czwartek, 7 listopada 2013

Filozofia odchudzania według panny Grey - anty dieta


Według mnie wszystko, co nazywa się "dietą" jest be. Słowo dieta sugeruje (choć niesłusznie), że sposób odżywiania jaki przyjmujemy jest tylko chwilowy (pisałam już o tym w poście "Fatum słowa dieta"). Zwykle zmiany jakie wprowadzamy na rzecz tej danej diety są wręcz drastyczne dla naszego organizmu (spore obcięcie kalorii z dnia na dzień, wykluczenie podstawowych składników, itp), a to już na starcie kłóci się z zasadami zdrowego odżywiania. Kiedy udaje się nam osiągnąć cel wagowy, kończymy dietę, która nam w tym pomogła i wracamy do normalnego trybu żywienia, jaki prowadziliśmy wcześniej. Co wtedy się dzieje? Kilogramy wracają! Nie stałoby się to, gdybyśmy zamiast drakońskich diet wprowadzili po prostu parę ulepszeń do naszego dziennego jadłospisu (pilnowanie równych odstępów między posiłkami, rezygnacja z tłustych potraw, duże ilości warzyw i owoców, ciemne pieczywo zamiast białego, itd). Takie zmiany nie tylko wyszłyby nam na dobre, ale przede wszystkim nie spowodowałyby, że odczulibyśmy, że odchudzanie jest udręką, bo nie oszukujmy się - "jestem na diecie" w 99% przypadków znaczy "chcę być piękna, więc cierpię". Tym bardziej za głupotę uważam wszystkie monodiety np. typu WO, gdzie przez określoną liczbę dni dozwolone są wyłącznie surowe warzywa i owoce. No wybaczcie, ale już sam fakt , że jest ograniczenie czasowe (nie wolno stosować tej diety dłużej niż bodajże 30 dni) sugeruje, że coś tu musi być nie tak. A dieta kopenhaska? To dopiero są cuda niewidy! Przez 13 dni się wręcz głodzimy, a później jedynie do zagwarantowanego przyjścia efektu jojo cieszymy się spadkiem na wadze, który i tak jest fikcyjny (nie tracimy tłuszczu, głównie wodę, a nawet mięśnie). I ja się pytam - po co to wszystko? Odchudzanie powinno być radosnym czasem, bo przecież teoretycznie z każdym dniem zbliżamy się do naszych marzeń. Powiedziałam to już nie raz i nigdy nie przestanę powtarzać, że kluczem do sukcesu w absolutnie każdej dziedzinie (a więc i w zrzucaniu zbędnych kilogramów) jest zdrowy tryb życia. Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie momentami brzmię jakbym miała obsesję. Przetestowałam to na sobie i wierzcie mi, że nie potrzebujecie żadnej diety, by być szczupłe! To jest naprawdę aż tak proste! To my sobie cały ten proces bezsensownie utrudniamy. 

NIE dla:
- bilansów poniżej 1500 kcal
- monodiet
- JAKICHKOLWIEK DIET!!

TAK dla:
- aktywności fizycznej
- kolorowego jedzenia




PS. Jeśli macie jakieś pytania odnośnie odchudzania, potrzebujecie rady czy wsparcia, służę pomocą.  




Znajdź Fitmiracle na facebooku.

20 komentarzy:

