osobowość Shauna.


W zeszłym tygodniu odnotowałam niepokojący spadek formy (stąd brak czerwonego krzyżyka przy dniach 25 i 26). Moje mięśnie jakby odmawiały posłuszeństwa. Dodatkowo wiele innych objawów wskazywało na zwykłe przetrenowanie, co wcale mnie nie dziwi. Insanity to nie są przelewki. Na szczęście po krótkiej przerwie, którą sobie zafundowałam, wszystko wróciło do normy. 

Aktualnie trwa mój recovery week. Z jednej strony modlę się, by minął jak najszybciej, bo po energetycznych treningach z miesiąca pierwszego, zestaw core cardio & balance odrobinę mnie nudzi, ale z drugiej strony - obawiam się tej rzeźni, która czeka mnie od przyszłego tygodnia. 

A co z efektami? Po wielkim szoku, jakiego doznało moje ciało na samym początku, weszłam w okres stagnacji. Centymetry przestały spadać jak szalone, ale podejrzewam, że od poniedziałku machina ruszy ponownie. Nie ma lipy. Najważniejsze, że czuję jak moja kondycja stopniowo się poprawia. Z każdym treningiem jestem w stanie wykonać więcej powtórzeń danego ćwiczenia, a zadyszka przychodzi znacznie później. Strasznie się cieszę, że w tej płaszczyźnie nie ma żadnego przestoju. Jest dobrze.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...