poniedziałek, 22 grudnia 2014

Jak cieszyć się świętami i... nie przytyć 5 kg w 3 dni

Jadąc w autobusie słyszę jak dwie panie w średnim wieku gawędzą o przygotowaniach do świąt. Żadna nie wspomina o dekorowaniu domu, porządkach czy chociażby o pomysłach na prezenty. Ponad 15 minutowa rozmowa kręci się tylko wokół tego, co dzieje się w kuchni. Jedzenie jest dla nas ważne, prawda? Być może nawet zbyt ważne.


Jestem naprawdę wielkim fanem bożonarodzeniowych potraw i choć nie wszystkie wpisują się w wizję zdrowego żywienia, którą kieruję się na co dzień, niczego sobie nie odmawiam. Bo niby czemu miałabym? W końcu święta są raz w roku! A poza tym trwają tylko 3 dni. Sęk w tym, że zjem jeden kawałek ciasta, a nie pół blachy. Jedno słowo, które podsumowuje całość to umiar.

Ale nie zawsze tak było. Pamiętam Gwiazdki, które spędzałam przy stole i to niestety nie po to, by pobyć z rodziną. Świąteczne obżarstwo było (i jest) w pewnym sensie czymś społecznie akceptowalnym, więc nie widziałam problemu. Śmiałam się sama z siebie, że jeszcze zanim nadejdzie Nowy Rok, będę miała przygotowaną dietę na pozbycie się balastu, który właśnie zbieram. W końcu któregoś roku rzuciłam sobie wyzwanie, że po powrocie do szkoły zamiast licytować się z kumpelami, która więcej przytyła, zaskoczę je i udowodnię, że w okresie świątecznym można utrzymać wagę nie rezygnując z magii Bożego Narodzenia (która niestety tak często utożsamiana jest z jedzeniem). Ba! a nawet zrzucić co nieco. I wiecie co? Udało się. To wcale nie było takie trudne, jakby mogło się wydawać.

A powiem wam szczerze, że nie stosowałam żadnych nadzwyczajnych środków, nie uprawiałam czarnej magii ani tym bardziej nie pościłam, gapiąc się z cieknącą ślinką na suto zastawiony stół. Zasada była naprawdę niezwykle prosta: rano trening, a w ciągu dnia trzymanie schematu 5-6 posiłków w równych odstępach czasu (nawet jeśli jednym z nich był kawałek ciasta, a kolejnym po nim był następny kawałek ciasta, who cares? Christmas time!).

Pewnie wielu z was zastanawia się, czy faktyczny przyrost wagi w tak krótkim czasie jest możliwy. Zmartwię was - jak najbardziej. Światem rządzi matematyka i nie inaczej jest również w tej kwestii. Skupmy się na ogólnikach...
Jeśli standardowo człowiek potrzebuje 2 tysięcy kalorii każdego dnia, a takie świąteczne obżarstwo w niejednym przypadku może dobijać nawet do 5 tysięcy (karpik smażony na oleju, talerz pierogów, a na deser kutia i BENG!, mamy ponad 1500 kcal, a gdzie tam reszta dnia...), to daje nam jakieś 3 tysiące kalorii na plusie. Załóżmy, że będzie tak codziennie. Ni stąd ni zowąd uzbiera się 9 tysięcy kalorii, które jest równoznaczne z ponad kilogramem dodatkowego tłuszczu oblepionego na naszej dupie i udach, którego przecież wcześniej tam nie było. Z takiego prezentu gwiazdkowego to bym się nie ucieszyła...

Skąd biorą się skoki wagi rzędu 5 kilogramów i więcej? Jeśli masz metabolizm w strzępach i porządnie zaszalejesz przy stole, a dodatkowo twoją jedyną aktywnością w tym czasie będą wycieczki do łazienki za potrzebą fizjologiczną, to naprawdę nie dziw się takiej reakcji ze strony twojego organizmu. Dobra wiadomość jest taka, że spora część tego nadprogramowego balastu po świętach to woda i zawartość jelit. Organizm będzie potrzebował około 2-3 dni, by się pod tym kątem oczyścić. No, ale nie łudź się, że oczyści się z wszystkiego. Coś na pewno zostanie.

Cóż, podsumowując...
Umiar jest odpowiedzią na pytanie jak zjeść ciastko i mieć ciastko.
  1. Jedz wszystko, co lubisz, ale nie przesadzaj z wielkością porcji
  2. ...i pamiętaj, że święta to nie tylko jedzenie.
  3. Zrezygnuj z coli (i innych słodzonych napojów) na rzecz wody.
  4. Nie zamień się w odkurzacz do resztek, gdy święta już miną.
  5. Ruszaj się!



piątek, 19 grudnia 2014

By wskoczyć na wyższy level...

Często słyszę od was, że insanity jest za trudne. Hej, ale w treningu właśnie o to chodzi! Zestaw, który w całości wykonujesz bez problemu, nie jest dla ciebie odpowiedni, bo odcina ci drogę do progresu. Jeśli nie rzucisz się na głęboką wodę, a więc w warunki, do których na ogół nie jesteś jeszcze przystosowany, nigdy się nie rozwiniesz. Dla jasności, nie chcę przez to powiedzieć, że insanity jest jedyną słuszną drogą. Nie, bez przesady. Każdy trening, który wykracza poza twoje aktualne umiejętności, będzie dobry.

Tak czy inaczej Insanity przynosi efekty, które w normalnych warunkach jesteśmy w stanie osiągnąć dopiero po około roku systematycznych treningów. Jeśli będziesz dawać z siebie wszystko, co wcale nie oznacza, że musisz dorównywać kondycją osobom na ekranie, szybkie rezultaty są obietnicą! Potwierdzam to w 100%. Chodzi o max TWOICH możliwości, pamiętaj o tym. Przyznam się szczerze, że są pewne ćwiczenia, które robię w zmodyfikowanej wersji, bo są dla mnie po prostu za ciężkie. Bywa też, że muszę zrobić sobie przerwę na oddech, bo mam wrażenie, że zaraz wypluję płuca. Nie uważam, że jest w tym coś złego. 

Po zakończonym treningu wygląda się tak... / Kadr z mojej ulubionej części z drugiego miesiąca.

Tak sobie myślę, że nie mogłam wybrać lepszego momentu na to wyzwanie (dziękuję, B! wszystko dzięki tobie!), bo po pierwsze - wkroczę w nowy rok z formą, jakiej jeszcze nigdy nie miałam, po drugie - mordercza intensywność rozpędziła mój metabolizm do tego stopnia, że pochłaniam ciężarówki jedzenia, a mimo to moje ciało zmienia się tylko w tą dobrą stronę, a więc bez obaw święta mogę spędzić tak jak lubię przy stole, a po trzecie - jesienno-zimowa aura jest niemal doskonałym tłem dla Insanity, bo nie wyobrażam sobie, że dałabym radę trenować w gorące, letnie dni i nie umrzeć z przegrzania.

Bardzo bałam się drugiego miesiąca programu, ale w tym momencie mogę szczerze przyznać, że podoba mi się o wiele bardziej niż część pierwsza. Zestawy składają się z naprawdę ciekawych ćwiczeń, a struktura nudnych obwodów powtarzanych trzy razy, pojawia się tylko w jednym z treningów. Zostały ostatnie dwa tygodnie, a co potem? Asylum!

PS. Insanity legalnie dostępne jest na stronie BeachBody. Nielegalnie np. na chomikuj.pl
PS2. Nie, nikt mi nie płaci za zachwalanie tego programu. Ja po prostu jestem nim aż tak oczarowana.




czwartek, 11 grudnia 2014

30 dni Insanity! [Fit test, zdjęcia & wymiary]

Na filmikach reklamowych ludzie mówią, że Insanity to najcięższa fizycznie i najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek zrobili w życiu. Zawsze odbierałam te słowa z przymrużeniem oka. "Że co? Nie wierzę, że trening może przynosić takie wrażenia i wywoływać aż tak wielkie emocje" myślałam. Teraz wiem, że w tym jednym przypadku reklama nie kłamała...

Zapraszam na sprawozdanie po 30 dniach Insanity. Co prawda, trochę spóźnione, bo ten post powinien pojawić się ponad tydzień temu, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. 


Od poprzedniego checkpointu ze zdjęciami zaliczyłam wiele wzlotów i upadków. Przytrafiły się potężne spadki motywacji, obniżki formy, przetrenowanie, a nawet lekka kontuzja kostki. Było ciężko, ale przetrwałam! Sił dodawała mi świadomość, że sporo osób z mojego najbliższego otoczenia wie, że podjęłam to wyzwanie, więc głupio byłoby się tak po prostu poddać, prawda? 

Nie wiem, czy zdjęcia rzetelnie oddają rzeczywiste zmiany, ale cóż... wymiary nie kłamią.

