sobota, 31 sierpnia 2013

Czytajcie etykietki!

Szukałam szybkiego sposobu na drugie śniadanie. W ręce przypadkiem wpadła mi akurat Activia naturalna, która zazwyczaj w ogóle nie gości w moim jadłospisie. Z przyzwyczajenia spojrzałam na etykietkę. 


Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to kaloryczność (która swoją drogą jest najmniej istotna). Nie przyglądając się za dużo, stwierdziłam, że kubeczek zawiera 86 kcal. Zdziwiłam się, bo to znacznie mniej niż jogurty naturalne (porównywalnie podobnej wielkości), które do tej pory znajdowały się w mojej lodówce.


No, fajnie, ale po bliższym zapoznaniu się z etykietką okazało się, że to wartość dla jednej porcji (125g), a nie całego kubeczka (175g) tak jak początkowo myślałam.


Nie dość, że wyznaczyli dosyć nietypową porcję (zwykle jest to 100g, prawda?), to w dodatku kto dzieli jeden mały kubeczek na kilka razy i to w tak dziwnych proporcjach (125g : 50g)? Nie liczę kalorii i nie przejmuję się nimi za bardzo, więc w sumie tak czy inaczej w niczym mi to nie przeszkodziło, ale po prostu poczułam się w pewien sposób oszukana. Firma Danone bezczelnie chciała mnie upolować CHŁYTEM marketingowym! :D

Zauważyliście, jak teraz zarabia się na odchudzaniu? Ile ostatnio weszło na rynek produktów light? O! Albo takie chwyty jak ten. Ludzie rzadko zwracają uwagę na szczegóły etykiet wybierając produkty w sklepie, a powszechnie utarło się, że to co ma mniej kalorii, jest lepsze, więc chyba nikogo nie dziwi, skąd pomysł ze strony Activi na takie zagranie.

***

Post dotyczy akurat najmniej ważnej kwestii - kalorii, jednak warto czytać etykietki głównie dla składu. Ogólnie im mniej składników, tym lepiej (to bardzo uproszczona zasada). Osobiście jeśli widzę jakąś dziwną nazwę, która brzmi przerażająco chemicznie, od razu odkładam dany produkt na półkę, a już tym bardziej gdy ta nazwa jest powiązana z azotem.


Znajdź Fitmiracle na facebooku.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Z cyklu Savannah opowiada o swoich doświadczeniach: co daje mi sport?

Niedawno dostałam propozycję wzięcia udziału w akcji autorstwa Mary Emily pod tytułem: co daje nam sport. Od razu spodobał mi się ten pomysł, ponieważ nie ulega wątpliwościom, że tego typu inicjatywy przyczyniają się do propagowania i rozpowszechniania idei zdrowego trybu życia. Moim zadaniem jest opisanie subiektywnych korzyści, które czerpię z aktywności fizycznej. 


Oprócz mnie w akcji biorą udział:
Maggie, Daria, Helena, Iza, Justine, Justyna, Magda, Mokah, Nebeskaa, Sylwia i oczywiście pomysłodawczyni, Mary Emily.
Jeśli ktoś z was ma ochotę się przyłączyć, zapraszamy! Akcja jest otwarta :).



Radość
Potreningowe endorfiny (hormony szczęścia) sprawiają, że uśmiech nie schodzi mi z twarzy przez długie godziny, a nawet najgorszy dzień błyskawicznie zmienia się w udany. Odkąd ćwiczę, stałam się znacznie pogodniejszą osobą w porównaniu do tego smutasa, którym kiedyś byłam. Ogromną radość sprawia mi również zarażanie miłością do fitnessu innych ludzi!




Zdrowie
Nie od dziś wiadomo, że sport to zdrowie. Mam więcej energii, mniej choruję, moja kondycja nieustannie się poprawia. Im więcej trenuję, tym bardziej mimowolnie dbam o to, by na moim talerzu znajdowały się tylko zdrowe rzeczy. Poza tym aktywny styl życia trzyma moje myśli z dala od przeszłości związanej z zaburzeniami odżywiania.




Ładniejsza sylwetka
To chyba nikogo nie dziwi, że zdrowa żywność połączona z ruchem skutkuje poprawą sylwetki. Nie inaczej jest również w moim przypadku, mimo że być może aktualnie słabo to po mnie widać (prawdopodobnie wplątałam się w zaburzenia hormonalne, ale spokojnie, poradzę sobie i z tym!).




