niedziela, 15 grudnia 2013

#1. Foto tydzień (9-15 XII 2013)

Uwielbiam oglądać fotorelacje z minionego tygodnia na waszych blogach. Ostatnio zdarzyło mi się trzymać aparat w ręce znacznie częściej niż zwykle, dlatego postanowiłam wybrać kilka z powstałych zdjęć i również podzielić się z wami kawałkiem mojej codzienności. 

Pasta z awokado najlepsza na "drugośniadaniowe" kanapki!

Takie późne wieczory i wczesne poranki lubię najbardziej. W tym tygodniu zasypiam i budzę się z wampirem Louisem.

Eksperymenty w kuchni. Seler z przyprawami (oregano, czosnek, zioła prowansalskie) w roli frytek.

Moje małe tygrysiątko w końcu pozwoliło sobie zrobić kilka zdjęć!

Dzięki mamie w domu już pachnie świętami. A ile frajdy miał mój młodszy brat przy ich zdobieniu... 


Znajdź Fitmiracle na facebooku.

czwartek, 7 listopada 2013

Filozofia odchudzania według panny Grey - anty dieta


Według mnie wszystko, co nazywa się "dietą" jest be. Słowo dieta sugeruje (choć niesłusznie), że sposób odżywiania jaki przyjmujemy jest tylko chwilowy (pisałam już o tym w poście "Fatum słowa dieta"). Zwykle zmiany jakie wprowadzamy na rzecz tej danej diety są wręcz drastyczne dla naszego organizmu (spore obcięcie kalorii z dnia na dzień, wykluczenie podstawowych składników, itp), a to już na starcie kłóci się z zasadami zdrowego odżywiania. Kiedy udaje się nam osiągnąć cel wagowy, kończymy dietę, która nam w tym pomogła i wracamy do normalnego trybu żywienia, jaki prowadziliśmy wcześniej. Co wtedy się dzieje? Kilogramy wracają! Nie stałoby się to, gdybyśmy zamiast drakońskich diet wprowadzili po prostu parę ulepszeń do naszego dziennego jadłospisu (pilnowanie równych odstępów między posiłkami, rezygnacja z tłustych potraw, duże ilości warzyw i owoców, ciemne pieczywo zamiast białego, itd). Takie zmiany nie tylko wyszłyby nam na dobre, ale przede wszystkim nie spowodowałyby, że odczulibyśmy, że odchudzanie jest udręką, bo nie oszukujmy się - "jestem na diecie" w 99% przypadków znaczy "chcę być piękna, więc cierpię". Tym bardziej za głupotę uważam wszystkie monodiety np. typu WO, gdzie przez określoną liczbę dni dozwolone są wyłącznie surowe warzywa i owoce. No wybaczcie, ale już sam fakt , że jest ograniczenie czasowe (nie wolno stosować tej diety dłużej niż bodajże 30 dni) sugeruje, że coś tu musi być nie tak. A dieta kopenhaska? To dopiero są cuda niewidy! Przez 13 dni się wręcz głodzimy, a później jedynie do zagwarantowanego przyjścia efektu jojo cieszymy się spadkiem na wadze, który i tak jest fikcyjny (nie tracimy tłuszczu, głównie wodę, a nawet mięśnie). I ja się pytam - po co to wszystko? Odchudzanie powinno być radosnym czasem, bo przecież teoretycznie z każdym dniem zbliżamy się do naszych marzeń. Powiedziałam to już nie raz i nigdy nie przestanę powtarzać, że kluczem do sukcesu w absolutnie każdej dziedzinie (a więc i w zrzucaniu zbędnych kilogramów) jest zdrowy tryb życia. Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie momentami brzmię jakbym miała obsesję. Przetestowałam to na sobie i wierzcie mi, że nie potrzebujecie żadnej diety, by być szczupłe! To jest naprawdę aż tak proste! To my sobie cały ten proces bezsensownie utrudniamy. 

NIE dla:
- bilansów poniżej 1500 kcal
- monodiet
- JAKICHKOLWIEK DIET!!

TAK dla:
- aktywności fizycznej
- kolorowego jedzenia




PS. Jeśli macie jakieś pytania odnośnie odchudzania, potrzebujecie rady czy wsparcia, służę pomocą.  




Znajdź Fitmiracle na facebooku.

wtorek, 22 października 2013

Fatum słowa "dieta"

Wszyscy, którzy chociaż raz w życiu starali się zrzucić kilka zbędnych kilogramów, wiedzą, że odchudzanie to bardzo ciężka walka psychiczna. Praca, którą trzeba wykonać na treningu jest nieporównywalna, z tą która toczy się gdzieś tam w środku nas. Prawdą jest, że wszystko siedzi w naszej głowie i sukces w głównej mierze zależy od sposobu myślenia. 

"Przechodzę na dietę", "jestem na diecie" i tak dalej...

Bez przerwy wszędzie pojawia się to słowo "dieta", które de facto stało się już niemal synonimem odchudzania. A niesłusznie! Dieta oznacza (z gr.) „styl życia", a więc jest to po prostu sposób odżywiania, ale to tak tylko na marginesie.


W odniesieniu do tego, co powszechnie się między nami utarło, słowo dieta sugeruje, że sposób odżywiania jaki praktykujemy, jest tylko chwilowy. Kolokwialnie mówiąc, zmiana w grafiku z dokładnie określonym deadline'm. Mówimy "przechodzę na dietę, bo chcę pozbyć się 5 kilogramów", co w praktyce oznacza, że mamy zamiar jeść warzywka i pieczywo wasa tak długo aż nie będziemy lżejsi o tą upragnioną piątkę, czyż nie? A gdy się już to stanie, będziemy mogli zwolnić tempa i przestawić się z powrotem na tryb "grzeszki dozwolone".

To właśnie myśl o tym, że po osiągnięciu celu będziemy mogli wrócić do ulubionych smakołyków sprawia, że trudniej wytrwać nam w postanowieniach i nasze plany o szczuplejszej sylwetce idą wniwecz. Tak działa ludzka psychika. Bo po co czekać na spełnienie marzenia, które wymaga czasu, skoro jest coś takiego, co mogę mieć już teraz i również sprawi mi przyjemność? Nie kalkulujemy tego, które z tych pragnień jest dla nas ważniejsze. Wobec chwilowych zachcianek bywamy bardzo słabi.

Poza tym fakt, że jesteśmy na diecie, sprawia, że czujemy się deprawowani przez samych siebie. Podświadomie ograniczamy swoją wolność poprzez kolejne zakazy i nakazy. "Jestem na diecie więc nie wolno mi jeść tego, tego i jeszcze tego, dodatkowo muszę robić to i to." To kolejny czynnik, który powoduje, że odchudzanie staje się jeszcze trudniejsze, a jakby tego było mało - narażamy się na sytuację, w której po przebrnięciu przez tą cholerną dietę "w nagrodę" rzucamy się na to, co było nam do tej pory zabronione i... kilogramy wracają. I po co?

Moja rada w tym wypadku jest taka: wyrzucamy słowo dieta z naszego słownika (ewentualnie używamy go tylko mówiąc o ogólnym sposobie odżywiania - zgodnie z definicją), stwierdzamy, że ZMIENIAMY STYL ŻYCIA NA ZDROWSZY i przyzwyczajamy się do myśli, że praktycznie już na zawsze będziemy starać się prawidłowo komponować posiłki i wybierać wartościowe produkty. Bo tak naprawdę czemu nie? To wcale nie oznacza, że jesteśmy zmuszeni pozostać na diecie odchudzającej do końca życia! Nikt nie każe nam jeść nisko kalorycznie (w domyśle dietetycznie), bo przecież zdrowe odżywianie nie oznacza głodowych porcji jedzenia, a wręcz przeciwnie! Kilogramy i tak będą spadać! Grunt to nie popadać w skrajności. Dzięki temu skazujemy się po prostu na sukces, bo odchudzanie w ten sposób będzie czystą przyjemnością, a przede wszystkim będziemy cieszyć się zdrowiem i kondycją na długie lata.

Do diabła z dietami, zdrowy styl życia to jest to!

piątek, 18 października 2013

Mój treningowy dziennik


Dobra organizacja to jeden z kluczy do sukcesu. Odkąd prowadzę dziennik treningów, wygospodarowanie czasu na aktywność fizyczną jest o wiele prostsze. Ponadto jest on dla mnie ogromnym źródłem motywacji i wsparcia w momentach lenistwa.


