wtorek, 27 listopada 2012

Rozciągamy się! + szpagatowy progres

ŁOŁ! Wielkie zaskoczenie i po prostu niekontrolowana radocha! Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę tu coś podobnego. Jakoś kompletnie straciłam wiarę w jakikolwiek postęp w tej sferze, a jednak! Nie dość, że się pojawił to jeszcze tak nagle i nieoczekiwanie! 
Szpagatowy progres

Mniej więcej od początku listopada przywiązuję sumiennie uwagę do rozciągania się po każdym treningu. Wcześniej zdarzało mi się odpuszczać albo nie przykładać się do tego wystarczająco dobrze. Rozciąganie jest nudne, statyczne, nie wymaga od nas za wiele wysiłku. To po prostu nie w moim stylu. Jednak od trzech tygodni zmuszam się i rozciągam po około 10-15 minut na trening. To ciągle nie jest jakoś specjalnie dużo, ale jeśli chodzi o mnie - to już sukces!

Zmuszam się do rozciągania z kilku prostych powodów:
  • marzy mi się szpagat już od dawien dawna, więc wypadałoby w końcu spełnić to marzenie
  • rozciąganie po treningu to obowiązek, jeśli nie chcemy nabawić się kontuzji
  • rozciągnięte mięśnie wyglądają smuklej
  • rozciąganie poprawia elastyczność i wytrzymałość ścięgien i więzadeł
  • rozciągnięte mięśnie szybciej regenerują się po wyczerpującym treningu, zmęczenie jest niwelowane
  • działanie antystresowe, relaksujące
  • poprawa postawy ciała
No, ale co z tym szpagatowym progresem! Otóż po wczorajszym treningu i dawce obowiązkowego rozciągania postanowiłam, że sprawdzę, jak się sprawy mają z moim nieudolnym szpagatem. Nie spodziewałam się niczego zaskakującego. Byłam pewna, że stan moich 17 centymetrów do podłogi (przy szpagacie damskim) nie zmienił się albo i nawet pogorszył. Z kamienną twarzą i lekkim, znudzonym grymasem zaczęłam się powoli "rozjeżdżać". Schodzę coraz niżej i niżej, i niżej... w końcu do mnie dotarło, że coś za nisko już zeszłam! "Co jest grane?!" - pomyślałam - "Czyżby to już? Tak nagle szpagat?". Serce waliło mi jak oszalałe. Byłam o krok od spełniania jednego z największym marzeń i wyzwań, i to w dodatku w momencie, kiedy już całkowicie zwątpiłam, że kiedykolwiek mi się to uda! No, niestety... ten jeden krok ciągle dzieli mnie od wygranej. Zabrakło 10 centymetrów. Niemniej to aż 7 centymetrów progresu! Wow, jestem naprawdę w wielkim szoku.

Nagle zaczęłam lubić się rozciągać, a mój zapał do walki wzrósł o 100%. Jest duża szansa, że jeszcze w tym roku osiągnę ten cel, a więc do dzieła! : )

poniedziałek, 26 listopada 2012

Zdrowe odżywianie kwestią szacunku do samego siebie

Nieustannie słyszę komentarze typu: "Ja to bym tak nie mógł(a) ciągle uważać na to, co jem. Zajmuje to za dużo czasu. Poza tym niezdrowe jedzenie jest takie pyszne!", kiedy zostaję przykładowo przyłapana na pałaszowaniu zdrowego, drugiego śniadania w szkole albo w momencie, kiedy w toku zwykłej rozmowy zdarzy mi się nieświadomie wtrącić coś na temat healthy lifestyl'u. 
Rozumiem, że zdrowy tryb życia nie musi być wielką pasją każdego człowieka na ziemi tak, jak jest moją, ale niezbędne minimum to moim zdaniem poniekąd obowiązek. Chociażby dlatego, że tu przecież chodzi o nasz organizm, ciało, zdrowie, a więc o jakość i długość naszego życia. Tak naprawdę to jest kwestia szacunku do samego siebie, czyż nie? Nasze ciało to świątynia, dom, w którym będziemy mieszkać do końca naszych dni. Czy to nie wystarczający powód do tego, by traktować je należycie i z największą troską? Jesteśmy tym, czym się żywimy. Nasz żołądek to z pewnością nie kosz na śmieci. 

Zdrowa żywność sprawia, że jesteśmy
silniejsi, piękniejsi, szczęśliwsi, mniej podatni na choroby, mamy więcej energii.