Poczucie przynależności
Zawsze powtarzam, że człowiek to istota społeczna i lubi czuć, że nie jest sam. Każdy z nas potrzebuje swojego miejsca na ziemi i ludzi, którzy nadają na tych samych falach, co my. Fit społeczność jest niesamowita! Teoretycznie obcy sobie ludzie tworzą jedną, wielką rodzinę. Przykładowo na pewno niejednemu z was zdarzyło się podczas treningu przybić piątkę mijającemu was biegaczowi, mimo że widzieliście się dopiero pierwszy raz w życiu, prawda?



Pewność siebie
Kiedyś byłam niesamowicie zakompleksioną dziewczyną z niską samooceną i znikomą pewnością siebie; teraz ciężko mnie złamać jakimś przykrym słowem, bo zdrowy tryb życia sprawił, że zaakceptowałam wszystkie swoje mankamenty i niedoskonałości, co więcej - część z nich dzięki treningom zniknęła bez śladu! Szczerze polubiłam swoje ciało, mimo że w przeszłości darzyłam je przeogromną nienawiścią. To znacznie ułatwiło mi życie, bo nie ma nic gorszego niż płochliwa dziewczyna, która widzi w sobie same negatywy.



Apetyt na życie
O tym, jak zdrowy tryb życia pozytywnie wpływa na moje postrzeganie świata pisałam już w poście "Piękno zdrowego trybu życia". Treningi połączone ze zdrowym odżywianiem dają nieziemskiego kopa dobrej energii, która budzi we mnie kreatywność i ambicję. Zrozumiałam, że samo bierne przyglądanie się i zazdroszczenie tym, którzy spełniają swoje marzenia jest totalnie bez sensu, bo niby dlaczego ja nie mogę być jednym z nich? Odkąd żyję aktywnie, jestem bardziej zmotywowana, by brać życie w swoje ręce. Chcę być człowiekiem sukcesu i dążę do tego zawzięcie!




Odwaga
Jeśli udaje mi się pokonywać swoje słabości w najtrudniejszych dla mnie fitnessowo-sportowych wyzwaniach, dlaczego mam poddawać się w walce ze strachem, który pojawia się czasem w przeróżnych, życiowych sytuacjach? Treningi nauczyły mnie, że przeciwności losu nic nie znaczą, gdy mam w sobie siłę i odwagę, by stawić im czoła.




Poznaję swoje granice, a później je przekraczam
To, co wcześniej było niemożliwe staje się możliwe. Mowa tu zarówno o sferze fizycznej, jak i psychicznej. Wszystko opiera się na ustalaniu celów i dążeniu do nich bez względu na to, jak trudne są do osiągnięcia. Tylko to, co jest dla nas wyzwaniem, pozwoli nam się rozwinąć.




Znajdź Fitmiracle na facebooku.

środa, 28 sierpnia 2013

12 cytatów o sukcesie w sporcie

Słowa mają w sobie ogromną moc - dają do myślenia, motywują, inspirują. Uwielbiam wszelkie cytaty niosące budujące przesłania! Zapraszam do zapoznania się z 12 cytatami o sukcesach i sporcie. Mam nadzieję, że w waszych oczach okażą się one tak samo determinujące, jak w moich.

1. Amatorzy ćwiczą aż im wyjdzie, eksperci - aż nie może im nie wyjść. ~ Faith Duck
2. Cokolwiek umysł może sobie wyobrazić, ciało jest w stanie osiągnąć. ~ Napoleon Hill
3. Jesteś jedyną osobą na świecie, która może wykorzystać twój potencjał. ~ Ziglar Zig
4. Nigdy nie mów nigdy, ponieważ granice takie jak strach są zazwyczaj tylko iluzją. ~ Michael Jordan
5. Musisz uwierzyć w siebie gdy nikt inny w Ciebie nie wierzy. To czyni Cię zwycięzcą. ~ Venus Williams
6. Czas kiedy zaczynasz mówić, co by się stało gdybym przegrał, oznacza że już przegrałeś. ~ George Shultz
7. Sukces to maksymalne wykorzystanie możliwości jakie masz. ~ Zig Ziglar
8. Prawdziwa decyzja jest mierzona poprzez fakt podjęcia nowego działania. Jeśli nie ma działania – tak naprawdę nie podjąłeś decyzji. ~ Tony Robbins
9. Wielkie umysły mają cele, inni mają życzenia ~. Washington Irving
10. Jak trenujesz, tak będziesz walczyć. ~ Bruce Lee 
11. Trzeba dążyć do perfekcji mimo, że nigdy się jej nie osiągnie. Jedynie w pogoni za perfekcją możemy zrobić jakiś znaczący krok do przodu. ~ Zbigniew Bartman 
12. Najlepszy czas, by zacząć był wczoraj. Kolejny najkorzystniejszy termin jest teraz.