         START / 14 dni / 30 dni
ramię: 24,5 / 24 cm / 24 cm
talia: 69 / 66 cm / 64 cm
biodra: 97 / 95 cm / 93 cm
udo: 56,5 / 54,5 cm / 53 cm

Co ciekawe, praktycznie z dnia na dzień jem coraz więcej, bo treningi o takiej intensywności sprawiają, że jestem niemal non stop głodna, a mimo to centymetry spadają. Jestem niesamowicie usatysfakcjonowana i szczerze mówiąc, wolałabym, żeby w tym miejscu się zatrzymały. 

Wiecie? Przekonałam się, że fit test może być o wiele bardziej morderczy niż najtrudniejszy trening z programu. Kiedy w poniedziałek walczyłam na trzecim już sprawdzianie kondycji, nie wiedziałam czy bardziej chce mi się płakać czy śmiać, czy chcę umrzeć, a może zwymiotować. Urządziłam sobie istną rzeźnię. No, ale w gruncie rzeczy przecież o to właśnie chodzi, więc nie wiem, do kogo mam pretensje, haha. Kiedy było już po wszystkim, byłam tak wymęczona, że odpuściłam trening, który był przewidziany w grafiku na ten dzień i nie czułam z tego powodu absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. I tak już ledwo żyłam...

Nie spodziewałam się aż takich postępów. Te cyferki, które urosły prawie o dziesięć oczek w górę, zreanimowały moją motywację, dzięki czemu w drugi miesiąc zmagań wkroczyłam pełna sił i determinacji.

Aaach, jestem bardzo ciekawa, co przyniesie kolejne 30 dni, zwłaszcza, że po drodze mamy święta i Sylwestra... ;)




środa, 3 grudnia 2014

Przygody z Insanity ciąg dalszy

Łuuhuu, miesiąc pierwszy zaliczony! Patrzę na rozpiskę, która wisi na ścianie w moim pokoju i sama nie mogę się nadziwić, że widnieje na niej tyle czerwonych krzyżyków. Jak to się stało, że nie zrezygnowałam? Powiem wam... Kluczową rolę odgrywają tu dwa czynniki: uzależnienie od endorfin i fantastyczna osobowość Shauna.


W zeszłym tygodniu odnotowałam niepokojący spadek formy (stąd brak czerwonego krzyżyka przy dniach 25 i 26). Moje mięśnie jakby odmawiały posłuszeństwa. Dodatkowo wiele innych objawów wskazywało na zwykłe przetrenowanie, co wcale mnie nie dziwi. Insanity to nie są przelewki. Na szczęście po krótkiej przerwie, którą sobie zafundowałam, wszystko wróciło do normy. 

Aktualnie trwa mój recovery week. Z jednej strony modlę się, by minął jak najszybciej, bo po energetycznych treningach z miesiąca pierwszego, zestaw core cardio & balance odrobinę mnie nudzi, ale z drugiej strony - obawiam się tej rzeźni, która czeka mnie od przyszłego tygodnia. 

A co z efektami? Po wielkim szoku, jakiego doznało moje ciało na samym początku, weszłam w okres stagnacji. Centymetry przestały spadać jak szalone, ale podejrzewam, że od poniedziałku machina ruszy ponownie. Nie ma lipy. Najważniejsze, że czuję jak moja kondycja stopniowo się poprawia. Z każdym treningiem jestem w stanie wykonać więcej powtórzeń danego ćwiczenia, a zadyszka przychodzi znacznie później. Strasznie się cieszę, że w tej płaszczyźnie nie ma żadnego przestoju. Jest dobrze.



środa, 26 listopada 2014

O tym, jak wygląda moja dieta. Przykładowy jadłospis na 1800 kcal

Dzisiaj szybka odpowiedź na wasze pytania odnośnie mojej aktualnej diety. Teoretycznie jadłospisy w granicach 1800 kcal dla osoby o moich wymiarach zahaczają o redukcję, ale wyprzedzając hejty, zaznaczam: nie wiem, co to głód, a moja waga nie spada, więc wszystko jest tak jak być powinno. Mimo treningów taki pułap kalorii jest dla mnie neutralny. Pamiętajcie, tabele, wykresy i wzory to jedno, a indywidualność każdego organizmu to drugie.

Dzisiejsz jadłospis bez uwzględnienia posiłku przed- i potreningowego.
Rozkład BTW 25/35/40.

Zasady, którymi się kieruję:
- białko 1,8-2g/kg masy ciała, węglowodany ok. 3g/kg masy ciała, tłuszcze nie mniej niż 1g/1kg masy ciała
- podaż kalorii NIGDY mniejszy niż moje PPM (zazwyczaj PPM + 300-400 kcal)
- idealny posiłek = białko + węglowodany złożone + tłuszcze
- warzywo lub owoc do każdego posiłku
- kasza jaglana jest królową wszystkich kasz



poniedziałek, 24 listopada 2014

Rady i informacje dotyczące Insanity. Mój punkt widzenia

Dla kogo jest ten program?
Dla szaleńców. A tak na poważnie dla osób, które są już znudzone treningami typu pitupitu (czyt. Chodakowska), nie boją się prawdziwych wyzwań i chcą szybkich efektów. Jeśli sięgasz po insanity, wiedz, że shit got serious. Będziesz w szoku, że twoja kondycja i ciało mogą zmieniać się aż tak szybko. Trzeba jednak pamiętać, że ten program to kombinacja skoków, wykopów i innych gwałtownych ruchów, które niewyobrażalnie obciążają kolana i stawy skokowe. Jeśli kiedykolwiek miałeś z nimi problemy, lepiej odpuść. Przeciwwskazaniem może być również nawet najbardziej niewinne schorzenie natury kardiologicznej lub astma. Nie ma sensu ryzykować.

Czy insanity nadaje się dla osób początkujących?
Powinnam odpowiedzieć, że nie, ale zdradzę wam, że osobiście znam osoby, które wybrały właśnie insanity na swój absolutny debiut z aktywnością fizyczną i ukończyły ten program z powodzeniem, więc jak widać, nic nie jest niemożliwe. W każdym razie takie tempo i intensywność może trwale zniechęcić zwłaszcza, że początki zazwyczaj same w sobie nie są łatwe, dlatego dla bezpieczeństwa na start lepiej wybrać coś mniej zaangażowanego, by po motywacji nie pozostały same zgliszcza. 

Jakich efektów się spodziewać? 
Insanity jest trenigiem cardio, w dodatku o budowie odwróconego interwału (a więc jest jeszcze bardziej mordercze niż tradycyjny interwał), dlatego z założenia jest nastawione na spalanie (ale w żadnym wypadku nie należy łączyć tego programu z dietą redukcyjną!). Spalenie tłuszczu spowoduje odsłonięcie mięśni, w efekcie czego uzyskamy typową fit sylwetkę. Raczej nie ma mowy o rozrośnięciu mięśni, a ewentualne dodatkowe centymetry w obwodach są spowodowane potreningową pompą (używany na potęgę mięsień zwiększa swoją objętość, by sprostać zadaniu przed którym został postawiony), która znika samoczynnie po okresie regeneracji.  

zdjęcie po pierwszym tygodniu insanity

Czym grozi insanity?
Trwałym uzależnieniem od aktywności fizycznej ;)

Jak przetrwać ten szaleńczy trening?
"Focus and go", jak to mówi sam Shaun. Nie wpatruj się w licznik odmierzający czas, bo to ci wcale nie pomoże, zwłaszcza gdy jesteś już u kresu sił. Zamiast tego powtarzaj sobie w myślach, że jeszcze tylko sekunda, jeszcze tylko dwa powtórzenia, nawet jeśli przed tobą ciągle cały set. I oddychaj! Głęboko i miarowo, bo desperackie łapanie powietrza zadziała wyłącznie na twoją niekorzyść. To jedynie 40 minut (te 60 z drugiego miesiąca też nie będzie straszne, o ile w pierwszych tygodniach dasz z siebie wszystko), z którego około 10 minut przypada na spokojne rozciąganie. Nie taki diabeł straszny jak go malują.    

Dlaczego nie widzisz efektów?
a) nie dajesz z siebie wszystkiego
Jeśli zamiast 6 przewidzianych na tydzień treningów wykonasz 4-5, tragedii nie ma, ale jeżeli zaliczysz jedyne 3 albo i mniej, no cóż... Poza tym nikt nie każe ci już od samego początku dorównywać kondycją do Shauna, ale powinieneś wyciskać z siebie prawdziwy max własnych możliwości, by cały trening miał w ogóle jakikolwiek sens. Nie ma, że boli. Dwa wdechy i jedziesz dalej, a jak nie to daj sobie spokój i nie marnuj swojego czasu.
b) nie trzymasz diety
c) jesz za mało
...i nie ma innej możliwości.
Zbilansowana dieta jest przy tym programie nadzwyczaj ważna. Jeśli nie chcesz zrobić sobie krzywdy, najpierw opracuj swój jadłospis. Przy takim wysiłku organizm spala niewyobrażalne ilości kalorii nie tylko w czasie samego treningu, ale i na długo po jego zakończeniu, dlatego zmniejszanie porcji jedzenia w celu uzyskania lepszych wyników na wadze jest tutaj ogromnym błędem i przede wszystkim nieporozumieniem, bo tak naprawdę efekt będzie całkowicie odwrotny - zamiast spalać tłuszcz, będziesz go magazynować, o innych negatywnych skutkach już nawet nie wspominając. 