Szczerze powiedziawszy osobiście nie widzę różnicy w ilości czasu, którą poświęcam na dbanie o zdrowy jadłospis a wcześniejszym po prostu braniem tego, co było pod ręką (zazwyczaj średnio zdrowe produkty). Poza tym moim zdaniem nie ma nic pyszniejszego niż pożywny, dobrze skomponowany, kolorowy posiłek! Żaden fast food nie jest w stanie mu dorównać!
No i najważniejsze: zdrowy tryb życia daje mega satysfakcję!

Recenzja: "Alchemik" autorstwa Paulo Coelho, czyli "biblia" optymistów

Po tę książkę sięgnęłam z polecenia Willa Smitha - należącego do grona osób, które mnie inspirują - i wcale nie żałuję. Nie zawiodłam się ani trochę i z czystym sercem mogę ją polecić wszystkim tym, którym ostatnio brakuje wiary w siebie i pozytywnego nastawienia do życia.

"I nieważne było, że karawana musiała czasami zbaczać z drogi, i tak zmierzała zawsze do raz wytyczonego celu. Po pokonaniu przeszkód znowu odnajdowała na niebie gwiazdę, która wiodła ją do Oazy."

"Alchemik" oczarował mnie już od pierwszych stron. Czyta się go szybko i przyjemnie. Nie rozumiem tej całej internetowej nagonki na Paula Coelho. Owszem, opisuje on proste historie prostymi słowami, ale w tym tkwi urok. Jego książki są dla ludzi z wyobraźnią, którzy potrafią czytać między wersami. I taki jest właśnie "Alchemik".

Według mnie ta książka jest naszpikowana symbolami i metaforami, które dzięki nieskomplikowanym przykładom pomagają nam dostrzec te wszystkie proste wartości, które otaczają nas na co dzień. Magia historii młodego pasterza, który stara się podążać za znakami, uczyć się Języka Wszechświata i żyć w zgodzie z Własną Legendą nastraja do działania i przejęcia spraw w swoje ręce. Z każdą przeczytaną stroną wiara we własne możliwości rośnie i rośnie. Właśnie dlatego pozwoliłam sobie nazwać tę książkę "biblią" optymistów. "Alchemik" uczy, jak nie załamywać się w chwilach niepowodzeń, jak wyciągać z nich wnioski, co więcej - uczy widzieć w nich drugie (pozytywne) dno; zdecydowanie wzbudza odwagę do spełniania marzeń i walki za wszelką cenę o to, czego pragniemy.

"Nikomu nie wolno drżeć przed nieznanym, gdyż każdy jest w stanie zdobyć to, czego pragnie i to, czego mu potrzeba."

Jestem pewna, że zajrzę do "Alchemika" raz jeszcze za jakiś czas, ponieważ sprawił, że wróciła do mnie motywacja do samodoskonalenia się, ciężkiej pracy, produktywności i korzystania z życia na 100%. Ponadto pomógł mi ukształtować nieco inne spojrzenie na to, co każdego dnia mnie otacza. Zwykłe rzeczy stały się niezwykłe.

"Zaczął odkrywać wiele nowych rzeczy. Wprawdzie znał już je wcześniej, ale dzisiaj objawiły mu się w nowym świetle, zanim zdał sobie z tego sprawę. Nie zauważał ich dotąd, gdyż był do nich nazbyt mocno przyzwyczajony."

Szczerze polecam tę książkę. Jednak pamiętaj: jeśli czytanie między wersami nie jest Twoją mocną stroną, bardzo możliwe, że Twoje wrażenia będą całkowicie inne. Niemniej sądzę, że każdy powinien zapoznać się z tą powieścią chociaż raz w życiu. Moim zdaniem jest bardzo wartościowa mimo prostych słów, z których została zbudowana. Spróbuj, przekonaj się sam! Bo dlaczego nie?

"- A jakie jest największe kłamstwo świata? - spytał zaciekawiony młodzieniec
- To mianowicie, że nadchodzi taka chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim rządzić los. W tym tkwi największe kłamstwo świata."

piątek, 23 listopada 2012

Z pamiętnika maturzystki: matura to NIE bzdura!

Wczoraj zakończyłam maraton próbnych matur, który trwał dla mnie jedynie trzy dni (chociaż powinien cztery). We wtorek zmierzyłam się z językiem polskim, w środę - z matematyką, a czwartek to dzień aż dwóch matur z języka angielskiego (poziom podstawowy i rozszerzony), które miały miejsce bezpośrednio jedna po drugiej.