"I wanna be EVERYTHING. I wanna be a runner, a CrossFitter, a weightlifter, I wanna do yoga and pilates like it’s no one’s fucking business, I wanna box, and surf, play soccer, and volleyball, and basketball, hockey, lacrosse, track, water polo, swimming, rugby, tennis, baseball and softball, pitch 100 mph, I wanna rock climb real fucking rocks, and swim across the whole Pacific Ocean, I wanna train like nothing in the world has ever mattered so much, I want sweat to pour down my face, down my whole entire body, I wanna kick you in the ass, kick everyone in the ass, kick myself in the ass and push as hard as I can and never ever fucking stop until I get to the one place that I crave so badly it hurts and FINALLY UNLEASH MY INNER BEAST." ~ Tumblr.com


Znajdź Fitmiracle na facebooku.

środa, 21 sierpnia 2013

Co z tym wypalaniem mięśni?

Według statystyk bloggera non stop ktoś trafia na mojego bloga poprzez próby wyszukania w google informacji na temat "wypalania mięśni" - co to jest, jak to się robi i tak dalej. Myślę, że warto w tym momencie wyjaśnić to i owo. Wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli palnę teraz głupotę, ale  zawsze sądziłam, że to jest tylko fitnessowy żargon!


Wypalać mięśnie znaczy po prostu ćwiczyć, trenować. Wzięło się to stąd, że przy wysiłku często czujemy przyjemne/nieprzyjemne (niepotrzebne skreślić) pieczenie, ciepło w mięśniach, które właśnie pracują. W żadnym wypadku nie jest to jakiś konkretny, innowacyjny sposób treningu, który miałby wyrzeźbić naszą sylwetkę w bardziej efektowny sposób niż zwykłe ćwiczenia. 
No, bo jakby nie było "zwykłe" ćwiczenia = wypalanie mięśni, tak? :)



Znajdź Fitmiracle na facebooku.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Trenuj z Savannah. Skakankowe wyzwanie

Kilka dni temu wspominałam, że po roku przerwy zaprzyjaźniłam się na nowo z moją skakanką. Przyjaźń trwa nadal i mam nadzieję, że szybko nie wygaśnie. Poprawianie kondycji z zapachem dzieciństwa w tle to jest to!

O swojej sympatii, pierwszych efektach i plusach skakania pisałam tutaj:

Nie mam pojęcia, dlaczego porzuciłam skakankę na tak długo i to w dodatku będąc zadowoloną z rezultatów płynących z treningów z nią. Tym bardziej cieszę się, że znów wróciła do moich łask.

W nadziei, że uda mi się was zarazić miłością do niej (i szybkich efektów!), przygotowałam krótkie wyzwanie. Taką rozpiskę przetestowałam ostatnio na sobie. Skoki z pierwszych trzech dni służyły mi jako rozgrzewka przed głównym treningiem (który nie zawierał skakanki), a skoki z trzech końcowych wplatałam już w części główne.


To tylko siedem dni, z czego jeden przeznaczony jest na odpoczynek, a gwarantuję, że odczujecie dużą zmianę! Trening ze skakanką jest dosyć intensywny, dlatego może być krótki, a i tak przyniesie zadowalające rezultaty. 1000 podskoków ostatniego dnia powinno zająć wam mniej niż 25 minut (oceniając na oko z własnego doświadczenia), a spalicie przy tym nawet do 250 kcal (w zależności od indywidualnych preferencji).

Myślę, że warto spróbować : ) 
Zachęcam i zapraszam!

Znajdź Fitmiracle na facebooku.

piątek, 16 sierpnia 2013

Podziwiać czy ganić?