Na każdy miesiąc tworzę osobną tabelkę, w której zapisuję treningi (pusta kratka lub napis REST oznacza, oczywiście, brak treningu), ale również takie informacje jak choroba, alkohol i tym podobne. Zielone kółko pojawia się, gdy jadłospis danego dnia nie budził zastrzeżeń, z kolei czerwony krzyżyk, gdy niestety nie udało mi się utrzymać czystej michy. /Tak, wiem... początek października nie zachwyca./

Przykładowe strony z mojego dziennika.
Przy każdym miesiącu znajduje się osobna, mała tabelka, w której zaznaczam dni bez słodyczy. Są też tzw. checkpointy, gdzie zapisuję moje aktualne wymiary, "rekordy" i kontroluję postępy.


Chyba na najwięcej uwagi zasługują tabelki miesięczne w odniesieniu do konkretnego zestawu ćwiczeń/ sprzętu/ dyscypliny, które znacie już na przykład z postów podsumowujących akcję RoweroweLove. Zakolorowane kratki pomagają mi wizualnie kontrolować systematyczność treningów, a przy okazji są świetną motywacją, bo przecież im więcej zostanie ich w tygodniu zaznaczonych, tym satysfakcja jest większa. Obok zapisuję datę wraz z krótką informacją, która pozwala mi nadzorować ewentualne postępy lub regresy. Zazwyczaj na koniec całość podliczam, np. w przypadku roweru stacjonarnego ilość przejechanych kilometrów, przy skakance ilość skoków i tak dalej... a w następnym miesiącu staram się ten wynik pobić.

PS. Prowadzicie takie dzienniki?


Znajdź Fitmiracle na facebooku.

poniedziałek, 23 września 2013

Jak schudnąć i nie zwariować

Jestem zwykłą dziewczyną, a my mamy to do siebie, że czasem lubimy sobie ubzdurać, że przydałoby się nam zrzucić te 2-3 kg. W moim przypadku to "czasem" do tej pory zdarzało się dosyć często. W związku z tym z przymrużeniem oka mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o odchudzanie, mam naprawdę solidny bagaż doświadczeń. 

Próbowałam przeróżnych sposobów. Muszę również przyznać, że z niektórych nie jestem dumna. Najważniejsze jednak, że teraz mam znacznie większą wiedzę niż wówczas, gdy owe błędy popełniałam i więcej ich już nie powtórzę.


Przede wszystkim dieta odchudzająca wcale nie musi być nieprzyjemnym czasem wyrzeczeń opierającym się tylko na odliczaniu dni do końca. Nie ma nic lepszego niż zrzucanie kilogramów poprzez zmianę nawyków na lepsze, a więc dzięki prowadzeniu zdrowego trybu życia. To właśnie ten sposób jest według mnie najprzyjemniejszy i przede wszystkim najskuteczniejszy. Dbamy o swoją kondycję i samopoczucie, a przy okazji chudniemy - brzmi fantastycznie, prawda? Gdy odrzucamy ideę diet i stosujemy się tylko do ogólnie przyjętych zasad zdrowego odżywiania, ryzyko efektu jojo jest znacznie mniejsze, a szansa na wytrwanie w swoich postanowieniach momentalnie wzrasta.

Można chudnąć nie odmawiając sobie słodyczy, a już tym bardziej za głupotę uważam stronienie od owoców. Owszem, są źródłem cukrów, ale przecież nie można zapominać, że są również ogromną bombą witaminową. Zauważyłam, że najwięcej emocji wzbudzają banany - ze względu na dużą zawartość węglowodanów, są odradzane osobom na diecie, a ja wam właśnie powiem, że szczerze je polecam. Nie wiem, czy istnieje owoc, który ma w sobie więcej wartości odżywczych. Poza tym jestem żywym dowodem na to, że jedząc przynajmniej (!) jednego banana dziennie, nadal można chudnąć. Sprawa podobnie ma się z ziemniakami, makaronami i pieczywem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego są aż tak demonizowane. Wszystko jest dla ludzi, ale trzeba pamiętać o umiarze.

Walcząc o nową sylwetkę bardzo łatwo popaść w obsesję. Moim zdaniem najważniejsze jest, by nie dopuścić do tego, by odchudzanie znalazło się na pierwszym miejscu w naszej hierarchii wartości. Zrzucanie kilogramów powinno być tylko tłem naszej codzienności, a nie całą jej treścią.

Nie twierdzę, że nie potrzebujemy planu, bo mimo wszystko jest on dosyć istotny. Jestem jednak przeciwniczką sztywnych rozpisek, w których za żadne skarby nie można nic zmieniać. Uważam, że znacznie wygodniej mieć po prostu lekki zarys tego, co i jak chcielibyśmy osiągnąć. Osobiście trzymam się założenia, że nie każdy dzień musi być perfekcyjny, ale najważniejsze by każdego dnia starać się być lepszą niż byłam wczoraj i w moim przypadku sprawdza się to doskonale.

Nie sposób też nie wspomnieć, że wszystko staje się łatwiejsze, gdy zaakceptujemy nasz aktualny wygląd, który jeszcze nieco odbiega od tego ideału, który zrodził się nam w głowie. Trzeba pamiętać, że przecież każdy kolejny dzień zbliża nas do celu, a oddala od tego "punktu krytycznego", który spowodował, że podjęliśmy decyzję o przejściu na dietę.


Na TAK:
  • akceptacja swojego ciała już na startowym etapie, kiedy jeszcze nie do końca wyglądamy tak, jakbyśmy tego chciały 
  • wiara we własne możliwości
  • realne cele
  • cierpliwość
  • zachowanie umiaru
Na NIE:
  • drastyczne obcinanie kalorii w dziennym jadłospisie
  • unikanie owoców 
  • rygor, czyli mnóstwo zakazów i nakazów
  • skupianie się tylko na diecie i zaniedbywanie treningów


Znajdź Fitmiracle na facebooku.

czwartek, 19 września 2013

5 głównych zasad odchudzania

Zrzucanie wagi nie musi być katorgą. Multum zakazów, nakazów i sztywny plan, którego trzeba się za wszelką cenę trzymać? Brzmi to naprawdę nieciekawie i zniechęcająco. A przecież można chudnąć znacznie przyjemniej... 5 poniższych zasad to podstawa mojego przepisu na sukces. 


Diety cud nie istnieją
Jeśli ktoś obiecuje wam minus 3 kg (i więcej) w tydzień, wiejcie czym prędzej. Owszem, jest to możliwe. Znam osoby, którym udało się zbić nawet i po 5 kg w ciągu siedmiu dni, ale sęk w tym, że po pierwsze jest to szalenie niebezpieczne dla zdrowia, po drugie na 100% w szybkim tempie te kilogramy wrócą do was z pokaźną nadwyżką, po trzecie zniszczycie sobie tym metabolizm i po czwarte w ten sposób nie pozbędziecie się tłuszczu, bo żeby go spalić, potrzeba znacznie więcej czasu i przede wszystkim ciężkiej pracy. Jaki jest sens w narażaniu swojego zdrowia (a nawet życia!) dla niższej liczby na wadze, skoro i tak wizualnie nie będzie to zbyt satysfakcjonująca zmiana, a w dodatku nie będzie to trwałe?

Wspomagacze to placebo
Chrom by rzekomo uporać się z miłością do słodyczy, magiczne herbatki typu Figura 1 albo co gorsza - jakieś tabletki, które miałyby rzekomo spalać za nas tłuszcz. Chyba nie chcecie mi powiedzieć, że wierzycie w takie bajki?

Waga, NIE wyrocznia
Waga ciała przechodzi naturalne wahania (nawet do plus 2 kg!), które nie są spowodowane naszymi błędami w sposobie odżywiania czy zaniedbaniem ćwiczeń. Na ogół nie jesteśmy w stanie kontrolować ilości zatrzymanej wody w naszym organizmie ani zawartości jelit, a to właśnie z tych dwóch źródeł biorą się owe wagowe nadwyżki, które pojawiają się z dnia na dzień. Z tego powodu ważenie się częściej niż raz w tygodniu nie ma najmniejszego sensu. Nie dajmy się zwariować. Odchudzanie to bardzo powolny proces.