  1. co jak co, ale gdyby nie dieta kopenhaska, to nadal bylabym wielkim pączusiem

    OdpowiedzUsuń
  2. "odchudzanie powinno być radosnym czasem, bo z każdym dniem zbliżamy się do naszych marzeń" - to takie piękne zdanie, że powinno trafić do jakiejś księgi złotych myśli, prawd życiowych i do inspiracji na thumblr :D a co do diet - tu masz świętą rację. generalnie uważam, że powinno jeść się wszystko, co nie jest przetworzone (lub w miarę nie przetworzone, bo z tym to jak wiadomo - ciężko), wyeliminować biały cukier, białą mąkę itp. chyba, że ktoś ma jakieś alergie pokarmowe/nietolerancje, to wiadomo, tego unikać. jakiekolwiek diety poza "zdrowym i rozsądnym odżywianiem" uważam za bzdurę czy też modę. apropo mody - zauważyłam, że ostatnio modna jest dieta paleo. w kwestii eliminacji wyrobów przetworzonych oczywiście popieram, ale np. w kwestii eliminacji zbóż wszelkiego rodzaju, bez przeciwskazań zdrowotnych do ich spożywania (typu chociażby alergia na gluten), tłumacząc to tekstem 'bo nasi przodkowie w paleolicie nie znali mąki' uważam za bzdurną ;) opieranie piramidy żywieniowej na mięsie uważam za nieco nierozsądne ;) -to był przykład. pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja chciałabym schudnąć i przede wszystkim zacząć się zdrowiej odżywiać, to też mam mam parę pytań :)
    1. Chodzę jeszcze do szkoły (liceum) i nie mam pojęcia co mogę zjeść w czasie przebywania poza domem. Zazwyczaj jest to ok. 8h, czasem nawet więcej. Chcę uniknąć zwykłych kanapek. Faszeruję je sałatą, papryką i innymi warzywami, ale jednak w najwięcej jem wtedy pieczywa. Pojawił się pomysł: sałatki, pokrojone surowe warzywa (z góry mówię, że nie cierpię surowej marchewki). Tyle, że nie dość, że w ciągu 10 minut ciężko jest to zjeść, zwłaszcza, że muszę stać, to jeszcze mam potem brudne ręce i taki pojemniczek z po sałatce wciąż zajmuje dużo miejsca w moim plecaku. Miałabyś może jakiś pomysł jak rozwiązać problem związany z lunchem w szkole?
    2. Moim kolejnym problemem jest kompulsywne (?) jedzenie po powrocie do domu. Rzucam się na lodówkę. Nie ma obiadu, trudno. Będę się opychać przekąskami, aż się nie pojawi. Później zjem oczywiście jeszcze obiad, a co. Mieści się. Nie wiem jak się powstrzymać. Nawet gdy chwilę wcześniej zjem kanapkę czy coś innego, gdy wracam dopada mnie ten wilczy głód. Mam nadzieję, że będziesz mogła mi jakoś z tym pomóc i coś doradzić, bo bardzo mi to przeszkadza (i boję się, że głównie to jest przyczyną mojej nadwagi).
    3. Jeszcze inną sprawą jest to, że im więcej czasu spędzam w szkole danego dnia, tym więcej muszę jeść. Miałabyś może jakieś koncepcje na to z czego to wynika? Dodam, że moja aktywność nie jest jakoś szczególnie większa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pozwolę sobie napisać, jak ja sobie radzę:
      1) Bez przesady, teraz jest pełno lunchboxów w różnych rozmiarach i naprawdę nie muszą one zajmować połowy miejsca w plecaku :). Poza tym coś kosztem czegoś. Dla zdrowego odżywiania chyba można mieć trochę bardziej wypchaną torebkę. Zawsze możesz nosić też jedzenie w dodatkowej siatce. Oprócz sałatek możesz pomyśleć nad kurczakiem z warzywami, tortillą wypchaną warzywami i jakimś mięskiem. Jedz to na najdłuższej przerwie (na pewno macie 15-20 minutówki). A gdy dopadnie Cię głód miej w zanadrzu np. orzechy. Również nie zajmują dużo miejsca ;) Od brudnych rąk jest woda, chusteczki. Ewentualnie zaopatrz się w żele Carex.
      2) Twoje kompulsywne jedzenie jest zapewne spowodowane niejedzeniem większego posiłku w szkole. Jeżeli to zmienisz, sądzę, że nie będziesz się też tak objadać w domu. Poza tym brak zrobionego i gotowego obiadu to nie wymówka. Nie możesz zrobić go sama? Bozia rączek nie dała ;) ?
      3) Myślenie to też wysiłek! Trzeba dostarczać przede wszystkim swojemu mózgowi energii. I wiadomo, im dłużej w szkole, tym człowiek jest bardziej przytłoczony nowymi informacjami.