Jadąc wczoraj w autobusie, przez okno dostrzegłam biegnącego mężczyznę. Zawsze zwracam uwagę na aktywnych ludzi, a zwłaszcza biegaczy, bo po prostu wzbudzają we mnie ogromną sympatię. Ten pan zainteresował mnie szczególnie. Jego strój niczym nie przypominał typowego ubioru biegającej osoby. Miał na sobie t-shirt, który z całą pewnością nie był przeznaczony stricte do treningów, dosyć szerokie rybaczki w kratę z dużymi kieszeniami po bokach i co najważniejsze - zamiast butów biegowych, zwykłe trampki. W pierwszej chwili miałam wątpliwość czy jest to bieganie dla samego biegania w ramach treningu, czy może zwykła przebieżka typu gonitwy za uciekającym autobusem, ale ostatecznie rozstrzygnęłam, że jest to jednak opcja numer jeden. Odpowiedź znalazłam w technice biegu tego mężczyzny - biegł spokojnie i miarowo, ewidentnie dla przyjemności. Nic nie wskazywało na to, że się gdzieś śpieszy. Poza tym w ręce trzymał butelkę wody. Tu rodzi się moje pytanie... 


Podziwiać takich ludzi i chwalić za to, że nie szukają wymówek (w tym przypadku brak odpowiedniego stroju) czy ganić za popełnianie podstawowych błędów (jak wiemy, bieganie w nieodpowiednich butach może nam zrobić wielką krzywdę)?


Znajdź Fitmiracle na FACEBOOKU.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wyzwanie BURPEE - pierwszy etap zakończony z progresem

Moje wyzwania są nieco inne niż te, które najczęściej pojawiają się na fitblogach. Nie kręci mnie uczepianie się jednego ćwiczenia i wałkowanie go każdego dnia przez miesiąc zmieniając tylko liczbę powtórzeń. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda, a co więcej - zazwyczaj marne (nie mówię, że zerowe) rezultaty czy to kondycyjne, czy wizualne. Dlatego jeśli już mam opierać wyzwanie na jednym ćwiczeniu, wolę zadbać o jakieś urozmaicenia.


Wyzwanie BURPEE 
Głównym celem jest 50 burpee'ków w przyzwoitym czasie.  

Ponad miesiąc temu przetestowałam swoją kondycję i okazało się, że bez wyplucia płuc jestem w stanie zrobić jedynie 18 burpee'ków. Postanowiłam, że ta liczba będzie stanowiła podstawę pierwszego etapu wyzwania.  Do pracy zabrałam się jednak dopiero po ponad dwóch tygodniach. Zmierzyłam czas - 1:28 na tylko 18 powtórzeń? Słabiutko! Trzeba było koniecznie coś z tym zrobić!

(c) Savannah Grey

Dziś oficjalnie zakończyłam pierwszy etap wyzwania z czasem lepszym o 37 sekund. Nie sądziłam, że tak duży progres jest możliwy po zaledwie sześciu sesjach treningowych. Fakt faktem, od początku sierpnia ćwiczę bardziej intensywnie niż dotychczas (na jeden dzień przypadają zazwyczaj dwa treningi w porywach do trzech), co mogłoby go tłumaczyć, ale i tak jestem naprawdę mile zaskoczona!

Kolejny etap będzie wyglądał bardzo podobnie do pierwszego. Sprawdzę na ile maksymalnie  mnie stać, zmierzę czas i po kilku sesjach treningowych skontroluję wyniki.

(c) Savannah Grey
(c) Savannah Grey

PS. Zaprzyjaźniłam się na nowo z moją skakanką, mimo że ciągle się plącze i działa mi na nerwy.