Bez restrykcji
Przejście na dietę odchudzającą wcale nie musi równać się rezygnacji z tego, co lubicie najbardziej. Zawsze powtarzam, że wszystko jest dla ludzi, ale najważniejsze, by zachować umiar. Nie ma nic złego w ziemniakach, bananach czy nawet w czekoladzie, o ile nie przesadzacie z ilością. Im więcej zakazów, tym z zasady ciężej wytrwać w postanowieniach.

Bez pracy nie ma kołaczy
Nie rozumiem, dlaczego tak wiele odchudzających się osób uważa aktywność fizyczną za przykry obowiązek, a nawet karę za nieprzestrzeganie ustalonego jadłospisu. Trening to niesamowicie istotna kwestia w procesie odchudzania i tak naprawdę powinien być dla nas nagrodą, bo ćwicząc spalamy tłuszcz, wzmacniamy mięśnie, modelujemy ciało i dbamy o kondycję, a tego w pojedynkę nie da rady zapewnić nam nawet najzdrowsza dieta. Co więcej - nic nie uszczęśliwia bardziej od potężnej dawki endorfin. Wniosek jest prosty - chcesz mieć piękne ciało? Pokochaj aktywność fizyczną!



Znajdź Fitmiracle na facebooku.

sobota, 31 sierpnia 2013

Czytajcie etykietki!

Szukałam szybkiego sposobu na drugie śniadanie. W ręce przypadkiem wpadła mi akurat Activia naturalna, która zazwyczaj w ogóle nie gości w moim jadłospisie. Z przyzwyczajenia spojrzałam na etykietkę. 


Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to kaloryczność (która swoją drogą jest najmniej istotna). Nie przyglądając się za dużo, stwierdziłam, że kubeczek zawiera 86 kcal. Zdziwiłam się, bo to znacznie mniej niż jogurty naturalne (porównywalnie podobnej wielkości), które do tej pory znajdowały się w mojej lodówce.


No, fajnie, ale po bliższym zapoznaniu się z etykietką okazało się, że to wartość dla jednej porcji (125g), a nie całego kubeczka (175g) tak jak początkowo myślałam.


Nie dość, że wyznaczyli dosyć nietypową porcję (zwykle jest to 100g, prawda?), to w dodatku kto dzieli jeden mały kubeczek na kilka razy i to w tak dziwnych proporcjach (125g : 50g)? Nie liczę kalorii i nie przejmuję się nimi za bardzo, więc w sumie tak czy inaczej w niczym mi to nie przeszkodziło, ale po prostu poczułam się w pewien sposób oszukana. Firma Danone bezczelnie chciała mnie upolować CHŁYTEM marketingowym! :D

Zauważyliście, jak teraz zarabia się na odchudzaniu? Ile ostatnio weszło na rynek produktów light? O! Albo takie chwyty jak ten. Ludzie rzadko zwracają uwagę na szczegóły etykiet wybierając produkty w sklepie, a powszechnie utarło się, że to co ma mniej kalorii, jest lepsze, więc chyba nikogo nie dziwi, skąd pomysł ze strony Activi na takie zagranie.

***

Post dotyczy akurat najmniej ważnej kwestii - kalorii, jednak warto czytać etykietki głównie dla składu. Ogólnie im mniej składników, tym lepiej (to bardzo uproszczona zasada). Osobiście jeśli widzę jakąś dziwną nazwę, która brzmi przerażająco chemicznie, od razu odkładam dany produkt na półkę, a już tym bardziej gdy ta nazwa jest powiązana z azotem.


Znajdź Fitmiracle na facebooku.

środa, 28 sierpnia 2013

12 cytatów o sukcesie w sporcie

Słowa mają w sobie ogromną moc - dają do myślenia, motywują, inspirują. Uwielbiam wszelkie cytaty niosące budujące przesłania! Zapraszam do zapoznania się z 12 cytatami o sukcesach i sporcie. Mam nadzieję, że w waszych oczach okażą się one tak samo determinujące, jak w moich.

1. Amatorzy ćwiczą aż im wyjdzie, eksperci - aż nie może im nie wyjść. ~ Faith Duck
2. Cokolwiek umysł może sobie wyobrazić, ciało jest w stanie osiągnąć. ~ Napoleon Hill
3. Jesteś jedyną osobą na świecie, która może wykorzystać twój potencjał. ~ Ziglar Zig
4. Nigdy nie mów nigdy, ponieważ granice takie jak strach są zazwyczaj tylko iluzją. ~ Michael Jordan
5. Musisz uwierzyć w siebie gdy nikt inny w Ciebie nie wierzy. To czyni Cię zwycięzcą. ~ Venus Williams
6. Czas kiedy zaczynasz mówić, co by się stało gdybym przegrał, oznacza że już przegrałeś. ~ George Shultz
7. Sukces to maksymalne wykorzystanie możliwości jakie masz. ~ Zig Ziglar
8. Prawdziwa decyzja jest mierzona poprzez fakt podjęcia nowego działania. Jeśli nie ma działania – tak naprawdę nie podjąłeś decyzji. ~ Tony Robbins
9. Wielkie umysły mają cele, inni mają życzenia ~. Washington Irving
10. Jak trenujesz, tak będziesz walczyć. ~ Bruce Lee 
11. Trzeba dążyć do perfekcji mimo, że nigdy się jej nie osiągnie. Jedynie w pogoni za perfekcją możemy zrobić jakiś znaczący krok do przodu. ~ Zbigniew Bartman 
12. Najlepszy czas, by zacząć był wczoraj. Kolejny najkorzystniejszy termin jest teraz.

"I wanna be EVERYTHING. I wanna be a runner, a CrossFitter, a weightlifter, I wanna do yoga and pilates like it’s no one’s fucking business, I wanna box, and surf, play soccer, and volleyball, and basketball, hockey, lacrosse, track, water polo, swimming, rugby, tennis, baseball and softball, pitch 100 mph, I wanna rock climb real fucking rocks, and swim across the whole Pacific Ocean, I wanna train like nothing in the world has ever mattered so much, I want sweat to pour down my face, down my whole entire body, I wanna kick you in the ass, kick everyone in the ass, kick myself in the ass and push as hard as I can and never ever fucking stop until I get to the one place that I crave so badly it hurts and FINALLY UNLEASH MY INNER BEAST." ~ Tumblr.com


Znajdź Fitmiracle na facebooku.

środa, 21 sierpnia 2013

Co z tym wypalaniem mięśni?

Według statystyk bloggera non stop ktoś trafia na mojego bloga poprzez próby wyszukania w google informacji na temat "wypalania mięśni" - co to jest, jak to się robi i tak dalej. Myślę, że warto w tym momencie wyjaśnić to i owo. Wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli palnę teraz głupotę, ale  zawsze sądziłam, że to jest tylko fitnessowy żargon!


Wypalać mięśnie znaczy po prostu ćwiczyć, trenować. Wzięło się to stąd, że przy wysiłku często czujemy przyjemne/nieprzyjemne (niepotrzebne skreślić) pieczenie, ciepło w mięśniach, które właśnie pracują. W żadnym wypadku nie jest to jakiś konkretny, innowacyjny sposób treningu, który miałby wyrzeźbić naszą sylwetkę w bardziej efektowny sposób niż zwykłe ćwiczenia. 
No, bo jakby nie było "zwykłe" ćwiczenia = wypalanie mięśni, tak? :)



Znajdź Fitmiracle na facebooku.

piątek, 16 sierpnia 2013

Podziwiać czy ganić?

Jadąc wczoraj w autobusie, przez okno dostrzegłam biegnącego mężczyznę. Zawsze zwracam uwagę na aktywnych ludzi, a zwłaszcza biegaczy, bo po prostu wzbudzają we mnie ogromną sympatię. Ten pan zainteresował mnie szczególnie. Jego strój niczym nie przypominał typowego ubioru biegającej osoby. Miał na sobie t-shirt, który z całą pewnością nie był przeznaczony stricte do treningów, dosyć szerokie rybaczki w kratę z dużymi kieszeniami po bokach i co najważniejsze - zamiast butów biegowych, zwykłe trampki. W pierwszej chwili miałam wątpliwość czy jest to bieganie dla samego biegania w ramach treningu, czy może zwykła przebieżka typu gonitwy za uciekającym autobusem, ale ostatecznie rozstrzygnęłam, że jest to jednak opcja numer jeden. Odpowiedź znalazłam w technice biegu tego mężczyzny - biegł spokojnie i miarowo, ewidentnie dla przyjemności. Nic nie wskazywało na to, że się gdzieś śpieszy. Poza tym w ręce trzymał butelkę wody. Tu rodzi się moje pytanie... 