      Przepraszam z góry za niektóre docinki i kąśliwe uwagi, ale niektóre Twoje problemy naprawdę bardzo łatwo rozwiązać. Wystarczy odrobina chęci i pracy :)

      Usuń
    2. Bardzo dziękuję za odpowiedź :)
      Jeśli chodzi o 2 punkt to często jem obiady w/po szkole, po których jestem syta, a mimo to kiedy wracam do domu muszę zjeść jeszcze jeden. Wgl w domu jestem częściej i bardziej głodna niż poza nim (dlaczego?).
      A jeśli chodzi o obiad to on zazwyczaj jest już zrobiony tylko jest w drodze, także muszę na niego poczekać. Kiedy sama dla siebie gotuję to zazwyczaj podjadam coś w trakcie przygotowania posiłku. W dodatku po zjedzeniu obiadu, potem wciąż jestem głodna, więc muszę się jeszcze czymś dopchać. Zazwyczaj dzieje się to zanim zdążę się nad tym porządnie zastanowić...

      Jeśli chodzi o resztę to dziękuję za rady- pomogły. Ogólnie zdaję sobie sprawę, że moje problemy mogą się wydawać trochę głupie i płytkie. Jednak dla mnie są dosyć trudne do rozwiązania.

      Usuń
    3. 1. Rozwiązanie jakie przyjęłaś jest najlepszym jakie przychodzi mi do głowy. Nie wiem czy istnieje lepsze. Sama właśnie tak sobie radziłam za czasów licealnych. Pokrojone warzywa, sałatki... lunchbox to strzał w 10tkę jeśli chcemy uniknąć zwykłych kanapek. Jeśli miałam przed sobą dłuższy dzień w szkole zabierałam ze sobą jeden "większy posiłek" np. kanapkę, którą zjadałam na najdłuższej przerwie, a pomiędzy innymi lekcjami w razie głodu ratowałam się np. kefirem, owocami, warzywami, orzechami. Zgadzam się z iwannabefit "coś kosztem czegoś" :)

      2. To przez grelinę, hormon który wydziela nasz żołądek w czasie głodu. Jeśli nie zjemy niczego od rana albo będziemy jeść bardzo mało, stężenie greliny zacznie rosnąć a kiedy dojdzie do pewnego pułapu rzucamy się na jedzenie. To coś w stylu systemu obronnego organizmu przed głodowaniem. W szkole ma się mniej czasu na jedzenie (krótkie przerwy) więc do brzucha wpadają zazwyczaj tylko jakieś niewielkie przekąski, które są po prostu niewystarczające, więc kiedy wracasz do domu, organizm chce uzupełnić niedobór. Też miałam kiedyś ten problem, ale zniknął kiedy zaczęłam radzić sobie z drugim śniadaniem tak jak opisałam to w punkcie 1. Iwannabefit ma rację - jeśli rozwiążesz problem niedojadania w szkole, zniknie kompulsywne objadanie się w domu :)
      PS. Mam absolutną pewność, że właśnie to jest powodem Twoich dodatkowych kilogramów. Na 100%!

      3. Hmm... miałam coś podobnego. Myślę, że to ma coś wspólnego z psychologią. Szkoła nie jest przyjemna, jedzenie owszem. Być może łączymy jedzenie z relaksem.

      Usuń
    4. W domu masz pod ręką więcej jedzenia, do tego masz więcej wolnego czasu i Twoje myśli nie są skupione na czymś innym (w szkole na bieżących zadaniach z lekcji).

      Usuń
  4. zdecydowanie popieram to, o czym mowa w tym poście, denerwuje mnie, gdy ciągle ktoś mówi "a Ty nadal na tej diecie?", dla mnie to nie jest dieta, to zdrowe odżywianie, aktywność fizyczna, to po prostu mój styl życia, ze słowem "dieta" mam same złe skojarzenia jak np. bilans poniżej 1000kcal, 200 brzuszków dziennie jako jedyny trening i problemy zdrowotne..