Jedno działanie napędza kolejne

Ostatnio zauważyłam u siebie pewne zjawisko, które najbardziej widoczne jest, gdy moja determinacja znika i zapominam, co ja tu właściwie robię. Zdrowy styl życia już dawno stał się częścią mnie i dzięki temu nawet w czasie tych słabszych momentów, które przecież zdarzają się nam wszystkim, gdzieś we mnie nieustannie tli się pewna mała iskierka, która popycha mnie do podjęcia chociaż jednej zdrowej decyzji w ciągu dnia (w myśl zasady każdy zdrowy wybór ma znaczenie), choćby nawet miała być sama jak palec w tłumie tych złych. Jakimś cudem to maleństwo sprawia, że pojawia się we mnie pewne przyjemne uczucie, a mój apetyt na zdrowie i dobrą kondycję zaczyna powoli się odradzać. Jeszcze niepewnie, jeszcze nieśmiało, ale coś ewidentnie zaczyna się dziać. Oczywiście, nie ma mowy o nagłym, niekontrolowanym wybuchu motywacji, a raczej o jej małym uszczypnięciu, które prawie nic nie zmienia (prawie robi wielką różnicę!). Efekt jest taki, że w niedalekiej przyszłości mam ochotę znów zrobić coś dobrego dla siebie - chociaż kilkunastominutowy trening pomimo wielkiego lenistwa czy zdrowy, kolorowy posiłek, gdy tak naprawdę marzę o fast foodzie, bo te przyjemne uczucie od poprzedniego razu już zdążyło się nieco zatrzeć, a ja rzecz jasna, wolałabym, żeby do mnie wróciło i nigdy nie znikało. W ten sposób karuzela się nakręca. Jedno działanie napędza drugie, co więcej - każde kolejne jest bardziej zaangażowane aż w końcu dociera do mnie, że właściwie niepostrzeżenie wróciłam na odpowiednie tory i pracuję nad sobą tak, jak powinnam, a nawet bardziej intensywnie niż przewiduje to norma, którą zazwyczaj sobie narzucam.

(c) Savannah Grey

Wniosek jest z tego jeden: metoda małych kroków działa

środa, 7 sierpnia 2013

Domowy trening siłowy z plecakiem

Do tej pory w skład mojego treningu siłowego wchodziły tylko ćwiczenia z wykorzystaniem masy ciała, dlatego postanowiłam zadbać o jakieś urozmaicenie. 

(c) Savannah Grey

Wygrzebałam z szafy stary, od dawna nieużywany plecak (służył mi w podstawówce), napakowałam do niego tyle butelek wody, ile był w stanie pomieścić i voilà - nowa, fitnessowa zabawka gotowa. Waży dokładnie 10 kg.

Podczas treningu sprawdza się lepiej niż się spodziewałam! Pompki, przysiady, wykroki czy inne tego typu ćwiczenia z dodatkowymi kilogramami na plecach dają nieźle w kość. Plecak zastępuje mi sandbag, kettlebell, a nawet sztangę (sprawdza się np. przy martwym ciągu, wypróbowałam). Jestem nim zachwycona!


A poza tym na mojej motywacyjnej tablicy pojawiło się nowe postanowienie...

(c) Savannah Grey

Nie ma nic lepszego niż aktywny poranek! Zastrzyk energii i dobrego humoru na cały dzień.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Piękno zdrowego trybu życia

Kartka z wygórowanymi celami na ten miesiąc (poziom ich trudności przypomina mi, że nie ma czasu na obijanie się i wymówki, a poza tym wyznaję zasadę "celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami") umieszczona na tablicy korkowej, na którą spoglądam mimowolnie tysiące razy dziennie, okazała się strzałem w dziesiątkę. Obok niej widnieje pytanie, które stało się sierpniowym mottem: jak wiele można osiągnąć w czasie jednego miesiąca? Razem tworzą duet, który utrzymuje moją motywację na najwyższym poziomie.

(c) Savannah Grey

Za każdym razem, kiedy z ledwością łapię oddech podczas ciężkiego treningu, pytam sama siebie, "czemu ja sobie to robię? Chyba oszalałam!" i zaczynam się śmiać. Na pierwszy rzut oka nie ma nic fajnego w niemal codziennym wylewaniu siódmych potów i umieraniu ze zmęczenia. Przecież znacznie przyjemniej byłoby usiąść przed telewizorem z paczką czipsów, prawda? No, właśnie nie do końca.

Zaczyna się od niewielkich zmian, jednak w szybkim tempie dopada nas niedosyt i chcemy zwyczajnie więcej. Pokonywanie własnych słabości jest uzależniające. Z każdym dniem apetyt na (kolejne) sukcesy rośnie. Ciągła rywalizacja z samym sobą i podejmowanie coraz bardziej wymagających wyzwań sprawia, że stajemy się silniejsi zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Znika strach przed nowymi doświadczeniami, a w jego miejscu pojawia się wielka ochota na czerpanie z życia pełnymi garściami. W końcu słowo niemożliwe przestaje istnieć w naszym słowniku. Żyć zdrowo i aktywnie znaczy przebywać poza swoją strefą komfortu, a wszyscy wiemy, że to właśnie tam dzieją się niesamowite rzeczy.