Podziwiać takich ludzi i chwalić za to, że nie szukają wymówek (w tym przypadku brak odpowiedniego stroju) czy ganić za popełnianie podstawowych błędów (jak wiemy, bieganie w nieodpowiednich butach może nam zrobić wielką krzywdę)?


Znajdź Fitmiracle na FACEBOOKU.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Jedno działanie napędza kolejne

Ostatnio zauważyłam u siebie pewne zjawisko, które najbardziej widoczne jest, gdy moja determinacja znika i zapominam, co ja tu właściwie robię. Zdrowy styl życia już dawno stał się częścią mnie i dzięki temu nawet w czasie tych słabszych momentów, które przecież zdarzają się nam wszystkim, gdzieś we mnie nieustannie tli się pewna mała iskierka, która popycha mnie do podjęcia chociaż jednej zdrowej decyzji w ciągu dnia (w myśl zasady każdy zdrowy wybór ma znaczenie), choćby nawet miała być sama jak palec w tłumie tych złych. Jakimś cudem to maleństwo sprawia, że pojawia się we mnie pewne przyjemne uczucie, a mój apetyt na zdrowie i dobrą kondycję zaczyna powoli się odradzać. Jeszcze niepewnie, jeszcze nieśmiało, ale coś ewidentnie zaczyna się dziać. Oczywiście, nie ma mowy o nagłym, niekontrolowanym wybuchu motywacji, a raczej o jej małym uszczypnięciu, które prawie nic nie zmienia (prawie robi wielką różnicę!). Efekt jest taki, że w niedalekiej przyszłości mam ochotę znów zrobić coś dobrego dla siebie - chociaż kilkunastominutowy trening pomimo wielkiego lenistwa czy zdrowy, kolorowy posiłek, gdy tak naprawdę marzę o fast foodzie, bo te przyjemne uczucie od poprzedniego razu już zdążyło się nieco zatrzeć, a ja rzecz jasna, wolałabym, żeby do mnie wróciło i nigdy nie znikało. W ten sposób karuzela się nakręca. Jedno działanie napędza drugie, co więcej - każde kolejne jest bardziej zaangażowane aż w końcu dociera do mnie, że właściwie niepostrzeżenie wróciłam na odpowiednie tory i pracuję nad sobą tak, jak powinnam, a nawet bardziej intensywnie niż przewiduje to norma, którą zazwyczaj sobie narzucam.

(c) Savannah Grey

Wniosek jest z tego jeden: metoda małych kroków działa

wtorek, 6 sierpnia 2013

Piękno zdrowego trybu życia

Kartka z wygórowanymi celami na ten miesiąc (poziom ich trudności przypomina mi, że nie ma czasu na obijanie się i wymówki, a poza tym wyznaję zasadę "celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami") umieszczona na tablicy korkowej, na którą spoglądam mimowolnie tysiące razy dziennie, okazała się strzałem w dziesiątkę. Obok niej widnieje pytanie, które stało się sierpniowym mottem: jak wiele można osiągnąć w czasie jednego miesiąca? Razem tworzą duet, który utrzymuje moją motywację na najwyższym poziomie.

(c) Savannah Grey

Za każdym razem, kiedy z ledwością łapię oddech podczas ciężkiego treningu, pytam sama siebie, "czemu ja sobie to robię? Chyba oszalałam!" i zaczynam się śmiać. Na pierwszy rzut oka nie ma nic fajnego w niemal codziennym wylewaniu siódmych potów i umieraniu ze zmęczenia. Przecież znacznie przyjemniej byłoby usiąść przed telewizorem z paczką czipsów, prawda? No, właśnie nie do końca.

Zaczyna się od niewielkich zmian, jednak w szybkim tempie dopada nas niedosyt i chcemy zwyczajnie więcej. Pokonywanie własnych słabości jest uzależniające. Z każdym dniem apetyt na (kolejne) sukcesy rośnie. Ciągła rywalizacja z samym sobą i podejmowanie coraz bardziej wymagających wyzwań sprawia, że stajemy się silniejsi zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Znika strach przed nowymi doświadczeniami, a w jego miejscu pojawia się wielka ochota na czerpanie z życia pełnymi garściami. W końcu słowo niemożliwe przestaje istnieć w naszym słowniku. Żyć zdrowo i aktywnie znaczy przebywać poza swoją strefą komfortu, a wszyscy wiemy, że to właśnie tam dzieją się niesamowite rzeczy.

Zdrowy tryb życia to najprostszy i najpiękniejszy przepis na czyste szczęście. Aktywność fizyczna utrzymuje nas w dobrej kondycji, dzięki czemu mamy więcej energii, rośnie nasza pewność siebie, potreningowe endorfiny dbają o to, by uśmiech nie schodził nam z twarzy, a zdrowa żywność uzupełnia cały efekt właściwym odżywieniem organizmu.


Bycie FIT sprawiło, że przeszłam mentalną metamorfozę:
  • Początki: chcę schudnąć 8 kg w tydzień i być niemożliwie chuda
  • Teraz: chcę być w stanie zwyciężyć w Igrzyskach Śmierci i podnieść hipopotama
To trochę tak z przymrużeniem oka, ale doskonale streszcza zaistniałe zmiany.

Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że kiedykolwiek mogłabym zrezygnować z takiego stylu życia.

(c) Savannah Grey

czwartek, 18 lipca 2013

Before & after: metamorfozy (2)

źrodło: tumblr.com

Kto twierdzi, że oglądanie takich zestawień to strata czasu, ręka do góry!
Mam mieszane uczucia, co do tego typu motywacji, dlatego chciałabym poznać wasze zdanie.

sobota, 13 lipca 2013

Cztery kroki do tradycyjnej pompki

Tradycyjna pompka to jedno z ćwiczeń, które sprawiają nam największy problem. Wiele z nas nie jest w stanie wykonać nawet pięciu powtórzeń. To sprawia, że z góry jesteśmy bardzo negatywnie nastawione, dlatego omijamy pompki szerokim łukiem i często w ogóle nie włączamy ich do naszego treningu. Tak wcale być nie musi!

Jeśli tradycyjna pompka na ten moment jest poza twoim zasięgiem z powodu zbyt słabych ramion, nic straconego. Mięśnie można przecież wzmocnić i to w bardzo prosty i przyjemny sposób. Pomogą ci w tym poniższe modyfikacje pompek. Gify ustawione są według skali trudności.
Zacznij od pompek przy ścianie, a gdy po kilku treningach poczujesz, że ten wariant stał się już dla ciebie zbyt prosty, przejdź do następnego. Po jakimś czasie dojdziesz do ostatniego kroku, jakim jest tradycyjna pompka, twoje ramiona będą silniejsze i ładniej wymodelowane, a ty będziesz pękać z dumy :).
Przekonaj się sama!

Ja też zawsze należałam do osób, które nie pałają szczególną sympatią do pompek ze względu na to, że okolice dziesięciu powtórzeń były moim absolutnym maksem możliwości i przez to uważałam, że to ćwiczenie zwyczajnie nie jest dla mnie. W marcu postanowiłam rzucić sobie wyzwanie, które okazało się świetną przygodą i motywacją na przyszłość. Przebrnęłam od 0 do 50 pompek w 10 dni i od tamtej pory pompki nie są mi już straszne.

Naprawdę zachęcam, bo radość z pokonywania własnych słabości jest niesamowitym źródłem pozytywnej energii. Poza tym pompki to przecież bardzo dobre ćwiczenie na ramiona i klatkę piersiową (a nawet mięśnie brzucha).

źródło gifów: fitanne.tumblr.com

czwartek, 4 lipca 2013

Historia pewnego biegania

Godzina  4:55. Przypadkowe przebudzenie się przed budzikiem.
"Ale super! Już za chwilę wygramolę się z łóżka i pójdę biegać. Jednak teraz... jeszcze trochę się zdrzemnę..."

Godzina 6:00. Kolejne przebudzenie.
"Uhuhu, ranek! A więc bieganie! Chociaż... nie, jeszcze za wcześnie. Idę dalej spać."