Czy warto?
Warto jak jasna cholera!

środa, 19 listopada 2014

Efekty po 2 tygodniach Insanity [fit test, zdjęcia & wymiary]

Pękły dwa tygodnie. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że dotrwam do tego momentu. Nigdy nie lubiłam rozpisanych planów treningowych, ale jak widać element rywalizacji z kolegą dobrze zadziałał na moją determinację. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym teraz tak po prostu zrezygnować. Wkręciłam się w to całkowicie!


Odczuwam znaczącą różnicę w życiu codziennym. Mam niższe tętno spoczynkowe, wbiegnięcie po schodach na trzecie piętro nie robi na mnie najmniejszego wrażenia, a moja skóra jest tak napięta i jędrna jak jeszcze nigdy dotąd. Może się wydawać, że mordercze treningi po 6 razy w tygodniu odbierają energię, ale tak naprawdę dzieje się coś dokładnie odwrotnego - czuję jak z każdym dniem moja życiowa bateria zwiększa swoją moc. Na wadze nie odnotowałam ani spadków, ani wzrostów (na wahania o +/- 1 kg nawet nie zwracam uwagi), ale może to kwestia tego, że kilogramy kompletnie nie są moim celem, więc co za tym idzie - do ich kontrolowania się w ogóle nie przykładam. Sprawdziłam za to, co dzieje się na centymetrze:
ramię: 24,5 / 24 cm
talia: 69 / 66 cm
biodra: 97 / 95 cm
udo: 56,5 / 54,5 cm

Myślę, że jak na dwa tygodnie jest całkiem nieźle, zwłaszcza że moja dieta nie zawsze była doskonała. Wielokrotnie zdarzyło mi się przesadzić z węglowodanami albo nie zadbać o odpowiednie zróżnicowanie, ale w przyszłości postaram się takie wpadki zniwelować do minimum by całkowicie zmaksymalizować efekty. Jestem po prostu ciekawa na co mnie stać.

W ciągu tych czternastu dni odpuściłam tylko (albo aż) dwa treningi - 11 listopada, bo miałam świąteczny dyżur w pracy i w sobotę 15 listopada, bo zaoczne studiowanie niejednokrotnie wymaga ode mnie wychodzenia z domu o godzinie 6:00 i wracania po 22.

Szału może nie ma, ale najbardziej cieszy mnie zaistniały progres przy pompkach (ćw. nr 7). Spokojnie zrobiłabym nawet o kilka powtórzeń więcej gdyby nie to, że w pewnej chwili byłam tak zaskoczona, że daję radę, że aż z wrażenia zastygłam na moment. A! I jest coś jeszcze. Do tej pory na treningach zawsze robiłam tylko i wyłącznie pompki damskie (o ile w ogóle je robiłam, bo miałam w zwyczaju ich namiętne pomijanie). Insanity nauczyło mnie wersji męskiej, która kiedyś była dla mnie absolutnie misją niewykonalną. 

To co najbardziej lubię w tej przygodzie to fakt potężnego wyzwania. Treningi nie są łatwe, ale to uczucie zwycięstwa po każdej stoczonej bitewce rekompensuje wszystko.


wtorek, 4 listopada 2014

Tłuszcz (nie) zamieni się w mięśnie

To oczywiście jest fizycznie niemożliwe. Komórka tłuszczowa (adipocyt) nie zamieni się w komórkę mięśniową (miocyt) jak po dotknięciu czarodziejską różdżką, bez względu na to, co będziesz wyrabiać na treningu czy w kuchni. Działa to na tej samej zasadzie, na której ja nie jestem w stanie przeistoczyć się w kota, chociaż czasami bardzo bym chciała. 

Tym samym nie twierdzę, że wszystkie zachęcające slogany do zainwestowania w trening i dietę, by zamienić jedną tkankę na drugą, są nieprawdziwe. Sęk w tym, że te słowa są źle rozumiane. Nikt przecież nie próbuje was namówić do łamania biologicznych praw!

 zamień tłuszcz na mięśnie
=
spal tłuszcz, a później wymodeluj mięśnie

Histologia. Tkanka tłuszczowa żółta i brunatna. Rysunki spod mikroskopu.

Ciekawostka:
Nie jest możliwe spalenie tkanki tłuszczowej. Spala się tłuszcz zawarty w komórkach tłuszczowych. Wówczas tkanka zmniejsza swoją objętość, ale liczba komórek się nie zmienia.




poniedziałek, 3 listopada 2014

Are you crazy enough for Insanity? Podejście drugie

To była szybka decyzja. Nie zastanawiałam się długo, gdy w zeszłą środę dowiedziałam się, że kolega startuje z Insanity. Niemal natychmiast zaproponowałam, że do niego dołączę. To może być fajna motywacja dla nas obojga. Żal byłoby nie skorzystać z takiej okazji! 


Po raz pierwszy próbowałam swoich sił z tym programem prawie dwa lata temu. Dotrwałam wtedy do drugiego tygodnia. Zrezygnowałam, bo... aaa zresztą! Tak naprawdę jakie to ma w tym momencie znaczenie? (Dociekliwych zapraszam do archiwum.) Pamiętam, że obiecałam sobie wtedy, że kiedyś ponownie podejmę się tego wyzwania i oto jestem! Gotowa i zdeterminowana do działania!

Dla niewtajemniczonych
Insanity to 63-dniowy program treningowy autorstwa niesamowicie sympatycznego i charyzmatycznego Shauna T. Seriously, Jillian Michaels, Ewka, Mel B i cała reszta w kwestii motywowania swoich podopiecznych nie dorastają mu nawet do pięt. Przez 9 tygodni wyciskane są z nas siódme poty. Treningi skonstruowane są na zasadzie piekielnie intensywnych interwałów, w trakcie których wyzywa się Shauna od najgorszych, a gdy jest już po wszystkim, ma się ochotę zejść na zawał leżąc na podłodze. Brzmi makabrycznie? Bo tak właśnie jest! Ale w tym cały urok. Nie chodzi o to, by zobaczyć szybki efekt na ciele, a o to by przekraczać własne granice. Insanity buduje charakter.

niedziela, 2 listopada 2014

Zakochaj się w fitnessie już dziś! 10 prostych kroków

Czym jest fitness? To coś więcej niż nurt w sporcie czy rodzaj dostępnych zajęć w klubie. To całokształt działań wpływający na naszą satysfakcję z życia i dobre samopoczucie, co oznacza, że w jego skład wchodzi nie tylko aktywność fizyczna, ale również zdrowe żywienie, samorealizacja czy rozwój osobisty. Fitness to styl życia, który daje pewność siebie, szczęście i odwagę do podejmowania wyzwań - nie tylko tych sportowych.


Krok 1: Pamiętaj, że nie wszystko, co znajduje się w sklepie na dziale spożywczym, jest jadalne.
Wybieraj mało przetworzone produkty i czytaj etykiety - to absolutna podstawa. Nie daj się oszukać. Napis "bez cukru i konserwantów" czy "fit" niczego nie gwarantuje.

Krok 2: Nawodnienie organizmu to cholernie ważna rzecz.
...a woda smakowa czy cola zero to wcale nie jest dobry wybór.

Krok 3: Te dwa cukierki, które przed chwilą zjadłeś, nie zrujnowały twojego jadłospisu.
...o ile nie sięgniesz po kolejne dwa. Małe grzeszki nie robią żadnej różnicy naszemu organizmowi, więc nie daj się zwariować. Czysta micha jest ważna, ale by osiągnąć sukces, nie musisz dążyć do absolutnej perfekcji.

Krok 4: Cele bez planu ich realizacji są tylko marzeniami.
Po co utrudniać sobie życie? Nie osiągniesz tak łatwo tego, co sobie zamierzyłeś, skoro kompletnie nie wiesz, jak się za to zabrać.

Krok 5: Załóż specjalny zeszyt i kontroluj swoje postępy.
Szybko zauważysz, że przesz do przodu jak burza. To sprawi, że twoja motywacja nie będzie spadać. Zapisuj w nim też wszystko to, co cię inspiruje.

Krok 6: Schody nie gryzą, a windy lubią się zacinać.
Poza tym ta komunikacja miejska... ciągłe opóźnienia i jak tu być punktualnym? Lepiej się przespacerować.