źródło: soup.io

Szczerze mówiąc, nie przygotowałam się kompletnie i było to posunięcie zamierzone. Nie przypomniałam sobie ani jednego matematycznego wzoru, nie przeczytałam streszczenia ani jednej lektury. Po prostu zero. Fakt faktem - uczyłam się już od końca października systemem "dzień i noc, non stop przy książkach", jednak ograniczałam się tylko do biologii, do której i tak nie podeszłam (dlatego mój maraton trwał o jeden dzień krócej niż powinien). Stwierdziłam, że skoro będzie miała miejsce druga tura próbnych matur w okolicach lutego, zrobię porównanie moich wyników procentowych bez przygotowań i z przygotowaniami. Tak z czystej ciekawości. Poza tym tak naprawdę na próbne matury nie powinniśmy się uczyć. Przecież one są tylko po to, by oswoić nas z klimatem tego egzaminu, żebyśmy w maju, na właściwej maturze byli chociaż trochę mniej zestresowani, tak?

Do matury z biologii nie podeszłam dlatego, że po prostu miałam taką możliwość. Trzy dni matur były dla mnie wystarczającym stresem. Zadania, które pojawiły się w arkuszach i tak przejrzę w internecie, więc nic straconego! Procedury na maturze z biologii nie różnią się praktycznie niczym od procedur matur z innych przedmiotów, a nawet jeśliby tak było to przecież w lutym na pewno podejdę do całego pakietu - a więc z biologią włącznie. 

Moje wrażenia i wnioski? Język polski nie jest straszny. Pierwsza część to pytania do zamieszczonego tekstu, więc wystarczy czytać ze zrozumieniem, a wypracowanie to też nie takie znowu wielkie wyzwanie - nawet dla kogoś, kto nie zna lektur z kanonu - bo przecież zawsze podany jest fragment, z którego można wycedzić mnóstwo informacji. Do tego lejemy trochę wody ubranej w wyszukane słowa i voilà - całkiem przyzwoita liczba punktów (nie mówię, że maksymalna!) uzbierana. Matematyka z kolei zawsze była moją piętą Achillesa, więc nie trudno sobie wyobrazić, co się działo w środę, skoro tak jak wcześniej już napisałam - nie przypomniałam sobie ani jednego wzoru. Cóż, jestem pewna, że nie zdałam, ale spokojnie; to tylko próbna, a wniosek już został wyciągnięty - poświęcić więcej czasu na matematykę! - więc wszystko w porządku tak czy inaczej. Język angielski na podstawie okazał się banalny, a jedynej utraty punktów spodziewam się ewentualnie w części tekstów użytkowych, gdzie nauczyciel sprawdzający może się zawsze czegoś doczepić. Jeśli chodzi o zadania zamknięte, raczej żadne błędy nie powinny się pojawić, chociaż dopuszczam taką możliwość mimo wszystko. Kiedy sprawdzałam odpowiedzi w internecie, nie mogłam sobie przypomnieć w kilku zadaniach, co zaznaczyłam. Sprawa ma się kompletnie inaczej, co do poziomu rozszerzonego. To było zderzenie z rzeczywistością! Uświadomiłam sobie, jak słabe jest moje słownictwo. Fakt, mam pewien zasób słów, który pozwala mi na poruszanie przeróżnych tematów, ale problem tkwi w tym, że są one bardzo proste, a na maturze rozszerzonej oczekuje się bardziej wyszukanych zwrotów. Stąd wniosek - koniecznie wzbogacić słownictwo!

Na koniec chciałam wyrzucić z siebie trochę żalów, bo już po prostu nie umiem wytrzymać. Pewnie nie ma takiej osoby, która by chociaż raz nie usłyszała kiedykolwiek, że "matura to bzdura", co nie? No, właśnie. W życiu nie spodziewałam się, że te trzy słowa będą dla mnie tak irytujące! Otóż chodzi o to, że z perspektywy maturzysty matura to wyznacznik całej przyszłości; od niej zależy dosłownie wszystko i nikt nie przekona mnie, że jest inaczej, więc jak, do cholery, mam się nie denerwować, kiedy średnio dwa razy na dzień jestem klepana po ramieniu i słyszę lekceważące i odrobinę kpiące "matura to bzdura"? Te wyrażenie nie sprawia, że czuję się lepiej, mniej się przejmuję, jestem bardziej zmotywowana do nauki, silniej wierze w swoje możliwości i powodzenie i tak dalej. Tak naprawdę nie wiem, co mają w intencji te osoby, które mi to mówią, bo efektem tych słów nie jest absolutnie nic pozytywnego, a wręcz przeciwnie! Czuję się trochę tak, jakby mi współczuły albo w pewnym sensie się ze mnie wyśmiewały. Dlatego uczciwie uprzedzam, jeśli od tej chwili ktoś postanowi mnie wspaniałomyślnie poinformować, że matura to bzdura, nie zamierzam być miła!