Godzina 7:30. Dzwoni budzik.
"Nieeee, jak mi się nie chceeee! Dobra, to może zacznę biegać od jutra, a dziś sobie jeszcze odpuszczę." Poranna toaleta, śniadanie, pełen chillout. "A co mi tam!"

Godzina 8:30. Ogromne wyrzuty sumienia. Smutne spojrzenie na przygotowane poprzedniego wieczoru buty sportowe.

Godzina 8:35. Wybiegam z domu.

Pierwsze chwile: "Nikt nie patrzy. Nikt nie patrzy. Nie, nikt nie patrzy. Nikogo nie obchodzi, że biegam, uff. Muszę to sobie powtarzać."

Po jakimś czasie: "Yghh, robi się ciężko, ale nie ma, że boli! Biegniemy!"

Pod koniec: "No i gdzie jest to cholerne poczucie zwycięstwa, wrażenie, że może się dokonać wszystkiego? Coś jest chyba nie tak. Gdzie podziała się magia biegania?!"

Zakończenie: Rozciągam się okropnie zmęczona i mokra, jakbym właśnie wyszła spod prysznica. "Nie no, seriously, co jest grane? To wcale mi się nie podobało. Ja chyba jednak nienawidzę biegać."

Pięć minut później: Wykończona nawet bardziej niż przed chwilą, odpoczywam. Pojawia się uśmiech. "Aaaaaach, jutro biegam znowu. Koniecznie! Już nie mogę się doczekać."


środa, 3 lipca 2013

Zasady szczęśliwego człowieka cz. II

Według mnie szczęście zamknięte jest w kilku dosyć prostych zasadach. Cztery z nich na blogu pojawiły się w marcu. Czas najwyższy na kolejną część szczęśliwego regulaminu.

część pierwsza

Oczywiście, jest to lista bardzo subiektywna. W moim przypadku sprawdza się koncertowo. Z czystym sercem mogę przyznać, że wprowadzenie w życie zaledwie jednej z tych zasad, zmienia niesamowicie spojrzenie na świat. 


Zasada numer 5:
Życie zaczyna się poza twoją strefą komfortu.

Podejrzewam, że pojęcie strefy komfortu obiło się o uszy zdecydowanej większości z nas, o ile nawet nie wszystkim. Czy jest ktoś, kto nie zgadza się ze stwierdzeniem, że w strefie komfortu jest nudno, marzenia nie są spełniane, czas jest marnowany, a my po prostu oddalamy się od prawdziwego szczęścia?


Zasada numer 6:
To co robisz, jest jedyną różnicą pomiędzy tym, kim jesteś a tym, kim chcesz być.

Jesteś kowalem swojego losu. Chcesz być biegaczem? Zainwestuj w sportowe buty i po prostu biegaj. Zawsze marzyłeś o tym, by być chociaż trochę odważniejszym? Zrób coś szalonego, przełam strach, udawaj, że wcale się nie boisz, a z czasem twoje marzenie się spełni. Wszystko zależy tylko od ciebie. To naprawdę prostsze niż myślisz.

Zasada numer 7:
Wyzwania to twoi przyjaciele.

To, co nie jest dla nas wyzwaniem, nigdy nie pozwoli się nam rozwinąć. Zadania nie sprawiające nam trudności, co prawda nie powodują, że się cofamy, ale z całą pewnością nie będą też pomocne w dążeniu do stawania się lepszym w danej dyscyplinie/dziedzinie.

Zasada numer 8:
Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.

Jak mawia Ewa Chodakowska (choć ta zasada nie dotyczy jedynie kwestii dbania o zdrowie i sylwetkę), nic się samo nie wydarzy. Nasze marzenia się nie spełnią, jeśli my im w tym nie pomożemy.

środa, 26 czerwca 2013

Breakfast #4 - Bananowe omlety

bananowe omlety


Składniki:
- dwa jajka
- banan
- szczypta cynamonu (opcjonalnie)

Banan rozgnieść, dobrze wymieszać z jajkami (można użyć miksera). Smażyć na teflonowej patelni przez około 2-3 minuty (aż jajko zacznie się ścinać, a na powierzchni omletu pojawią się pęcherzyki). Gotowe omlety posypać szczyptą cynamonu. 
Smacznego!

wtorek, 25 czerwca 2013

Breakfast #3 - Awokadowa pasta

ciemne pieczywo z pastą z awokado

Awokado, dwa jajka na twardo, pół czerwonej cebuli, ok 100g twarogu półtłustego.
Cebulę pokroić, pozostałe składniki rozgnieść, wszystko połączyć, (ewentualnie ) doprawić.


*Pomysł na przepis znaleziony u Fitblogerki

poniedziałek, 24 czerwca 2013

10 cytatów mobilizujących do działania

Jaki sposób motywacji przemawia do was najbardziej? Ja uwielbiam motywować się słowem. W związku z tym prezentuję listę 10 cytatów, które w ostatnim czasie należą do moich ulubionych. Zapraszam również do zapoznania się z wcześniej publikowanym zbiorem: 20 cytatów, które sprawią, że zaleje cię fala motywacji.

1. „Jeśli uważasz, że coś potrafisz to masz rację, jeśli uważasz że czegoś nie potrafisz to także masz rację.” (Henry Ford)
2. ! "Rywalizuj z najlepszymi albo umrzyj z resztą" (motto Otylii Jędrzejczak)
3. Nie narzekaj, że masz pod górkę, skoro zmierzasz na szczyt. 
4. Możesz mieć wszystko czego zapragniesz, jeżeli pozbędziesz się przekonania, że nie możesz tego mieć.” (Robert Anthony)
5. "Aby być wielkim mistrzem, musisz uwierzyć, że jesteś najlepszy. Jeżeli nie jesteś, udawaj, że jesteś" (Muhammad Ali)
6. “Żadne zadanie nie jest szczególnie trudne, jeśli podzielisz je na mniejsze podzadania.” (Henry Ford)
7. ! Są tylko dwa dni w roku, kiedy nic nie można zrobić. Jeden to wczoraj, a drugi to jutro. 
8. “Zazwyczaj ludzie przeceniają to, co mogą zrobić w ciągu roku, a nie doceniają tego, co mogą osiągnąć w ciągu dziesięciu lat” (Jim Rohn)
9. ! „Trudno pokonać osobę, która nigdy się nie poddaje„ (Babe Ruth)
10. Nieważne jak wolno robisz postępy. I tak jesteś krok dalej, niż ci, którzy dalej siedzą na kanapie.
"Waking up earlier just to get straight into a set of press ups. Eating breakfast when you don’t want to eat at 7am. Leaving the house earlier because you’re walking to school/college/work instead of getting a lift. Turning down food from your friends when all you want to do is accept a cookie but instead you grab a piece of fruit. Not always being able to go shopping with your friends because you need to go and run or do a workout. Making separate meals to your family because they don’t realise it’s a lifestyle not a diet yet. Showering and peeing way more than the average person. We do it though because we’re strong and we want to achieve our goals. Keep on going, all your goals are closer than you think."
~ tumblr


*Trzy cytaty zostały znalezione u Mokah.

czwartek, 30 maja 2013

Każdy zdrowy wybór ma znaczenie

"Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest." to cytat, który pierwszy przychodzi mi na myśl, kiedy zaczynam się zastanawiać, jaki sens jest w przygotowywaniu zdrowej kolacji skoro pozostałe posiłki z tego dnia do pożywnych nie należały albo czy warto w ogóle rozpoczynać jedynie 15 minutowy trening w przypadku, kiedy na dłuższy nie mamy zwyczajnie czasu.
Każdy zdrowy wybór ma znaczenie, bo drogę na najwyższy i najtrudniejszy szczyt najlepiej pokonywać małymi krokami, by się zbyt szybko nie zniechęcić. 

Ile razy zdarzyło wam się odpuścić już z samego rana i utonąć w niezdrowych nawykach tylko dlatego, że wiedzieliście, że wieczorem pójdziecie na imprezę i i tak ten dzień nie będzie idealny pod względem diety? Ile razy zdarzyło wam się pod koniec dnia postanowić, że "dopiero od jutra bierzecie się za siebie" (albo popularne "od poniedziałku"!), bo dzisiaj już zdążyliście trochę nagrzeszyć? Ile razy zdarzyło się wam stanąć przed wyborem między większym i mniejszym złem, a i tak wybraliście to większe, bo jakie to ma znaczenie, skoro na ogół zło to zło?