Krok 7: Trening funkcjonalny w połączeniu z interwałowym sprawi, że twoje codzienne życie stanie się łatwiejsze.
...bo przyjemnie byłoby się tak szybko nie męczyć i tryskać energią od świtu do późnej nocy, prawda?

Krok 8: Nie ma czegoś takiego jak "brak czasu", zaufaj mi.
Zainwestuj w dobry organizer/kalendarz i jedziesz...

Krok 9: Pamiętaj, że im większy jest twój sukces, tym więcej znajdzie się ludzi, którzy będą chcieli podłożyć ci nogę.
Nie ma sensu się nimi przejmować.

Krok 10: Masz w sobie potencjał. Zrób z niego pożytek.
Poważnie! Uwierz, że możesz dokonać wszystkiego, czego zapragniesz, a sam będziesz zdziwiony, na ile cię stać!





czwartek, 30 października 2014

Oblicz swoją idealną wagę, czyli o tym, że BMI to bubel

BMI (body mass index) to stosunek wagi ciała mierzonej w kilogramach do podniesionego do drugiej potęgi wzrostu wyrażonego w metrach. Zakres normy waha się od 18,5 do 24,9.


BMI=\frac{\text{masa} }{\text{(wzrost)}^2 }

http://health.howstuffworks.com/wellness/diet-fitness/weight-loss/bmi3.htm

Oczywistym jest, że BMI nie powinno być obliczane dla kobiet w ciąży, dzieci do 15 roku życia, ludzi starszych (po 70-tce) oraz sportowców.

Dlaczego BMI to bubel? To proste! Nie bierze pod uwagę składu ciała. W innej kondycji jest osoba, która ma zaledwie 15% tłuszczu w organizmie i przy tym ładnie rozbudowane mięśnie, a w innej ktoś, kto niechlubnie może pochwalić się procentem tkanki tłuszczowej na poziomie 35 i to nie podlega żadnym wątpliwościom. Waga tych dwóch osób będzie dosyć podobna, a więc i BMI będzie zbliżone. Poza tym BMI ma zdecydowanie zbyt szeroki zakres tolerancji. Na przykład osoba o wzroście 170 cm będzie miała prawidłową wagę ważąc zarówno 54, jak i 70 kg. Czy nie wydaje się to podejrzane? Oczywiście, że tak! BMI jest po prostu zbyt mało precyzyjne, by być rzetelną miarą.





Osobiście uważam, że nie istnieje żaden wzór na obliczenie idealnej masy ciała. Najważniejszym kryterium, według którego powinniśmy oceniać czy ważymy w normie czy też wręcz przeciwnie, jest nasze własne samopoczucie. Istnieją jednak wzory, które według pewnych mądrzejszych ode mnie głów, są nieco bardziej wiarygodne od wskaźnika BMI i dzięki temu mogą stanowić dla nas niewielką podpowiedź. Jeśli o mnie chodzi, traktuję je raczej jako formę ciekawostki.

poniedziałek, 20 października 2014

Rozwiązanie problemu znajduje się na twoim talerzu

Życie jest krótkie, powiadają. Wobec tego co ty na to, żeby je sobie po prostu wydłużyć? Tak, jest na to sposób. Co więcej - ten sposób jest bardzo przyjemny i przystępny dla każdego. Czy starość musi kojarzyć się tylko z kursowaniem od lekarza do lekarza i mieszkaniem w aptece? Oczywiście, że nie! Wyobraź sobie świat, w którym ludzie dożywają stu dwudziestu lat i nikogo kompletnie to nie dziwi. Piękna wizja, prawda? A jakże realna! I to nawet w tak zanieczyszczonym środowisku, w jakim żyjemy. Idąc dalej... Naprawdę myślisz, że twoje zmęczenie i brak chęci do czegokolwiek wynika z tego, że poświęcasz za mało czasu na sen*? Daj spokój! Zamiast wyliczać godziny, które ostatnio spędziłeś pod pierzyną, zajrzyj lepiej do swojego talerza. Tam znajdziesz odpowiedzi na wszystkie twoje problemy i nurtujące cię pytania.

wtorek, 30 września 2014

Z pamiętnika studentki: pierwsze wrażenia

Z wielkim entuzjazmem, bogatsza o zeszłoroczne doświadczenia (i porażki), wkroczyłam w nowy rok akademicki. Wybrałam kierunek dietetyka w Śląskiej Wyższej Szkole Medycznej w Katowicach. Oczywiście, w trybie zaocznym. Przygoda ze studiowaniem biologii na Uniwersytecie Śląskim wiele mnie nauczyła. Wyciągnęłam bardzo dużo wniosków, które mam nadzieję, okażą się pomocne.

Wrażenia po pierwszym zjeździe są naprawdę pozytywne. Nareszcie znalazłam się wśród ludzi, którzy w pełni podzielają moje zainteresowania. Muszę przyznać, że działa to na mnie niesamowicie inspirująco. Rozglądając się po auli na stolikach zauważy się tylko wodę mineralną (żadnych słodkich napojów) i piękne, kolorowe lunchboxy. Nikt nie marudzi z powodu zbliżającego się wuefu, a nawet wręcz przeciwnie - słychać wyraźny entuzjazm. W przerwach między zajęciami można pogawędzić na naprawdę interesujące tematy dotyczące odżywiania i aktywności, a ludzie pytani o swoje pasje odpowiadają głośno "zdrowy tryb życia!". Chyba jestem w niebie...

Największym zaskoczeniem jest to w jaki sposób uczelnia rozwiązała sprawę z wychowaniem fizycznym. Zamiast nudnego szablonu, który wszyscy znamy ze szkoły, pojawiły się... wypady do klubu fitness. W założeniu mamy nauczyć się obsługiwać wszystkie maszyny, układać proste treningi i poznać podstawy dotyczące fizjologii wysiłku. Powiem wam szczerze, że jestem wniebowzięta. Czuję, że to jest właśnie to, czego potrzebowałam. Kurs instruktora fitness, na który uczęszczałam kilka miesięcy temu, zakładał w swoim programie tylko zajęcia typowo fitnessowe (w rozumieniu grupa ludzi, jeden prowadzący, głośna muzyka, sprzęty typu hantelki, piłki gimnastyczne), a niestety nie obejmował siłowni, dlatego czułam pewnego rodzaju niedosyt. Teraz mam szansę wypełnić tę lukę, co mnie bardzo cieszy. A poza tym... trening na siłowni w ciągu długiego dnia na uczelni i to w dodatku w ramach zajęć? No żyć, nie umierać!


Rok temu przy moim pierwszym zetknięciu ze studencką codziennością narzekałam na to, jak męczące są półtoragodzinne wykłady. Marudziłam, że po czterdziestu minutach gubię koncentrację i nie potrafię się na nowo skupić. Wszak byłam jeszcze przyzwyczajona do szkolnych standardów. Tym razem moje wykłady niejednokrotnie trwają po trzy godziny (z krótką przerwą gdzieś w trakcie, która w gruncie rzeczy często nie starcza nawet na wyjście do toalety) i dopiero teraz zaczęłam doceniać to, co kiedyś wydawało mi się istną katorgą.

A tak poza tym... Ubolewam strasznie, bo na dietetyce nie ma takiego przedmiotu jak histologia. Szkoda, wielka szkoda, bo naprawdę ją uwielbiam. Mam nadzieję, że mikrobiologia i anatomia zrekompensują mi jej nieobecność.

Do Katowic mam niedaleko, bo jest to zaledwie 50 kilometrów. Niemniej jednak wychodząc rano, czuję się, jakbym wyruszała na drugi koniec świata. Może jestem dziwna, ale ja to naprawdę lubię. Lubię wstawać o 5 rano, gdy za oknem jeszcze ciemno, a temperatura przypomina tą syberyjską. Lubię też z obładowanym do granic możliwości plecakiem snuć się po dworcach i przystankach. Lubię odkrywać nowe miejsca i szukać ulic z mapą w ręku. Lubię nawet czasem zgubić orientację w terenie i pytać przypadkowo napotkanych ludzi o drogę. Myślę, że mam duszę podróżnika.

Nie mogę się już doczekać nowych wyzwań, które zaserwują mi studia! Jak widać, jestem bardzo pozytywnie nastawiona i mam wielką nadzieję, że nie okaże się to tylko słomianym zapałem. Jedno wiem na pewno: zapowiada się pasjonująco.


poniedziałek, 22 września 2014

Z sympatii do Simsów... Chili con carne



Zainspirowana postem na jednym z fitblogów, które obserwuję, zaczęłam przeszukiwać internet w pogoni za szczegółowymi informacjami dotyczącymi potrawy jaką jest chili con carne. Kto grał w Simsy, ten na pewno ją kojarzy, nawet jeśli nigdy nie miał za wiele do czynienia z kuchnią meksykańską. Ze wszystkich przepisów jakie udało mi się odnaleźć, wyciągnęłam to co spodobało mi się najbardziej i zabrałam się do gotowania.