Zdrowy tryb życia to najprostszy i najpiękniejszy przepis na czyste szczęście. Aktywność fizyczna utrzymuje nas w dobrej kondycji, dzięki czemu mamy więcej energii, rośnie nasza pewność siebie, potreningowe endorfiny dbają o to, by uśmiech nie schodził nam z twarzy, a zdrowa żywność uzupełnia cały efekt właściwym odżywieniem organizmu.


Bycie FIT sprawiło, że przeszłam mentalną metamorfozę:
  • Początki: chcę schudnąć 8 kg w tydzień i być niemożliwie chuda
  • Teraz: chcę być w stanie zwyciężyć w Igrzyskach Śmierci i podnieść hipopotama
To trochę tak z przymrużeniem oka, ale doskonale streszcza zaistniałe zmiany.

Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że kiedykolwiek mogłabym zrezygnować z takiego stylu życia.

(c) Savannah Grey

piątek, 2 sierpnia 2013

Basia Szlachetka - najwybitniejsza polska ultramaratonka

Buszując po blogach, zupełnie przypadkiem wpadłam na wzmiankę o tytułowej bohaterce. Nie spotkałam się wcześniej z tym nazwiskiem, więc od razu zabrałam się za przeszukiwanie sieci. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że informacje, które znajdę, wywrą na mnie tak wielkie wrażenie.

Barbara Szlachetka (ur. 17 maja 1956 w Łomży - zm. 24 listopada 2005 w Hamburgu) -  wiecznie uśmiechnięta lekkoatletka, rekordzistka świata, ultramaratonka, najbardziej utytułowana polska biegaczka.

Od lipca 2004 zmagała się z rakiem. Mimo choroby nie przestała biegać i brać udziału w wielu imprezach sportowych. Niestety swoją walkę przegrała.



Poniższy tekst pochodzi z portalu biegajznami.pl [dokładne źródło] i nie jest mojego autorstwa. Nie znam konkretnej daty jego powstania, ale podejrzewam, że został napisany na dosyć krótko przed śmiercią Basi.

"Było to dosłownie kilkaset metrów po starcie tegorocznego maratonu w Zurichu, gdy zobaczyłem przed sobą zgrabną blondynkę z napisem "Klub 100 maratonów" na koszulce. To ten sam klub do którego należy Basia Szlachetka, pomyślałem nawet przez chwilę aby zapytać o nią nieznajomą biegaczkę.

Szybko jednak zmieniłem zdanie. W końcu przyjechałem do Szwajcarii bić życiowy rekord, a nie na pogaduszki z atrakcyjnymi biegaczkami. Ledwo ją wyprzedziłem usłyszałem za sobą: "Cześć Polska!" (na plecach mojego t-shirtu był wielki napis "POLAND" ). Teraz nie miałem wątpliwości, to z pewnością Basia we własnej osobie!

Ci, którzy o niej słyszeli nie zdziwią się, iż zapomniałem w jednej chwili o maratonie. Tym bardziej, że Basia potrafi tak cudownie opowiadać o swych biegowych przygodach. A może któryś z początkujących biegaczy jeszcze o Basi nie słyszał? No to posłuchajcie.

Rekord życiowy w biegu maratońskim Barbary Szlachetki, który wynosi 3:33:56 (2 lata temu we Wiedniu) nie powala na kolana. Nieźle, ale żeby mówić o "najwytrzymalszej Basi świata"? To chyba przesada, nawet jeżeli dodamy, że życiówkę biła w wieku 46 lat, a biegać zaczęła zaledwie 5 lat wcześniej. A jednak na takie miano Basia bez wątpienia sobie zasłużyła. Muszę Wam opowiedzieć jak często i w jakich warunkach nasza rodaczka biega maratony i dużo dłuższe dystanse.

Pytana o to jak wygląda jej trening odpowiada, że specjalnie nie trenuje, po prostu raz na tydzień (a nierzadko 2, 3, 4 lub nawet 5 razy w tygodniu) biegnie sobie maraton lub "coś większego". Nie ma w tym przesady. Szlachetka trafiła do Księgi Guinnessa po przebiegnięciu 100 maratonów w 101 tygodni (15.11.97 do 24.10.99 ) i 52 maratonów podczas roku (15.11.97 do 14.11.98). Ten drugi rekord polegał na tym, że były to pierwsze 52 maratony w jej życiu, teraz biega rocznie dużo więcej.