Taaak, doskonale znam to z autopsji. Na szczęście po jakimś czasie doszłam w końcu do wniosku, że to nie ma najmniejszego sensu i postanowiłam z tym walczyć. Warunki nigdy nie będą idealne, a jeśli będę naiwnie czekać na to, by wszystkie przeciwności losu magicznie zniknęły (co przecież się nie stanie), nigdy nie osiągnę swoich celów, bo będę czekać biernie w nieskończoność.

Tak naprawdę przez takie działanie robimy sobie ogromną krzywdę. Już nawet nie chodzi o to, że nie zbliżamy się do wymarzonego sukcesu, bo dzieje się coś znacznie gorszego - my się od niego wręcz oddalamy! To proste: co przyniesie więcej szkody - cały dzień zmarnowany na łamaniu swoich postanowień, czy jedynie wieczór wymykający się spod kontroli? Co jest korzystniejsze - chociaż jeden zdrowy wybór w ciągu dnia, czy żaden?

Przyzwyczailiśmy się do tego, że dzielimy swoje życie na dni, tak jakby noce resetowały wszystko, co złe z poprzedniego i rano zaczynalibyśmy nową grę z czystą kartą, a przecież to tak nie działa. To, co zrobiliśmy wczoraj, ma znaczenie dzisiaj i to co zrobimy dziś, będzie wpływało na nasze jutro. Wszystko, co robimy ma znaczenie - każda najmniejsza rzecz. Nieustannie toczy się ilościowa walka pomiędzy dobrymi i złymi działaniami. Grunt to starać się, by tych pierwszych było więcej.
Nie musimy być nieomylni. Nikt nie oczekuje od nas doskonałości. Jesteśmy tylko ludźmi i to normalne, że czasem zdarza nam się podjąć złą decyzję czy mieć chwilę słabości. "Chwila" to słowo klucz, bo najważniejsze, by to przebywanie na niewłaściwym torze jak najszybciej przerwać. Dni nie muszą być idealne od początku do końca - sęk w tym, by starać się być lepszym niż było się wczoraj i nie popełniać tych samych błędów dwa razy.
I ja właśnie tym się kieruję. :)

Najlepszy czas na działanie jest tu i teraz!

wtorek, 28 maja 2013

Ćwiczę. Czy to znaczy, że stanę się umięśnionym babochłopem?

Rozbudowana tkanka mięśniowa i muskularne ciało to domena mężczyzn. Wszystko za sprawą dużych ilości testosteronu w ich organizmie. Hormon ten odpowiada między innymi za męskie cechy płciowe, poziom agresji  i rozrost mięśni. Co prawda - kobiece ciało również wytwarza testosteron, jednak jego ilości są zdecydowanie zbyt małe, by nasza tkanka mięśniowa mogła się nadmiernie rozbudowywać.




Kobiety ze zdjęcia obok (tak, to są kobiety) są pasjonatkami - kulturystkami,  które świadomie wybrały pogoń za "męskim ciałem". Ich mięśnie nie są wypracowane tylko i wyłącznie przez trening. By uzyskać taki efekt są zmuszone przyjmować mnóstwo niezbędnych "suplementów" (witamin z grupy S, jak to mówi się w kręgach kulturystycznych ;), które wspomagają rozrost tkanki mięśniowej. Bez nich tak zbudowane ciało jest trudne do zdobycia nawet dla mężczyzn, dla kobiet natomiast - niemożliwe!


Trzeba również pamiętać, że mięśnie nie powstają z powietrza! Miałam okazję pomagać kilku moim kolegom w układaniu diety na masę, dlatego wiem, że praca wykonana w siłowni jest śmiesznie prosta w porównaniu z tą w kuchni.  Jeśli chcemy, by nasze mięśnie się rozrosły, musimy dostarczyć organizmowi bardzo dużo materiału budulcowego w postaci białka, jak również i ogromnych pokładów energii, czyli po prostu węglowodanów. Po przeliczeniu wszystkich wartości okazuje się, że dzienne zapotrzebowanie kaloryczne przy diecie na masę wynosi 3200 - 4000 kalorii. Oczywiście, u mężczyzn. Podejrzewam, że w przypadku kobiet ta granica byłaby trochę niższa. Stawiam na jadłospisy rzędu 2500-3000 kalorii.
Wiecie, co było największym problemem dla moich kolegów? Nie potrafili pochłonąć w ciągu dnia tak wielkiej ilości jedzenia (bez wspomagania się białkiem w proszku czy gainerami). Taka ciekawostka.

I teraz pytanie za 100 punktów! Która z was je codziennie grubo ponad dwa tysiące kalorii z uwzględnieniem potężnych dawek białka?
...no właśnie.
Takiej odpowiedzi się spodziewałam.

Raz na jakiś czas zdarzy mi się trafić przypadkiem na blog jakiejś młodej wyznawczyni ruchu pro ana. Szlag jasny mnie trafia, kiedy czytam, że (jedząc poniżej 800 kalorii na dzień) zrobiła kilka serii przysiadów i... przytyła. Łapie się za głowę i zastanawia się, jak to możliwe skoro pilnowała diety. To na pewno nie tłuszcz, więc co? No, mięśnie! Tak... bardzo logiczne.

Zjawisko, które taką dziewczynę prawdopodobnie dopada to tak zwana "pompa". Jej mięśnie nie zwiększyły swojej masy - nie jest ich więcej. One po prostu się trochę napompowały. Efekt ten znika po jakimś czasie od zakończenia treningu (w zależności od jego intensywności).

Dzienne podstawowe zapotrzebowanie kaloryczne dla kobiet krąży w okolicach 1500 kalorii (oblicza się je indywidualnie). Tyle kalorii spala nasz organizm, by utrzymać nas przy życiu - praca narządów, zachodzące procesy. Oznacza to, że nawet leżąc plackiem cały dzień pozbywamy się ponad tysiąca kalorii. Do tego trzeba dodać kalorie spalone podczas codziennych, zwykłych czynności i treningów. Po obliczeniach wyjdzie nam, że na dzień tracimy około 2000 kalorii. Skoro nasze jadłospisy najczęściej wahają się w granicach 1500-2000 kcal oznacza to, że wychodzimy na zero - brakuje kalorii, które zostałyby poświęcone na rozrost mięśni.

Jest różnica między budowaniem mięśni a ich modelowaniem. Kobieta podnosząc ciężary na siłowni, nada kształt swoim mięśniom (wzmocni je oraz stanie się silniejsza) i spali tłuszcz (dzięki łączeniu treningu siłowego z cardio). Zarys mięśni nie pokazuje się dlatego, że nasza tkanka mięśniowa się rozrasta. One pojawiają się dlatego, że pozbywamy się tłuszczu, które je przykrywał. 

*Muszę jeszcze wspomnieć, że istnieją takie sytuacje, w których faktycznie nasze wymiary rosną. Na przykład trening mięśni pośladków. Popularne i (słusznie) gloryfikowane squat'y sprawiają, że pupa się zaokrągla i podnosi, czego efektem są dodatkowe centymetry w obwodzie - to ciągle jest modelowanie, nie rozbudowywanie.