 Składniki:
- papryka czerwona i zielona
- kukurydza
- cebula i czosnek
- pomidory z puszki
- czerwona fasola
- olej rzepakowy
- mięso mielone
- tabasco
- oregano, papryka, pieprz, sól



Przygotowanie:
Posiekany czosnek i pokrojoną cebulę razem z przyprawami (oregano, pieprz, papryka) szklimy na oleju. Dodajemy mięso, odrobinę je solimy i smażymy aż zmieni kolor. Następnie dolewamy pomidory (razem z zalewą) i tabasco według uznania. Dorzucamy kukurydzę. Gotujemy całość przez ok. 20 minut. Dodajemy pokrojoną w kostkę paprykę i gotujemy jeszcze przez ok. 5 minut. Na koniec dokładamy odsączoną fasolę i gotujemy przez ostatnie 5 minut.  

Gotowe :) 
Chili con carne można jeść np. z ryżem lub nawet bez dodatków.


Uwielbiam ostre smaki, dlatego od razu zakochałam się w tej potrawie. Jest niezwykle prosta w przygotowaniu, co bez wątpienia jest jej atutem. Bardzo polecam!

PS. Post edytowany. Posłuchałam waszych rad i nieco udoskonaliłam swoje chili ;)

http://facebook.com/fitmiracle

piątek, 12 września 2014

Jak znalazłam w życiu szczęście

Jestem szczęśliwym człowiekiem i nie boję się tego przyznać. Nie zawsze wszystko idzie po mojej myśli, a do niektórych celów nie jestem w stanie zbliżyć się przez własne słabości ani na centymetr, ale hej, takie jest życie! Grunt to dostrzegać dobre strony nawet w najgorszych sytuacjach, dlatego cokolwiek się nie dzieje, nigdy nie dopuszczam do siebie żadnych negatywnych myśli. Medal ma zawsze dwie strony, ale ja z wyboru zwracam uwagę tylko na tą pozytywną! Wyuczenie takiego nawyku zajęło mi sporo czasu, ale finalnie weszło mi to na tyle w krew, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym postępować inaczej. 

Żadna negatywna emocja jak strach, gniew czy smutek nie wniesie do mojego życia nic pożytecznego. Nie sprawi, że porażka magicznie zmieni się w sukces, więc nie widzę sensu marnowania na nią energii. 

Przede wszystkim nigdy nie przestaję szukać. Szukam nowych miejsc, gdzie jeszcze nigdy nie stanęła moja stopa, możliwości, które pozwalają mi urozmaicać nudne dni, okazji do rozwoju, do inwestowania w najważniejszy kapitał, jaki każdy z nas otrzymał - w siebie samego. 

Co jakiś czas siadam z kartką i długopisem w dłoni i spisuję życiorys krótkoterminowy. Nazywam to (nie)zwyczajną futurospekcją. Zastanawiam się, czego oczekuję w najbliższych dniach, tygodniach, czasem miesiącach, co chciałabym osiągnąć, co zmienić, co sprawiłoby, że czułabym się dobrze we własnej skórze i byłabym w pełni zadowolona z siebie, a potem ostro, bez wymówek ruszam do działania. Wszak życie mamy tylko jedno - trzeba wykorzystać je należycie, by obudzić się któregoś dnia z milionem zmarszczek na twarzy i niczego nie żałować. Nieraz w tych momentach przychodzą mi do głowy pomysły wręcz absurdalne, które straszą swoim skomplikowaniem i odległością, ale cholera, wolę umrzeć w walce niż pozostawać bierną. Poza tym tak naprawdę nie wierzę, że istnieją rzeczy nie do osiągnięcia, ale to pewnie zdążyliście już zauważyć. 


Jeśli mogłabym wam dać jakąś prostą, ale całkowicie szczerą i skuteczną radę, powiedziałabym wam, byście uwierzyli w te prozaiczne slogany z internetu typu możesz więcej niż ci się wydaje. Ja zatraciłam się w nich bez pamięci i uważam to za największe błogosławieństwo. Dzięki nim po prostu uwierzyłam w siebie. 

Mamy to, o co walczymy, na co sobie zapracujemy. Grunt to zrozumieć, że ograniczają nas tylko nasze myśli. Wystarczy zmienić podejście, by móc przenosić góry. Po co utrudniać sobie życie? Tęsknisz za kimś? Odezwij się do niego. Nie lubisz swojej pracy? Poszukaj możliwości szybkiego przekwalifikowania się. W szkole nie radzisz sobie z jakimś przedmiotem? Poświęć na niego godzinę więcej niż zwykle. Marzysz o podróży życia? Już dziś załóż słoik, który będzie pełnił formę skarbonki. Nie róbmy niepotrzebnego dramatu w sprawach, w których własnymi rękami możemy wiele zmienić. 

Kolejnym czynnikiem, który z całą pewnością składa się na moje poczucie szczęścia jest fakt, że codziennie przyświeca mi idea człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce. Lubię być bezpośrednia i otwarta. Nie wstydzę się poruszać tematów tabu, nic mnie negatywnie nie zaskakuje ani nie oburza. Uważam, że normalne jest nudne, a dziwne interesujące. Jeśli przydarzy mi się wpadka, zamiast rozpaczać umiem obrócić ją w żart i śmiać się sama z siebie. To naprawdę bardzo pomaga w życiu. 

Podsumowując...
  1. Medal ma zawsze dwie strony, ale ważniejszą z nich jest ta pozytywna.
  2. Negatywne emocje nie sprawiają, że porażka zmienia się w sukces - nie marnuj na nie energii.
  3. Nigdy nie przestawaj szukać.
  4. Żyj według własnoręcznie napisanego życiorysu.
  5. Możesz więcej niż ci się wydaje.
  6. Nie utrudniaj sobie życia niepotrzebnymi dramatami.
  7. Człowiekiem jesteś i nic co ludzkie nie jest ci obce.


sobota, 23 sierpnia 2014

15 złotych myśli panny Grey, czyli jak zaprosić szczęście w swoje progi


  1. Ucinaj sobie krótkie pogawędki z nieznajomymi. Bądź otwarty! Nie bój się inicjować przypadkowych znajomości.
  2. Uśmiechaj się. Pilnuj, by twoja twarz zawsze wyrażała przyjazne emocje. 
  3. Nigdy nie myśl o sobie w negatywny sposób. Jesteś swoimi myślami. To co myślisz o sobie, staje się rzeczywistością.
  4. Nie spekuluj. 90% kłopotów, których rodzi się w twojej głowie, nigdy nie wyjdzie poza jej granice. Zaczniesz się martwić dopiero wtedy, kiedy problem faktycznie zaistnieje, bo niby jak chcesz poradzić sobie z czymś, co jeszcze nie istnieje? Najpierw poczekaj na rozwój sytuacji.
  5. Wyrzuć ze swojego słownika słowo niemożliwe. Wszystko jest do zrobienia. Niektóre rzeczy są po prostu odrobinę trudniejsze i wymagają więcej czasu. 
  6. Każdego ranka zastanów się, co sprawiłoby, że pod koniec dnia byłbyś z siebie dumny i po prostu to zrób. Nie musisz od razu dokonywać cudów - wystarczy nawet drobnostka.
  7. Pamiętaj - jeśli nie odważysz się zapytać, odpowiedź zawsze będzie negatywna. Zadawaj pytania, które cię dręczą! Chyba nie chcesz, by strach przed odpowiedzią pozbawił cię szansy na zmianę twojego życia?
  8. Często wybieraj się na spacery w miejsca z dala od miejskiego zgiełku. Daj się inspirować ciszy i naturze.
  9. Sporządź listę rzeczy, które chciałbyś zrobić dla czystej przyjemności, a później planuj jedną z nich na każdy tydzień.
  10. Bądź zmianą, którą chciałbyś ujrzeć w świecie. Kropla drąży skałę. Pamiętaj o tym.
  11. Nigdy nie czekaj, bo tak naprawdę nie wiesz, ile czasu ci jeszcze pozostało. 
  12. Bądź człowiekiem czynu. Jeśli nie weźmiesz sprawy w swoje ręce, nikt za ciebie tego nie zrobi.
  13. Coś poszło nie po twojej myśli? Zamiast się zadręczać i tracić energię na smutek, zastanów się, jak możesz wykorzystać zaistniałą sytuację. Bądź elastyczny. Życie to nie tylko dobre chwile. Trzeba umieć się odnaleźć również w tych złych.
  14. Nie miej marzeń. Miej cele do osiągnięcia.
  15. Żyj według życiorysu, który sam sobie napisałeś. Jesteś kowalem własnego losu. Wszystko jest w twoich rękach i nie daj sobie wmówić, że jest inaczej. 



wtorek, 12 sierpnia 2014

Krótki rachunek sumienia

Żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Ucz się tak, jakbyś miał żyć wiecznie.