Wielu porównuje ją do słynnego Foresta Gumpa. Pewnego dnia wybiegła z domu (a miała wówczas 42 lata) i biega tak do dzisiaj. Z Forestem łączy ją jeszcze jedno. W dzieciństwie cierpiała na bezwład nóg. Gdy miała 3 lata lekarze uważali, iż poruszać się będzie mogła tylko na wózku inwalidzkim. Twierdzi, że wyleczyli ją dziadkowie. Sposób w jaki udało im się tego dokonać był doprawdy niezwykły: kąpali małą Baśkę w wywarze z mrówek. Pomogło! Dzisiaj Barbarze zdarza się pobiec 2 maratony podczas jednego dnia. Tak było na początku sierpnia zeszłego roku kiedy o 7-ej rano wystartowała w maratonie Hartwigsdorf (czas 4:18 ), przejechała samochodem 150 km do Rostocku i o 17-tej wyruszyła po raz kolejny w 42-kilometrową trasę (4:22).

Jej maratony rzadko kiedy są "normalne". Często biega np. 42,195 pod ziemią: w lochach (jak w grudniu ubiegłego roku w Holandii), tunelach (zwyciężyła w maratonie w tunelu prowadzącym pod Tamizą) czy kopalniach . O jednym z takich kopalnianych maratonów i swym spotkaniu z Basią pisał niedawno bardzo ciekawie Darek Sidor - "Wyścig podziemnymi górami". Biegacze musieli biec w kaskach, gdyż korytarze były ciasne i śliskie, a ze sklepień zwisały sople soli. Brak powietrza, wysokie temperatury i bardzo mała wilgotność powietrza to inne przeszkody, z którymi borykała się Basia. Również zeszłoroczny Dzień Kobiet spędziła 550 metrów pod ziemią, biegnąc maraton w kopalni w okolicy Eisenach. Jest też jedyną kobietą na świecie, która może pochwalić się atestowanym przebiegnięciem maratonu na bieżni mechanicznej (czas 4:03), zaznacza przy tym, że żaden dużo dłuższy nawet dystans nie dał się tak mocno we znaki jej kolanom jak ta bieżnia właśnie.

W czasie maratonu na Saharze wypiła podczas biegu 16 litrów wody (30 stopni Celsjusza w cieniu i około 50 w słońcu). Dotarła na metę jako druga kobieta (łącznie 38 na 148 startujących), przysięgła jednak, że nigdy nie powróci do Afryki. Być może dlatego, iż jako blondynka zrobiła furorę wśród Arabów, którzy wyceniali jej wartość na około 60 wielbłądów. Wkrótce potem wystartowała jednak w biegu na 100 km w Egipcie, pod piramidami. Z 38 startujących zaledwie jedenastka dotarła do mety, w tym Barbara jako 4 w łącznej klasyfikacji i jako jedyna kobieta. Trasę pokonała w 11 godzin i 1 minutę. Co jednak najbardziej niezwykłe, już dwa dni później pobiegła "normalny" maraton (Ateny) i zabrakło jej zaledwie 1 minuty do "złamania" 4-ch godzin.

W ubiegłym roku w Kolonii Basia Szlachetka stoczyła zażarty pojedynek z Niemką Heike Pawzik podczas rozgrywanego tam biegu 48-godzinnego (należy przebiec jak najdłuższy dystans w 2 doby). Niemka prowadziła przez większą część biegu, nie wytrzymała jednak i przerwała wyścig na 2 godziny aby się zdrzemnąć. Szlachetka, która zrobiła tylko jedną 14-minutową przerwę na masaż nie oddała już prowadzenia. Przebiegła 348 km i 915 metrów poprawiając swój rekord Polski, ustanawiając rekord Europy i 2-gi czas na świecie (rekordzistką świata jest Amerykanka Sue Ellen Trapp, która w 1993 roku przebiegła w 48 godzin 360,109 km). Również rok temu Basia zdobyła tytuł mistrza Niemiec w biegu 24-godzinnym. Przebiegła w ciągu doby 211, 990 km. Wściekła na mecie była niesamowicie z powodu tych brakujących do okrągłego wyniku 10 metrów. Zawinili organizatorzy, którzy nie potrafili zapobiec wtargnięciu na trasę wiwatującej na cześć naszej rodaczki publiczności, co uniemożliwiło jej przebycie jeszcze kilku metrów.