Wniosek jest prosty. Nie bój się siłowni - trening siłowy nie sprawi, że nagle staniesz się babochłopem. Podobnie jeśli chodzi o wszelakie fitnessowe ćwiczenia wykonywane w domu. Bez obaw! :)
Podsumowując:
jeśli nie przyjmujesz "suplementów",
jeśli dziennie jesz około 2000 kalorii,
Twoje mięśnie się nie rozbudują.

sobota, 25 maja 2013

Wypalamy mięśnie brzucha! Recenzje wypróbowanych przeze mnie zestawów ćwiczeń

Lato zbliża się do nas wielkimi krokami. Na pewno niejedna z nas marzy o ładnie prezentującym się w bikini brzuchu. Nieważne, czy naszym celem jest zarys mięśni czy spalenie oponki - bez odpowiednich ćwiczeń (i zdrowego odżywiania!) się nie obejdzie. Dzisiaj prezentuję wam kilka krótkich zestawów, które mogą pomóc w spełnianiu marzeń o pięknym brzuchu. Wszystkie z nich miałam okazję wypróbować i wierzcie mi, mogę je z czystym sercem polecić! :)
Przed każdym z poniższych zestawów należy wykonać rozgrzewkę. Pamiętajcie również o rozciąganiu zaraz po zakończeniu. Nie zniechęcajcie się, jeśli wasze mięśnie okażą się zbyt słabe, by dotrwać do końca treningu. Nie ma w tym nic złego! Mnie samej często zdarzają się takie sytuacje. Próbujcie wytrwać jak najdłużej, wykonać jak najwięcej powtórzeń danego ćwiczenia. Z każdym kolejnym treningiem, wasze mięśnie będą stawały się mocniejsze aż w końcu będziecie w stanie zaliczyć całość bez najmniejszego problemu, a być może stwierdzicie nawet, że dany zestaw jest już dla was zbyt prosty. 
Dla tej satysfakcji warto pracować! :)

Mel B - 10 minutowy trening brzucha
Moja zdecydowana faworytka! Uwielbiam ją za tą niesamowicie pozytywną energię i atmosferę, jaką stwarza podczas treningu. Ćwiczę i wcale nie czuję dyskomfortu mimo, że mięśnie pracują bardzo mocno. Całe te 10 minut jest przyjemnością i świetną zabawą właściwie głównie dzięki Mel. 
Ćwiczenia nie są skomplikowane, ale mimo to wyciskają z nas siódme poty. Kiedy wracam do tego zestawu po dłuższej przerwie, często brakuje mi tchu, a na następny dzień borykam się z zakwasami. W jakiś szalony sposób nawet to lubię. Wszystkie odbywają się na macie. Większość to po prostu przeróżne rodzaje brzuszków.
Do tego zestawu potrzebne będzie nam obciążenie. Kilogramowa hantelka wydaje się być idealna (jeśli chcemy, oczywiście, możemy wybrać cięższą!). Odpowiednia będzie również butelka z wodą czy gruba książka.

8 minute workout ABS
Ośmiominutowe treningi z tej serii są dosyć dobrze znane (oprócz abs mamy jeszcze buns, arms, legs i stretching). Pochodzą z 1994 roku. Prowadzi je napakowany facet w komicznych gatkach, co mnie osobiście rozbraja. Podoba mi się w tym filmiku licznik czasu i kropki symbolizujące, ile ćwiczeń już zaliczyliśmy, a ile jeszcze przed nami. Uważam, że jest to bardzo przydatne. 
Do tego treningu nie jest nam potrzebny żaden rekwizyt (ewentualnie mata). Uwaga! Mięśnie pracują bardzo zaangażowanie!

Rapid ABS workout
Bardzo przyjemny zestaw! Ćwiczenia są o wiele lżejsze niż te z dwóch powyższych, ale to nie znaczy, że nie odczujecie pracy mięśni. Dodatkowo brytyjski akcent prowadzącej jest jak miód na moje uszy (oczywiście, nie dla każdego musi być to zaletą).
Trening składa się z dwóch rund jednego cyklu ćwiczeń. Wszystko kończymy krótką sesją planków.

Crunchless Abs Workout
- Crunch Free Ab Workout Routine
Dużą zaletą treningów Fitness Blender jest brak podkładu muzycznego. Możemy załączyć swoją własną playlistę, przez którą będzie przebijał się głos instruktora dającego nam wskazówki, co do poprawnego wykonywania ćwiczeń.
Ten zestaw jest zdecydowanie najlżejszym z opisanych, dlatego polecam go szczególnie osobom początkującym. Wszystkie ćwiczenia wykonujemy na stojąco, co więcej (jak sam tytuł mówi) nie pojawia się żaden rodzaj brzuszków. Jest to dużym plusem zważywszy na to, że praktycznie każdy trening mięśni brzucha obfituje w te ćwiczenie.

--------------

Pamiętajcie jednak, że te ćwiczenia nie wystarczą, by spalić tłuszcz z brzucha. One pomogą wam wzmocnić i wymodelować mięśnie, jednak do pozbycia się oponki niezbędne jest dołączenie treningu cardio i przede wszystkim zdrowej diety.

Pierwszych efektów można spodziewać się już po dwóch tygodniach (przy 3-4 treningach na tydzień).

Z pamiętnika maturzystki: i już po wszystkim

Spokój to siła. Emocje są złym doradcą, więc im bardziej opanowani jesteśmy, tym lepiej na tym wychodzimy. Uważam, że nawet wymuszony i mało szczery uśmiech pozytywnie wpływa na nasz organizm i umysł. Czuję, że nie przygotowałam się tak, jak powinnam? Wydaje mi się, że mam braki i nie umiem całego materiału? Zamiast się przejmować, denerwować i gdybać, co będzie, jeśli akurat zapytają o to, czego nie zdążyłam się douczyć, znacznie lepiej jest po prostu w siebie uwierzyć - powiedzieć sobie jasno i wyraźnie: mam głowę na karku, do najgłupszych przecież nie należę, poradzę sobie ze wszystkim! Optymizm to podstawa. Trzeba również pamiętać, że to... tylko egzamin. Nie pierwszy i nie ostatni w naszym życiu. Od jego wyniku nie zależą losy świata. To tylko egzamin, który zawsze można poprawić! Są ludzie, którzy matury nie zdają i wiodą wspaniałe i szczęśliwe życie.
Mniejsza presja = mniej stresu = lepszy rezultat.

Pierwszy dzień matur: język polski

Nie wyobrażacie sobie, jak szczęśliwa byłam w momencie startu tego całego, maturalnego maratonu! Podczas, gdy większość moich znajomych umierało ze zdenerwowania, ja nie mogłam przestać się uśmiechać (co może akurat nie jest widoczne na powyższym zdjęciu, ale no cóż, fotograf miał zwyczajnie szczęście do wyłapania wyjątkowego momentu). Wszystko dlatego, że nareszcie mogłam stawić czoła temu koszmarowi, który prześladował mnie przez ostatni rok. Ciągłe odliczanie, zamartwianie się, tonięcie w notatkach czy książkach. Miałam już tego serdecznie dość! A fakt, że rozpoczynały się matury był równoznaczny z tym, że wszystko to, co nie pozwalało mi żyć pełnią życia, właśnie wchodziło w ostateczną fazę, a więc byłam bliżej końca niż kiedykolwiek.

Od gimnazjum miałam problemy z matematyką, co było powodem tego, że sądziłam, iż jestem typowym humanistą (strasznie szablonowy tok myślenia, co nie?). Pod koniec roku szkolnego wpadłam w kłopoty. Groziła mi jedynka z tego przedmiotu, co oznaczałoby wykluczenie mnie z tegorocznych matur i poprawkę w sierpniu. Ironia losu, bo pomimo, że fakt faktem nigdy nie byłam orłem z matematyki, zawsze przechodziłam z klasy do klasy bez większego problemu, a tu ostatnia prosta i akurat teraz musiała mi się powinąć noga! Cały kwiecień przesiedziałam nad zadaniami. Liczyłam non stop - dosłownie od rana do wieczora. Po ciężkich bojach udało mi się wyjść z zagrożenia i co więcej - pokochałam matematykę! Okazuje się, że moje problemy z tym przedmiotem wcale nie wnikały z preferencji humanistycznych, a po prostu z braków, które narastały od gimnazjum. Matura z matematyki, której od lat bałam się najbardziej, była dla mnie największą przyjemnością.

Kiedy 17 maja, siedząc na wielkiej sali pośród innych maturzystów, na moim stoliku pojawił się arkusz z napisem "Egzamin maturalny z biologii. Poziom rozszerzony" mój uśmiech stał się nawet większy od tego z pierwszego dnia! Niepohamowane uczucie szczęścia! Od wielu lat moją największą miłością jest biologia. Pamiętam rozmowę z moją nauczycielką z gimnazjum, która przygotowywała mnie do wszystkich gimnazjalnych konkursów. Wiedziałam już wtedy, że będę startować na profil humanistyczny w liceum, dlatego obydwie ubolewałyśmy, że cała ta wiedza, którą zdobyłam, zmarnuje się, bo przecież nie przyda mi się w klasie z rozszerzoną historią, a już tym bardziej w zaistniałej sytuacji nie będę podchodzić do matury z biologii. A-ha! Marzenia się jednak spełniają! Wystarczyło się jedynie trochę zbuntować, mieć odwagę wyjść poza schemat i postawić na swoim. Wielu nauczycieli z liceum odradzało mi maturę z biologii nawet na podstawie, a co dopiero rozszerzoną! Na szczęście nie zdołali mnie wystraszyć.

sobota, 11 maja 2013

Z cyklu Savannah opowiada o swoich doświadczeniach: kocham (nie) jeść słodkości

10 kwietnia postanowiłam, że rozpocznę kolejną edycję maratonu bez słodyczy (pierwsza i druga miała miejsce w 2011 i 2012 roku, kilka słów relacji znajdziecie w >tym miejscu<) i oto tym sposobem minęło już 30 dni wyzwania. 