Czy ten dzień przybliżył mnie do celu? 
a) TAKso keep going
b) NIEzmarnowałam czas
W tym momencie nie ma dla mnie nic bardziej motywującego niż ten niezwykle krótki rachunek sumienia pod koniec dnia.



poniedziałek, 11 sierpnia 2014

(Foto)relacja z pierwszego tygodnia powracania na właściwe tory

Minęło zaledwie siedem dni, co więcej - w ciągu tego tygodnia nie wszystko było takie jak być powinno, a mimo to bardzo wyraźnie odczuwam wpływ zmian. I niech mi ktoś powie, że warzywka i machanie nóżką (bo tak leniwce i miłośnicy żelastwa na siłowni prześmiewczo wypowiadają się o fitnessie) nie uszczęśliwia... 


Takie poranki lubię najbardziej. Owsianka z żurawiną i nektaryną, obowiązkowo zielona herbata i... książka. Ostatnio czytam Nicholasa Sparksa, choć do tej pory raczej nie gustowałam w tego typu lekturach. 


Staram się jeść tak dużo owoców (i warzyw), jak jest to tylko możliwe. Postanowiłam, że na razie nie będę zwracać uwagi na nadwyżkę cukru, której się prawdopodobnie przez to nabawię. Muszę podładować akumulatory, a nic nie działa tak dobrze jak potężna bomba witaminowa!


Nie byłabym sobą, gdybym nie pstryknęła żadnej fotki mojej pupilce, mając ku temu okazję. Jestem jak te świeżo upieczone matki, które zalewają portale społecznościowe zdjęciami ich malutkich pociech ;)


Kto śledzi fanpage bloga na facebooku, to zdjęcie już widział. Są to jedne z moich ulubionych cytatów pochodzących z Grey's Anatomy. Działają na mnie niezwykle pozytywnie, dlatego w okresie powrotu do formy okazują się podwójnie przydatne. Zawieszka z nimi nigdy nie znika z tablicy korkowej w moim pokoju. Lubię mieć je zawsze przed oczami, bo utrzymują poziom dobrej energii na wysokim poziomie.


Głównym założeniem jest ponowne wypracowanie w sobie systematyczności w treningach. Docelowo chciałabym dojść do pięciu treningów na tydzień, ale niestety nie jest to takie proste. Gdyby chodziło tylko o mój zapał, nie byłoby tak źle, ale w grę wchodzi również organizacja czasu, którego nie mam zbyt wiele. W zeszłym tygodniu wpadły trzy treningi, w tym będzie o przynajmniej jeden więcej :) Obiecuję! Mam tyle organizerów i kalendarzy, że po prostu nie ma opcji, żebym prędzej czy później nie rozgryzła tego problemu.




piątek, 8 sierpnia 2014

Cytaty z prywatnego pamiętnika panny Grey cz. III; walcząc zwyciężysz

Wiele osób zarzuca mi niepoprawny optymizm. Fakt, zawsze staram się odnaleźć dobre strony w każdej sytuacji i wolę zakładać, że będzie dobrze zamiast martwić się na zapas, ale mimo wszystko myślę, że nazywanie mnie przesadną optymistką to działanie trochę na wyrost. Ja po prostu jestem ogromną fanką afirmacji!

Afirmacja (łac. affirmatio) – w psychologii zdania wpływające na poziom samoakceptacji. Afirmować siebie to stymulować rozwój osobisty, poprzez akceptację siebie. Afirmacja polega zazwyczaj na powtarzaniu pozytywnych twierdzeń na temat własnej osoby, co ma prowadzić do identyfikacji z ich treścią. Afirmacja wykorzystuje mechanizm autosugestii i medytacji w celu wzmacniania poczucia akceptacji u osoby ją stosującej. źródło: wikipedia


Afirmacja sprawia, że mam więcej energii do działania, nie boję się podejmować wyzwań, a porażki, które przecież zdarzają się każdemu, są dla mnie lekcjami na przyszłość, a nie kulami u nogi. Kłam­stwo pow­tarz­ne ty­siąc ra­zy sta­je się prawdą - powiedział Josef Goebbels i właśnie w ten sposób działa afirmacja. Pomyśl, jak chcesz osiągnąć cokolwiek, nie wierząc w to, że faktycznie możesz tego dokonać? Mierz siły na zamiary (nie mylić z nie porywaj się z motyką na słońce!) i postaw sobie ambitne cele. Afirmacja pomoże ci w ich osiągnięciu! 

* * *

"Nigdy więcej nie ocenię kogoś przy pierwszym spotkaniu i to tylko i wyłącznie na podstawie pierwszego wrażenia. Jeśli coś ma przypisane numer jeden i stoi na pierwszej pozycji, nie znaczy to jednocześnie, że jest nieomylne i najlepsze. Jeden to tylko cyfra, jak każda inna. Zwycięzcą może być równie dobrze ktoś z numerem drugim, jak i z trzydziestym czwartym, czy pięćdziesiątym siódmym. Zwycięstwo to pojęcie względne. Zupełnie, jak piękno i perfekcja." (23 lutego 2012)

"Nie mam pozwolenia na odpoczynek, bo chwila, która trwa nigdy się nie powtórzy. Muszę wykorzystać ją w całości."
(6 lutego 2012)

"Mogłabym się załamać. Mogłam odpuścić sfrustrowana. Mogłabym, ale tego nie zrobię, bo po co? Będę próbować osiągnąć cel tak długo aż mi się uda i nieważne, czy to będzie jeszcze w to lato czy dopiero za rok. Wygram, bo to jest to czym się na co dzień zajmuję." (22 czerwca 2013)

"Ja zawsze mam czas, nigdzie się nie śpieszę i uważam, że jeśli problem rzeczywiście nie zaistniał, to nie ma się czym martwić, bo jak mam poradzić sobie z czymś, czego aktualnie jeszcze nie ma?" (14 czerwca 2013)

"Użalanie się nad sobą nic nie da. Tak samo jak wyłączenie telefonu i zaszycie się w domu - teraz to wiem. Wczoraj udawałam, że na jeden dzień wysiadłam z karuzeli życia. Myślałam, że wyjdzie mi to na dobre, ale przecież czas się tak naprawdę nie zatrzymał, a ja po prostu straciłam cenne 24 godziny ze swojej młodości i tym samym zakopałam się jeszcze głębiej w fekaliach rzeczywistości. Kompletnie bez sensu. Zamiast tego trzeba było po prostu DZIAŁAĆ." (14 marca 2014)

"A ja potrzebuję inspiracji. Widzę ją wszędzie, gdy chcę ją zobaczyć." (24 lutego 2014)

* * *

"Wygram, bo to jest to czym się na co dzień zajmuję." Brzmi arogancko? Być może, ale o to właśnie chodzi! Jeśli brakuje ci pewności siebie, po prostu udawaj, że wcale tak nie jest. Zaufaj mi, afirmacja działa cuda.



środa, 2 lipca 2014

Dwa proste pytania, a jak wiele potrafią zdziałać...

Zatrzymaj się na chwilę, zaparz sobie ulubioną herbatę lub kawę, włącz muzykę, która dobrze Ci się kojarzy, weź kartkę i długopis. To jest moment tylko dla Ciebie. A! I mam do Ciebie jeszcze jedną prośbę - bądź ze sobą tak szczera, jak to tylko możliwe. 

Przed Tobą trzy grupy magicznych pytań. Odpowiadając na nie, nie zastanawiaj się długo. To, co jako pierwsze przyjdzie Ci na myśl, będzie tym, czego szukasz. Pamiętaj, żeby spisać wszystkie odpowiedzi i emocje, które czujesz. Te notatki przydadzą Ci się później.

soup.io
Gdy nie potrafisz odnaleźć motywacji do działania:
1. Dlaczego chcesz dokonać zmiany/osiągnąć ten cel?
2. Jak zmieni się Twoje życie, gdy będziesz mieć już w rękach, to czego chcesz?

Gdy borykasz się z problemem natury psychicznej i nie wiesz, gdzie jest jego źródło:
1. Czego brakuje Ci w życiu?
2. Co możesz zrobić, by chociaż zbliżyć się do obrazu życia, które chcesz wieść? (nie uznaję odpowiedzi: nic! zawsze można coś zrobić)

Gdy łączysz w sobie dwa powyższe punkty:
1. Co cię powstrzymuje?
2. Czy aby na pewno ograniczenia, które Twoim zdaniem nie pozwalają Ci na szczęście, są prawdziwe? Może po prostu używasz ich jako wymówek, bo tak jest łatwiej.


Najprostsze rozwiązania są zawsze najefektywniejsze. Nie ma nic lepszego niż szczera rozmowa z samym sobą. Wracam do tych pytań za każdym razem, gdy mam wrażenie, że zaczyna dziać się coś niedobrego i jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Mam cichą nadzieję, że w jakimś stopniu pomogą również i Tobie.

