wtorek, 30 września 2014

Z pamiętnika studentki: pierwsze wrażenia

Z wielkim entuzjazmem, bogatsza o zeszłoroczne doświadczenia (i porażki), wkroczyłam w nowy rok akademicki. Wybrałam kierunek dietetyka w Śląskiej Wyższej Szkole Medycznej w Katowicach. Oczywiście, w trybie zaocznym. Przygoda ze studiowaniem biologii na Uniwersytecie Śląskim wiele mnie nauczyła. Wyciągnęłam bardzo dużo wniosków, które mam nadzieję, okażą się pomocne.

Wrażenia po pierwszym zjeździe są naprawdę pozytywne. Nareszcie znalazłam się wśród ludzi, którzy w pełni podzielają moje zainteresowania. Muszę przyznać, że działa to na mnie niesamowicie inspirująco. Rozglądając się po auli na stolikach zauważy się tylko wodę mineralną (żadnych słodkich napojów) i piękne, kolorowe lunchboxy. Nikt nie marudzi z powodu zbliżającego się wuefu, a nawet wręcz przeciwnie - słychać wyraźny entuzjazm. W przerwach między zajęciami można pogawędzić na naprawdę interesujące tematy dotyczące odżywiania i aktywności, a ludzie pytani o swoje pasje odpowiadają głośno "zdrowy tryb życia!". Chyba jestem w niebie...

Największym zaskoczeniem jest to w jaki sposób uczelnia rozwiązała sprawę z wychowaniem fizycznym. Zamiast nudnego szablonu, który wszyscy znamy ze szkoły, pojawiły się... wypady do klubu fitness. W założeniu mamy nauczyć się obsługiwać wszystkie maszyny, układać proste treningi i poznać podstawy dotyczące fizjologii wysiłku. Powiem wam szczerze, że jestem wniebowzięta. Czuję, że to jest właśnie to, czego potrzebowałam. Kurs instruktora fitness, na który uczęszczałam kilka miesięcy temu, zakładał w swoim programie tylko zajęcia typowo fitnessowe (w rozumieniu grupa ludzi, jeden prowadzący, głośna muzyka, sprzęty typu hantelki, piłki gimnastyczne), a niestety nie obejmował siłowni, dlatego czułam pewnego rodzaju niedosyt. Teraz mam szansę wypełnić tę lukę, co mnie bardzo cieszy. A poza tym... trening na siłowni w ciągu długiego dnia na uczelni i to w dodatku w ramach zajęć? No żyć, nie umierać!


Rok temu przy moim pierwszym zetknięciu ze studencką codziennością narzekałam na to, jak męczące są półtoragodzinne wykłady. Marudziłam, że po czterdziestu minutach gubię koncentrację i nie potrafię się na nowo skupić. Wszak byłam jeszcze przyzwyczajona do szkolnych standardów. Tym razem moje wykłady niejednokrotnie trwają po trzy godziny (z krótką przerwą gdzieś w trakcie, która w gruncie rzeczy często nie starcza nawet na wyjście do toalety) i dopiero teraz zaczęłam doceniać to, co kiedyś wydawało mi się istną katorgą.

A tak poza tym... Ubolewam strasznie, bo na dietetyce nie ma takiego przedmiotu jak histologia. Szkoda, wielka szkoda, bo naprawdę ją uwielbiam. Mam nadzieję, że mikrobiologia i anatomia zrekompensują mi jej nieobecność.

Do Katowic mam niedaleko, bo jest to zaledwie 50 kilometrów. Niemniej jednak wychodząc rano, czuję się, jakbym wyruszała na drugi koniec świata. Może jestem dziwna, ale ja to naprawdę lubię. Lubię wstawać o 5 rano, gdy za oknem jeszcze ciemno, a temperatura przypomina tą syberyjską. Lubię też z obładowanym do granic możliwości plecakiem snuć się po dworcach i przystankach. Lubię odkrywać nowe miejsca i szukać ulic z mapą w ręku. Lubię nawet czasem zgubić orientację w terenie i pytać przypadkowo napotkanych ludzi o drogę. Myślę, że mam duszę podróżnika.

Nie mogę się już doczekać nowych wyzwań, które zaserwują mi studia! Jak widać, jestem bardzo pozytywnie nastawiona i mam wielką nadzieję, że nie okaże się to tylko słomianym zapałem. Jedno wiem na pewno: zapowiada się pasjonująco.


poniedziałek, 22 września 2014

Z sympatii do Simsów... Chili con carne



Zainspirowana postem na jednym z fitblogów, które obserwuję, zaczęłam przeszukiwać internet w pogoni za szczegółowymi informacjami dotyczącymi potrawy jaką jest chili con carne. Kto grał w Simsy, ten na pewno ją kojarzy, nawet jeśli nigdy nie miał za wiele do czynienia z kuchnią meksykańską. Ze wszystkich przepisów jakie udało mi się odnaleźć, wyciągnęłam to co spodobało mi się najbardziej i zabrałam się do gotowania.


 Składniki:
- papryka czerwona i zielona
- kukurydza
- cebula i czosnek
- pomidory z puszki
- czerwona fasola
- olej rzepakowy
- mięso mielone
- tabasco
- oregano, papryka, pieprz, sól



Przygotowanie:
Posiekany czosnek i pokrojoną cebulę razem z przyprawami (oregano, pieprz, papryka) szklimy na oleju. Dodajemy mięso, odrobinę je solimy i smażymy aż zmieni kolor. Następnie dolewamy pomidory (razem z zalewą) i tabasco według uznania. Dorzucamy kukurydzę. Gotujemy całość przez ok. 20 minut. Dodajemy pokrojoną w kostkę paprykę i gotujemy jeszcze przez ok. 5 minut. Na koniec dokładamy odsączoną fasolę i gotujemy przez ostatnie 5 minut.  