Co prawda, nie podchodzę do sprawy jakoś nad wyraz rygorystycznie, ponieważ chcę czuć się dumna, a nie sterroryzowana przez samą siebie. Oznacza to mniej więcej tyle, że słodycze dla mnie to po prostu czekolada, wszelakie batony, cukierki, ciasta, ciasteczka i tak dalej (łącznie ze słodzikami i zwykłym białym cukrem). Tego typu produktów wystrzegam się jak ognia i palcem ich nawet nie dotknę. Jednak nie mam nic przeciwko suszonym owocom i raz na jakiś czas łyżeczce miodu czy dżemu, która pojawia się gdzieś tam wkomponowana w posiłek. Niektórzy za słodycze postrzegają wszystko, co ma słodki smak lub wysoką zawartość węglowodanów. Ja uważam, że nie ma sensu wprowadzać aż takiego rygoru. Wystarczy, że zrezygnujemy z tych sztandarowych słodkości (np. czekolady) a już odczujemy ogromną różnicę!

Tak, jak wcześniej pisałam, maratony bez słodyczy nie są mi obce, jednak korzyści z nich płynące zaskakują mnie za każdym razem mimo, że teoretycznie wiem, czego mogę się spodziewać. Różnica w samopoczuciu jest tak ogromna, że aż ciężko w nią uwierzyć! Wybuch energii i chęci do życia, nieustający uśmiech, motywujące uczucie, że robi się coś dobrego dla siebie, duma, trening silnej woli i wiele, wiele innych pozytywów. Przekonajcie się sami! Jestem pewna, że nie będziecie żałować.

Mój maraton nie posiada linii mety. Jedyny określnik celu to słowa: aż będę dumna. Pierwsze dwie edycje trwały kolejno 50 i 70 dni, więc podejrzewam, że duma nie pojawi się prędzej niż po przebiciu drugiego z wymienionych wyników.

Sama rezygnacja ze słodyczy nie jest wcale trudna, choć wydaje się inaczej. Przecież nie odmawiamy sobie słodkiego smaku, a jedynie pustych kalorii, tak? Gdy zrozumie się tę różnicę, wszystko staje się łatwiejsze. Sęk w tym, by umieć dokonywać właściwych wyborów. Zamiast ciastek, sałatka owocowa. Zamiast cukierków, owsianka z miodem. I tak dalej.

Jako motywacja, która trzyma mnie w ryzach, służy mi zwykła kartka wisząca w centralnym miejscu mojego pokoju. Każdego dnia ląduje na niej nowa kreska. Podejrzewam, że gdybym taką wykreślankę prowadziła w zeszycie, szybko straciłabym zapał, bo przecież do zeszytu zaglądam znacznie rzadziej niż na tablicę korkową.

#Rada: Nie jesteś w stanie wyeliminować słodyczy natychmiastowo i długoterminowo? Zacznij od mniejszych okresów! Początkowo słodycze dozwolone co drugi dzień, później już tylko dwa razy w tygodniu, raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie aż w końcu raz w miesiącu i tak dalej. Małymi krokami do celu.

Zdecydowanie zachęcam do podjęcia takiego osobistego wyzwania! :)

wtorek, 30 kwietnia 2013

Ankieta: strong or skinny? - podsumowanie i moja opinia

Przez ostatnie trzy dni na blogu toczyła się dyskusja w ramach ankiety: strong or skinny. Chciałam poznać wasze zdanie w kwestii wymarzonego wyglądu, celów, do których dążycie, itp.
Bardzo dziękuję każdej osobie, która poświęciła czas i napisała chociaż kilka słów od siebie. 

Jak się okazuje, większość z was wybiera jednak typ skinny mimo, że zwolenniczek wersji strong też nie brakuje! Przewaga skinny jest tak naprawdę niewielka. Cieszy mnie to, że zwracacie uwagę nie tylko na sam wygląd, ale i na zdrowie i kondycję. To bardzo ważne. Wybór skinny zazwyczaj tłumaczony był, faktem, że szczupłe ciało to kwintesencja kobiecości. Natomiast uzasadnienie Karoliny ("Kobieta silna fizycznie jest również silna psychicznie") najlepiej obrazuje, czym kierowały się zwolenniczki strong.


Spośród wszystkich komentarzy najbardziej spodobał mi się ten autorstwa Szyszki, która telepatycznie dosłownie spisała moje myśli ;). Podpisuję się pod jej słowami rękami i nogami!

Szyszka: "Chyba jednak skinny, bardzo ciężko u mnie o jakieś rozbudowane, widoczne mięśnie-a bardzo lubię moją sylwetkę:) Najfajniejszy typ według mnie? Niepozorna, szczupła kobietka na szpilkach, która z uśmiechem na buzi potrafi pokonać swojego kolegę na ręke:)"

Na wyróżnienie zasługuje również komentarz Maggie, która ujęła mnie swoją postawą godną podziwu i uznania, co więcej - myślę, że wszyscy powinniśmy brać z niej przykład!

Maggie: "Żadna z dwóch przez Ciebie pokazanych nie jest moim ideałem. W sumie nie mam takiego wzorca, do którego dążę. Ćwiczę i zdrowo się odżywiam, bo tego chcę i stało się to moim stylem życia. A to, jakie ciało będzie konsekwencją tych dwóch składników, nie jest ważne, każdy "efekt uboczny" przyjmę na klatę :D
A jeśli chodzi o motywację, to pierwsza dziewczyna nigdy nią dla mnie nie będzie, druga już prędzej ;)
"


Szczerze mówiąc spodziewałam się, że wśród nas jest zdecydowanie więcej zwolenniczek kobiecych bicepsów i wyrzeźbionych sześciopaków. W końcu jesteśmy społecznością fit, tak? Nie znaczy to jednak, że jestem rozczarowana wynikami ankiety. Muszę się wam przyznać, że ja też mimo wszystko opowiedziałabym się po stronie skinny. Żelazna kondycja, kaloryferek na brzuchu, ładny zarys mięśni... owszem! Ale w wersji mini ;). Według mnie kobieta powinna być silna (co wiąże się z pewnego rodzaju niezależnością), ale jednocześnie szczupła (zgadzam się z wcześniej przytoczonym stwierdzeniem o kwintesencji kobiecości).

sobota, 27 kwietnia 2013

Ankieta: strong or skinny?

"Strong is the new skinny" to slogan, który pojawia się dosyć często w środowisku promującym zdrowy tryb życia i modę na bycie fit. Podobno o gustach się nie dyskutuje. Jednak mimo to jestem ciekawa waszej opinii. Strong or skinny? Co według was jest bardziej atrakcyjne? Do czego dążycie?
VS.
Zapraszam do dyskusji w komentarzach pod postem. Byłoby mi bardzo miło, gdybyście uzasadnił swój wybór chociaż w kilku słowach. :)
--------------------------------------------------------------------------------------------------

Co słychać u Savannah? Ostatnie dni przed maturą upływają mi nad książkami, ale wcale nie narzekam na taki stan rzeczy. Staram się niwelować stres i ogólne poddenerwowanie ze wszystkich sił, jak na razie z dosyć dobrym skutkiem. Wybaczcie mi przestoje w publikowaniu postów. Za trzy tygodnie wrócę do blogowania pełną parą z całą masą nowych pomysłów i inspiracji. Nie uzupełniam treningowej statystyki (patrz: zakładki bloga), ale to nie znaczy, że odpuściłam. Oooo nie, nie! It's never gonna happen! Ćwiczę, jestem aktywna, bo bez tego stałabym się żywym trupem w bardzo krótkim czasie. 
PS. Właśnie minął mój 17 dzień bez słodyczy.
PS 2. Jestem bez pamięci zakochana w owsiance!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...