Pamiętaj, że wszystko zależy od Ciebie i nic samo się nie zrobi. Życie jest pasmem wyborów. Upewnij się, że wybierasz dobrze.



piątek, 27 czerwca 2014

Ile można przytyć w ciągu jednego dnia?

Zakładając, że PPM (podstawowa przemiana materii [z ang. BMR] - kalorie potrzebne do pracy narządów, a więc do utrzymania nas przy życiu) przeciętnej kobiety waha się w okolicach 1500 kcal i biorąc pod uwagę, że jeden kilogram tłuszczu to około 7000 kcal, żeby przytyć właśnie o ten jeden kilogram, trzeba byłoby zjeść w ciągu dnia ponad 8500 kcal. Proporcjonalnie, by przybrać pół kilograma, musiałybyśmy pochłonąć aż 5500 kcal. To ogromne liczby!


Myślicie, że to możliwe, żeby w naszych żołądkach pomieściło się tyle jedzenia? Uspokoję was - jest to bardzo mało prawdopodobne. No chyba, że zagryzałyście kostkę masła, popijając ją olejem. Czasem wydaje nam się, że zjadłyśmy nie wiadomo jak dużo, a tak naprawdę po podliczeniu okaże się, że dobiłyśmy ledwo do 2500 kcal. Grunt to nie panikować.

Skok wagi, który zauważacie następnego dnia po - kolokwialnie mówiąc - obżarstwie, to nic innego jak woda, która zebrała się w organizmie (logicznie im więcej jedzenia, tym więcej soli sobie dostarczacie) oraz zawartość jelit i żołądka. Możecie mi zaufać - ten nadbagaż wraz z napompowanym, opuchniętym brzuchem zniknie do kilku dni samoistnie. 

Co innego, jeśli takie uczty na bogato zdarzają wam się kilka razy w tygodniu. Wtedy w myśl przysłowia grosz do grosza, a będzie kokosza, w końcu uzbiera się materiał na kolejną fałdkę.

Co zrobić, gdy zdarzy nam się zjeść za dużo?
Nie rekomenduję żadnych diet typu detox, gdzie je się tylko warzywka i pije koktajle albo co gorsza - nie je się wcale. Fakt, w takim przypadku powinniśmy zadbać o to, by w naszym jadłospisie znalazło się wiele warzyw bogatych w antyoksydanty, ale to wcale nie znaczy, że powinniśmy się ograniczyć TYLKO do nich. Pomocna okaże się też zielona herbata i przede wszystkim ogromne ilości wody. A tak na marginesie - nie zapominajmy, że wraz z potem nasze ciało opuszczają również nagromadzone toksyny, więc i dobry trening zrobi swoje!

*Post nie dotyczy osób cierpiących na zaburzenia odżywiania.


sobota, 21 czerwca 2014

Przepis na sukces

''Why does it always have to be about the destination? Why can't it be about the journey?'' - Grey's Anatomy (e11s04)



UWIERZ, ŻE POTRAFISZ
Stań przed lustrem i powiedz sobie, że dasz radę. Powtarzaj to tak często, jak to tylko możliwe aż do momentu, kiedy w to naprawdę uwierzysz. To pierwszy i najważniejszy krok. Wyrzuć ze swojego słownika słowo "spróbuję". Próbować można nowych potraw, ale jeśli chodzi spełnianie marzeń i osiąganie celów, trzeba po prostu DZIAŁAĆ. To ty decydujesz, czy jesteś zwycięzcą czy przegranym, bo nie bez powodu mówi się, że optymistom w życiu łatwiej. Od samego początku załóż, że wygrasz i nie pozwól, by jakakolwiek inna myśl zaprzątnęła twoją głowę.

NIE OD RAZU RZYM ZBUDOWANO
Wszystko wymaga czasu. Nie porównuj się z innymi. To, co ktoś jest w stanie osiągnąć w ciągu miesiąca, tobie może zająć pół roku i jest to całkowicie normalne. Pośpiech jest zgubny, a czas jest twoim sprzymierzeńcem, nie wrogiem. 

ZAPLANUJ
Ludzie sukcesu dużo planują. Wszelkie harmonogramy i organizery powinny być twoimi najlepszymi przyjaciółmi. Stwórz system, który pozwoli ci kontrolować twoje postępy. Mogą to być wszelkiego rodzaju tabelki lub listy do odhaczania zadań wykonanych.

MOTYWACJA TO RZECZ NABYTA
Raz jest, a raz jej nie ma. Jeśli nie będziesz jej pielęgnować, szybko cię opuści. Miej coś, co cię inspiruje zawsze przy sobie.

NIE DAJ SIĘ ZWARIOWAĆ
Mówią, że perfekcja nie istnieje, jednak ja się z tym kompletnie nie zgadzam. Ona przyjdzie niepostrzeżenie i tylko wtedy, gdy nigdy nie stanie się twoim bezpośrednim celem. Pamiętaj, że nie chodzi o to, by każdy dzień był doskonały. Sęk w tym, by starać się być lepszym niż było się wczoraj i tylko to się liczy. W końcu zorientujesz się, że masz wszystko, czego chciałeś i do szczęścia nie potrzeba ci już nic więcej, nawet jeśli do osiągnięcia początkowo założonego celu będzie jeszcze daleko. Skupiaj się na małych krokach, drobnych zwycięstwach i przede wszystkim - na błędach, które zdarzy ci się popełnić. Każdy upadek ściągnie odrobinę balastu z twoich pleców i tym samym droga na szczyt będzie coraz łatwiejsza.

NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ
Trudno pokonać osobę, która nigdy się nie poddaje.


Masz jedno życie - wyciśnij z niego, ile się da. Nie marnuj czasu, bo chwila, która trwa nigdy się nie powtórzy. Nikt nie przybędzie i nie uratuje cię z opresji szarej rzeczywistości. Musisz wziąć sprawy w swoje ręce. Bądź swoim własnym superbohaterem. Możesz więcej niż ci się wydaje.



poniedziałek, 16 czerwca 2014

Zdrowa dieta nie taka droga, jakby się wydawało

Zawsze się zastanawiałam, skąd bierze się przekonanie, że zdrowe odżywianie jest drogie. Przecież nie ma nic bardziej mylnego! Przykro mi, że coś co nie jest nawet prawdą, zniechęca tak wielu ludzi do zmiany swoich nawyków na zdrowsze. 

Ostatnio doszłam do wniosku, że gdybym miała obstawiać, kto tu zawinił, postawiłabym na pseudo dziennikarzy z portalów takich jak Onet, Interia czy Wirtualna Polska i tych, którzy piszą artykuły do  gazetek dla pań. "Schudnij 2 kg w tydzień dzięki naszej diecie" mówią nagłówki. Z ciekawości klikam w link i co widzę? Oliwki, łosoś, borówki, awokado, jaja przepiórcze i inne produkty, których na co dzień nie sposób znaleźć w lodówce Jana Kowalskiego.  


A przecież można o wiele prościej... i taniej! Zamiast wyszukanych ryb - makrela, a najwyższej klasy oliwę z oliwek spokojnie może zastąpić zwykły olej rzepakowy. Niestety do tej pory na żadnym powszechnie odwiedzanym portalu czy w kolorowym czasopiśmie (nie licząc tych stricte o tematyce fit) nie natknęłam się na ani jedną przestępną dla każdego dietę, a to przecież tego typu prasę najczęściej czytają kobiety w Polsce! Podejrzewam, że to właśnie stąd bierze się to błędne przekonanie. Temat finansów jest dosyć śliski i mam tego świadomość, ale prawda jest taka, że wcale nie trzeba sięgać po produkty z najwyższej półki, by jeść zdrowo.

Przykładowo...
Pudełko kaszy gryczanej kosztuje plus minus 3,50 zł za 400g, za kilogram piersi z kurczaka zapłacimy ok. 13 zł, a za paczkę szpinaku ok. 3 zł. Na jedną porcję potrzebuję średnio 40g kaszy, 180g kurczaka i 120g szpinaku, więc za niecałe 20 zł jestem w stanie ugotować CO NAJMNIEJ pięć obiadów. To chyba niezbyt wygórowana cena?

Warto zrobić sobie małe porównanie. Proponuję spisać dwie listy zakupów - tą tradycyjną i tą ze zmianami. Jestem niemal pewna, że po podliczeniu będziecie miło zaskoczeni wnioskami.



piątek, 6 czerwca 2014

Ogłoszenie wyników I edycji rywalizacji o tytuł Miss Fit w Klubie Fitholika!

W minioną niedzielę zakończyła się pierwsza edycja wyzwań w Klubie Fitholika. To były pracowite cztery tygodnie! Przez 28 dni uczestniczki rywalizowały z własnymi słabościami, dzieliły się doświadczeniami i stopniowo wprowadzały zdrowe zmiany do swojego życia. Dziś przyszedł czas na podsumowanie ich ciężkiej pracy i tym samym ogłoszenie wyników! Kto poradził sobie najlepiej i zdobył tytuł Miss Fit?