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej. mam pytanie:) jak najlepiej jest ćwiczyć naprzemiennie aeroby i siłowe? w jeden dzień to a w drugi to ?:)
    I jeszcze jedno kiedyś liczyłam kcal-.- no i zapłaciłam za to swoją psychiką ale się odkułam ;)
    Teraz pracuje fizycznie i ćwicze 3-4 razy w tygodniu nie wiem ile mam tak na oko jesc żeby sobie troszkę jeszcze zrzucić..z góry dziękuje za odpowiedź:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. możesz policzyć z podstawowego wzoru swoją podstawową przemianę materii: 0,9 (lub 1 dla mężczyzny) kcal x masa ciała x 24h. To jest PPM, czyli minimalna ilość kalorii, którą musisz dostarczyć organizmowi w ciągu dnia. Możesz to jeszcze pomnożyć przez PAL (współczynnik aktywności fizycznej), który dla umiarkowanej wynosi ok 1,7, wtedy jest to CPM czyli całkowita przemiana materii. Przy redukcji zaleca się spożywanie ilości kalorii wyliczonej z PPM albo trochę więcej (nigdy więcej niż CPM), są to oczywiście przybliżone wartości i nie warto też liczyć każdej kalorii, to, że się pomylisz o 50 czy nawet 200 kcal (nie przekraczając CPM) w jednym czy innym dniu, nie zrobi wielkiej różnicy i nie warto fiksować na punkcie obsesyjnego liczenia kalorii, ale warto znać podstawy i przybliżone wartości dla poszczególnych grup produktów, a nie dla każdego z nich :)

      Usuń
    2. Anonimowy dobrze radzi! Ja to bym jednak z góry bez zabawy z matematyczką zaufała bilansom 1700-1800 kcal i postawiła na obserwację organizmu :)

      Jeśli chodzi o sposób w jaki ja trenuję, to wygląda mniej więcej tak że na każdy trening przypadają naprzemiennie fazy ćwiczeń siłowych i aerobowych. Całkiem to sobie chwalę. Ale profesjonalni trenerzy zalecają zazwyczaj tylko jeden trening aerobowy na tydzień :)

      Usuń
  6. Masz rację… choć uważam że często ludzie nazywają dietą coś co jest zdrowym trybem życia.. może mają nadzieję że kiedyś wrócą do jedzenia fastfoodów czy ton słodyczy, ale prawda jest taka że jeśli ktoś troszczy się o swoje zdrowie to wie że takie rzeczy wcale zdrowe nie są.. więc tak jak ktoś może nie jeść mięsa (czego nie nazywamy dietą) można nie jeść pełnych chemii przetworów…

    OdpowiedzUsuń
  7. Popieram koleżankę niżej :) Każdy powinien zadbać o swoje zdrowie,i nie jesć tego typu świnstw nie tylko dla sylwetki ale i dla zdrowia :)

    OdpowiedzUsuń
  8. masz może jakiś kanał z ćwiczeniami siłowymi ? mogłabyś cos polecić?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety tu nie pomogę. Ćwiczę zazwyczaj samodzielnie, więc nie jestem w stanie polecić żadnego kanału :)

      Usuń
  9. Każdy z nas ma jakąś dietę, ponieważ z samej definicji jest to po prostu sposób odżywiania. Dlatego nie można powiedzieć fe, dla wszystkich diet :) Można tak powiedzieć dla diet krótkotrwałych, "dietach cud", czy dietach nienaturalnie obcinających poszczególne makro i mikroskładniki/kcal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja to doskonale wiem :) Pisałam o znaczeniu słowa "dieta" już kilka postów wcześniej ("Fatum słowa dieta"). Po prostu dostosowałam się do ogólnie utartego przeświadczenia :)

      Usuń
  10. Krótko, zwięźle i jakże mądrze i jakże na temat. Oby więcej takich postów. Zgadzam się z wszystkim co napisałaś i z błędnie rozumianym słowem dieta, które do niedawna także myliłam. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  11. nie dla beznadziejnie niskich bilansow kalorycznych powinno stac sie jakas kampania spoleczna.... jak widze dietetykow ktorzy zapisuja doety na 1300 kcal ( ponizej zapotrzebowania spoczynkowego! ) i do tego jeszcze wymagaja aktywnosci fizycznej ( !! ) to zastanawiam sie co po paru latach diet z danej osoby zostanie... tluszcz, kosci i nieodzywione cialo

    OdpowiedzUsuń
  12. mrrr... takie cialo jak na zdjeciu jest moim marzeniem :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...