26 - 27 września 2003 spełniło się największe marzenie dzielnej Basi - wystartowała w Spartatlonie. Udział w tej imprezie jest limitowany i łączy się z bardzo wysokim wpisowym. W ubiegłym roku Basia znalazła wreszcie hojnego sponsora. Bieg ten odbywa się (podobnie jak bieg maratoński) dla uczczenia greckiego żołnierza Filippidesa, który 2500 lat temu (490 p.n.e.) pobiegł z Aten do Sparty (245 km) z prośbą o pomoc w walce przeciw Persom, po uzyskaniu odmownej odpowiedzi powrócił biegiem do Aten. Stamtąd pobiegł do Maratonu (40 km) , wziął udział w bitwie z Persami i pobiegł do Aten aby poinformować o zwycięstwie. Czyż można się dziwić, że wyzionął był ducha na ateńskim rynku? Pani Barbara przebiegła z Aten do Sparty w 31:50.23, zajmując 20 miejsce w klasyfikacji ogólnej i 3-cie w klasyfikacji kobiet.  (...)

W dniu naszego spotkania Basia musiała się oszczędzać. Traktowała ten bieg wybitnie rekreacyjnie. Tydzień wcześniej brała udział w wyścigu na 100 kilometrów. Trasa prowadziła w większości po betonowej nawierzchni i nasza rodaczka czuła to w nogach. Nie było to oczywiście powodem aby kilka dni później nie pobiec maratonu, a potem niemal "z marszu" nie wystartować w Zurichu. Planowała czas w okolicach 4:30. Musiała się oszczędzać. Miała zamiar w nadchodzącym tygodniu przebiec 3 kolejne maratony co dało by jej łączną liczbę 300 przebiegniętych. No, a potem przygotowania do bicia rekordu świata w biegu 48-godzinnym. Najchętniej odpuściłbym sobie ten bieg i truchtał z Basią aż do mety (gdybyście wiedzieli jak ona się cudownie uśmiecha!). Pognała mnie jednak do przodu obiecując, że odszukamy się na mecie. Jeszcze dwukrotnie po nawrotach, gdy mijali się biegacze podążający w różnych kierunkach, dodawała mi otuchy krzycząc ze wszystkich sił "Leszek! Trzymaj się Leszek!"

Basi nic nie wyszło z planowanych 4:30. Pobiegła (rekreacyjnie) 3:48.10. Widziałem jej finisz. Coś niesamowitego. Uśmiechnięta od ucha do ucha zostawiała za sobą kolejnych biegaczy.

I jak, zgodzicie się ze mną, że to najwytrzymalsza Baśka na świecie?"


Pozwoliłam sobie przytoczyć całość, ponieważ pierwszy raz w życiu, czytając artykuł tego rodzaju, moje oczy stały się po prostu mokre. Na kolana powaliła mnie niesamowita wielkość śp. Basi. Jak to możliwe, że wcześniej o niej nie słyszałam? Aż mi wstyd! Co tu dużo mówić... wielki szacunek dla jej dokonań. Basia zawsze była, jest i będzie ogromną inspiracją dla całych rzeszy biegaczy.


"Fascynuje mnie, kiedy człowiek pokonuje własną słabość i dociera do mety. Dla mnie istotą nie jest zwycięstwo nad innymi, ale zwycięstwo nad samym sobą, nad własną słabością. Nie wolno poddawać się kryzysowi, należy go pokonać. Są oczywiście chwile, kiedy się załamuję, ale wtedy mówię sobie: Basiu, ty musisz dobiec do mety, no i biegnę dalej. Nigdy nie poddaję się" ~ Basia Szlachetka

Sukcesy i rekordy sportowe:
  • rekord świata kobiet w 48-godzinnym biegu w hali - 284 km, marzec 2000, Brno
  • rekord Europy w 48-godzinnym biegu - 348 km, 2003, Kolonia
  • wielokrotna mistrzyni Niemiec
  • wielokrotna mistrzyni Polski
  • wpisana do Księgi rekordów Guinnessa za:
  • pierwsze 100 maratonów w jak najkrótszym czasie: 1 rok, 11 miesięcy, 9 dni (15 listopada 1997 – 24 października 1999)
  • największą liczbę maratonów podczas roku od przebiegnięcia pierwszego w życiu (15 listopada 1997 do 14 listopada 1998) - 52 maratony (bądź ultramaratony)
źródło: wikipedia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...