Gotowe :) 
Chili con carne można jeść np. z ryżem lub nawet bez dodatków.


Uwielbiam ostre smaki, dlatego od razu zakochałam się w tej potrawie. Jest niezwykle prosta w przygotowaniu, co bez wątpienia jest jej atutem. Bardzo polecam!

PS. Post edytowany. Posłuchałam waszych rad i nieco udoskonaliłam swoje chili ;)

http://facebook.com/fitmiracle

piątek, 12 września 2014

Jak znalazłam w życiu szczęście

Jestem szczęśliwym człowiekiem i nie boję się tego przyznać. Nie zawsze wszystko idzie po mojej myśli, a do niektórych celów nie jestem w stanie zbliżyć się przez własne słabości ani na centymetr, ale hej, takie jest życie! Grunt to dostrzegać dobre strony nawet w najgorszych sytuacjach, dlatego cokolwiek się nie dzieje, nigdy nie dopuszczam do siebie żadnych negatywnych myśli. Medal ma zawsze dwie strony, ale ja z wyboru zwracam uwagę tylko na tą pozytywną! Wyuczenie takiego nawyku zajęło mi sporo czasu, ale finalnie weszło mi to na tyle w krew, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym postępować inaczej. 

Żadna negatywna emocja jak strach, gniew czy smutek nie wniesie do mojego życia nic pożytecznego. Nie sprawi, że porażka magicznie zmieni się w sukces, więc nie widzę sensu marnowania na nią energii. 

Przede wszystkim nigdy nie przestaję szukać. Szukam nowych miejsc, gdzie jeszcze nigdy nie stanęła moja stopa, możliwości, które pozwalają mi urozmaicać nudne dni, okazji do rozwoju, do inwestowania w najważniejszy kapitał, jaki każdy z nas otrzymał - w siebie samego. 

Co jakiś czas siadam z kartką i długopisem w dłoni i spisuję życiorys krótkoterminowy. Nazywam to (nie)zwyczajną futurospekcją. Zastanawiam się, czego oczekuję w najbliższych dniach, tygodniach, czasem miesiącach, co chciałabym osiągnąć, co zmienić, co sprawiłoby, że czułabym się dobrze we własnej skórze i byłabym w pełni zadowolona z siebie, a potem ostro, bez wymówek ruszam do działania. Wszak życie mamy tylko jedno - trzeba wykorzystać je należycie, by obudzić się któregoś dnia z milionem zmarszczek na twarzy i niczego nie żałować. Nieraz w tych momentach przychodzą mi do głowy pomysły wręcz absurdalne, które straszą swoim skomplikowaniem i odległością, ale cholera, wolę umrzeć w walce niż pozostawać bierną. Poza tym tak naprawdę nie wierzę, że istnieją rzeczy nie do osiągnięcia, ale to pewnie zdążyliście już zauważyć. 


Jeśli mogłabym wam dać jakąś prostą, ale całkowicie szczerą i skuteczną radę, powiedziałabym wam, byście uwierzyli w te prozaiczne slogany z internetu typu możesz więcej niż ci się wydaje. Ja zatraciłam się w nich bez pamięci i uważam to za największe błogosławieństwo. Dzięki nim po prostu uwierzyłam w siebie. 

Mamy to, o co walczymy, na co sobie zapracujemy. Grunt to zrozumieć, że ograniczają nas tylko nasze myśli. Wystarczy zmienić podejście, by móc przenosić góry. Po co utrudniać sobie życie? Tęsknisz za kimś? Odezwij się do niego. Nie lubisz swojej pracy? Poszukaj możliwości szybkiego przekwalifikowania się. W szkole nie radzisz sobie z jakimś przedmiotem? Poświęć na niego godzinę więcej niż zwykle. Marzysz o podróży życia? Już dziś załóż słoik, który będzie pełnił formę skarbonki. Nie róbmy niepotrzebnego dramatu w sprawach, w których własnymi rękami możemy wiele zmienić. 

Kolejnym czynnikiem, który z całą pewnością składa się na moje poczucie szczęścia jest fakt, że codziennie przyświeca mi idea człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce. Lubię być bezpośrednia i otwarta. Nie wstydzę się poruszać tematów tabu, nic mnie negatywnie nie zaskakuje ani nie oburza. Uważam, że normalne jest nudne, a dziwne interesujące. Jeśli przydarzy mi się wpadka, zamiast rozpaczać umiem obrócić ją w żart i śmiać się sama z siebie. To naprawdę bardzo pomaga w życiu. 

Podsumowując...
  1. Medal ma zawsze dwie strony, ale ważniejszą z nich jest ta pozytywna.
  2. Negatywne emocje nie sprawiają, że porażka zmienia się w sukces - nie marnuj na nie energii.
  3. Nigdy nie przestawaj szukać.
  4. Żyj według własnoręcznie napisanego życiorysu.
  5. Możesz więcej niż ci się wydaje.
  6. Nie utrudniaj sobie życia niepotrzebnymi dramatami.
  7. Człowiekiem jesteś i nic co ludzkie nie jest ci obce.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...