Wybór był bardzo ciężki. Tak naprawdę każda z dziewczyn odniosła ogromny sukces i wszystkie zasługują na pierwsze miejsce, ale dwie z nich po prostu powaliły mnie swoimi efektami i to właśnie im z wielką radością przyznaję tytuł Miss Fit! 
*fanfary*
Przed Państwem...

czwartek, 29 maja 2014

Jak komponować posiłki? Krótki poradnik

Od czasów żywieniowej (r)ewolucji, gdy zmieniłam nieco swój sposób odżywiania, czuję się o wiele lepiej, mam więcej energii, a efekty treningów przychodzą znacznie szybciej (zarówno te wizualne, jak i kondycyjne). Przekonałam się, że samo "jedz dużo warzyw i unikaj słodyczy" czy zwykłe "jedz czysto", tak często powtarzane w fit społeczności, jest dobre jedynie na początek, a jeśli naprawdę chcemy zacząć żyć zdrowiej, warto czym prędzej wejść na wyższy poziom.

Mimo wszystko ekspertem nie jestem, ale chętnie podzielę się z wami kilkoma zasadami, którymi kieruję się na co dzień, układając swój jadłospis.

środa, 28 maja 2014

Klub Fitholika zaprasza! Nabór do drugiej edycji projektu


Klub Fitholika otwiera nabór do drugiej edycji projektu skierowanego głównie dla osób początkujących, ale nie tylko! Jeśli masz ochotę podjąć się nowych wyzwań, zmienić coś w swoim życiu i poznać ludzi z zainteresowaniami podobnymi do twoich, dołącz do nas! 


Formularz zgłoszeniowy

nick: 
(którym będziesz posługiwać się w klubie)
wiek:
wzrost:
waga:
cel:
(np. odchudzanie, rzeźba, kondycja, zmiana nawyków...)
województwo:
(w którym mieszkasz)
dlaczego chcesz dołączyć do projektu:



Zgłoszenia będą przyjmowane do soboty (31 maja). 
Przewidywany start drugiej edycji projektu: poniedziałek (2 czerwca). 




wtorek, 27 maja 2014

Recenzja: "FitMind. Schudnij bez diet" Klaudia Pingot i Aleksandra Buchholz

Dzięki uprzejmości internetowej księgarni Helion, miałam w ostatnim czasie okazję przeczytać świetną książkę, która doskonale wpisuje się w filozofię mojego życia. Czytałam, czytałam i praktycznie ani na moment nie przestawałam kiwać głową potwierdzająco. Nieraz przy kartkowaniu kolejnych stron przebiegło mi przez myśl, że gdybym kiedykolwiek napisała książkę o zdrowym trybie życia, treścią byłaby ona dokładnie taka jak FitMind. Schudnij bez diet. No cóż, ale autorki już mnie ubiegły! Jak widać, Klaudia Pingot i Aleksandra Buchholz muszą być kimś na kształt moich pokrewnych dusz ;)


Pierwsze, co rzuca się w oczy to oczywiście okładka. Przykro mówić, ale nie powaliła mnie. Muszę nawet stwierdzić, że jest dosyć nietrafiona. Smutna kobieta w dziwnej pozycji i jakby tego było mało - ten wstrętny motyw mózgu. O co chodzi? Według mnie cała ta kompozycja kompletnie nie pokrywa się z tym, o czym możemy przeczytać w środku. Na całe szczęście nie okładka jest istotna, a treść!

Jeśli chcesz dowiedzieć się, jak znaczące jest życie w harmonii z samym sobą i co najważniejsze - jak tego dokonać; jeśli potrzebujesz chwili oddechu, bo czujesz, że wpadasz w paranoję kalorii i kilogramów; jeśli poszukujesz nowych inspiracji; jeśli chcesz coś zmienić, ale nie wiesz jak się do tego zabrać... 
ta książka jest dla ciebie!

FitMind. Schudnij bez diet to 256 stron wypełnionych wszelakimi radami, pomysłami, a przede wszystkim praktycznymi wiadomościami, które pomagają zrozumieć pewne mechanizmy zachodzące w naszym ciele, jak i zależności, które składają się na zdrowy tryb życia. Pod koniec rozdziałów znajdują się ciekawe ćwiczenia, które po pierwsze uświadamiają nam wiele istotnych kwestii, ale i pomagają wdrożyć nowe nawyki. Książka napisana jest przystępnym językiem, dlatego czyta się ją nadzwyczaj lekko i z wielką przyjemnością. Co jakiś czas pojawiają się też posty z bloga dziewczyny o imieniu Basia, która w dosyć humorystyczny sposób opowiada nam swoją historię. Jestem pewna, że każda z was będzie w stanie się w jakimś stopniu z nią utożsamić!

Książkę z całego serca polecam!



sobota, 10 maja 2014

A pod projektem niespodzianką krył się...

nowe wyzwania, zdrowa rywalizacja, zadania grupowe i indywidualne, wsparcie 24/7, pomoc w dobieraniu diety i treningu, pomysły na zdrowe posiłki, fit niespodzianki i wiele, wiele więcej...
Grupa blisko pięćdziesięciu dziewczyn w różnym wieku, które ostatecznie zadeklarowały swój udział w projekcie, zostały członkami Klubu Fitholika. Przez cztery tygodnie, począwszy od 5 maja, będzie toczyć się między nimi rywalizacja o miano Miss Fit. Zdobędzie je dziewczyna, która najlepiej poradzi sobie z klubowymi zadaniami. Po zakończeniu projektu na blogu pojawią się zdjęcia before&after wraz z wymiarami, przepisem na sukces oraz krótkim wywiadem z osobami, które zajmą najwyższe miejsca.

Siedzibą klubu jet zamknięte forum, do którego dostęp mają tylko klubowiczki. Projekt skierowany jest głównie do początkujących, ale w ekipie są również średnio-zaawansowane i zaawansowane osoby. Każda z nas daje coś od siebie. Ja ze swojej strony oferuję pomoc w układaniu treningu oraz diety. Strasznie podoba mi się to, że dziewczyny niemal natychmiastowo złapały ze sobą kontakt, dzięki czemu w klubie panuje przyjazna atmosfera. Zdradzę wam, że na dalszy etap zaplanowałam niespodziankę, ale szczegóły na razie pozostaną moją słodką tajemnicą ;)

To dopiero początek, a ja już widzę potężny potencjał w tych dziewczynach! Są naprawdę świetne! Coś czuję, że wszystkie osiągną niesamowite efekty.




wtorek, 29 kwietnia 2014

Projekt niespodzianka - przyłączysz się?

  • chciałabyś zacząć, ale nie wiesz jak
  • jesteś początkująca
  • ciężko ci się zmobilizować, kuleje twoja silna wola, a motywacja zbyt często zawodzi
  • czujesz się czasem samotna w swoich (nowych) zdrowych postanowieniach
  • bywa, że brakuje ci pomysłów na przełamanie wkradającej się rutyny
  • chciałabyś podjąć się nowych wyzwań
  • lubisz rywalizację
  • potrzebujesz wsparcia

Jeśli choć jeden z powyższych punktów pasuje do ciebie i masz ochotę wziąć udział w moim nowym projekcie niespodziance, wyślij zgłoszenie na adres: savannahgrey@op.pl. a w nim podaj swój wiek, wzrost, wagę, cel (np. zmiana nawyków, poprawa kondycji, zrzucenie zbędnych kilogramów, rzeźba, itp) oraz województwo, z którego pochodzisz. Jest to zupełnie niezobowiązujące. W zamian udzielę ci szczegółowych informacji na temat projektu i dopiero wtedy podejmiesz decyzję, czy chcesz być jego częścią. Uwaga! Nie musisz prowadzić bloga, by móc dołączyć! :) 
Zapraszam serdecznie! Nic nie tracisz, a możesz tylko zyskać!

ZAPISY ZAKOŃCZONE
zgłoszenia przyjmowane były do godz. 17:30 dnia 02.05.14  



Jeśli chcesz być na bieżąco, kliknij lubię to ;)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Szybki trening brzucha na piłce gimnastycznej według Savannah

W ostatnim czasie do mojej skromnej kolekcji fitnessowych zabawek dołączyła piłka gimnastyczna. Zakochałam się w niej niemal natychmiastowo! Dzięki niej zwykłe, oklepane ćwiczenia nabrały całkiem nowego charakteru. Świetne przełamanie treningowej rutyny.

Od razu zabrałam się za układanie nowych zestawów z jej użyciem. Na pierwszy ogień poszły mięśnie brzucha.


Trening wygląda niewinnie, ale na ten moment jest dla mnie absolutnie wystarczający. Nie będę ukrywać, że brzuch to niestety moja najsłabsza partia mięśni. Cóż... do czasu ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...