20 cytatów, które sprawią, że zaleje cię fala motywacji

Skupiamy się głównie na motywacjach w formie zdjęć, czyż nie? A co z cytatami? Przecież słowa są równie determinujące - o ile nie nawet bardziej! W związku z powyższym przedstawiam wam listę dwudziestu cytatów, które motywują zarówno do aktywności fizycznej, jak i do walki o własne marzenia. 

1. ! Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
2. Zanim coś osiągniesz, musisz czegoś od siebie oczekiwać.
3. Nie pozwól by to, czego nie możesz zrobić, miało wpływ na to, co możesz zrobić.
4. "Brak wiary powoduje, że ludzie boją się przekraczać swoje granice,
a ja uwierzyłem w siebie." - Muhammad Ali
5. Jedynym miejscem, w którym sukces (success) pojawia się wcześniej niż praca (work) jest słownik*.
6. Gdy na twojej drodze pojawi się wiele przeszkód, nie pozwól byś ty sam był jedną z nich.
7. Ludzie mogą wątpić w to co mówisz, ale uwierzą w to co robisz.
8. ! "Jeżeli przynajmniej śnisz, żeby mnie pokonać, lepiej, żebyś się obudził i przeprosił" - Muhammad Ali
9. Jedyną drogą rozwoju jest ciągłe podnoszenie poprzeczki, jedyną miarą sukcesu jest wysiłek jaki włożyliśmy aby go osiągnąć.
10. Padłem. Nikt nie podał ręki. Sam wstanę... silniejszy.
11. ! Płacz na treningu , śmiej się podczas walki.
12. Ten, kto pokonuje innych, jest silny. Ten, kto pokonuje siebie, jest potężny.
13. Codziennie trzeba starać się wykraczać poza swoje możliwości
14. ! Gdy ty nie ćwiczysz, ktoś inny trenuje aby skopać Ci dupę
15. Nigdy nie przegrywasz gdy walczysz... przegrywasz, gdy przestajesz walczyć
16. Nieważne, że upadłeś, ważne żebyś coś podniósł wstając
17. ! Aby osiągnąć rzeczy których dotąd nie osiągnąłeś, musisz zacząć robić rzeczy których dotąd nie robiłeś
18. Mierzy się ponad cel, żeby trafić do celu
19. "3/4 życia spędziłem na siłowni, resztę zmarnowałem" - Bruce Lee
20. Najlepszy czas na działanie jest teraz!

*W spolszczonej wersji cytatu niestety nie brzmi to tak dobrze,
jak w anglojęzycznej. Jednak liczy się przesłanie :).


Poprzez ! zostały oznaczone cytaty należące do mojej absolutnej top piątki, choć tak naprawdę cała dwudziestka działa na mnie niesamowicie motywująco!

środa, 7 listopada 2012

O euforii powodowanej pogłębianiem wiedzy i nauce jako moim hobby

Czy nauka może być uzależniająca? Czy pogłębianie swojej wiedzy w danej dziedzinie może stać się naszym hobby? Zadaję sobie te pytania od kilku dni. 

Mimo, że wyżej wymienione pytania nie należą do specjalnie skomplikowanych, dla mnie znalezienie odpowiedzi jest nieco trudne. Wszystko dlatego, że nie odbieram zagadnienia globalnie, a personalnie. Wychodzi na to, że albo bardzo słabo znam samą siebie, albo nie zauważyłam momentu, w którym moja osobowość zmieniła się niemal o 180 stopni.

Nigdy nie byłam złym uczniem. Całe życie zdobywałam dobre oceny, odnosiłam sukcesy w przeróżnych konkursach, ale tak naprawdę spełniałam głównie ambicje moich rodziców. Wpoili mi do głowy, że dostać jedynkę to wstyd, nie nauczyć się na sprawdzian to wstyd, zapomnieć o zadaniu domowym to wstyd i tak dalej. Zawsze powtarzali mi, że muszę dobrze się uczyć, bo od tego zależy cała moja przyszłość, więc.... się uczyłam. Nie zaprzeczam, że zdarzyły mi się w ciągu całej mojej edukacji może z dwa lata buntu, kiedy zupełnie nie przejmowałam się szkołą, ale one znikają we mgle na tle całości, czyli tych ponad dwunastu lat.

Mój stosunek do nauki nie różnił się niczym od schematu pod tytułem "szkoła to przykry obowiązek, jak ja nienawidzę się uczyć, dajcie mi spokój; kiedy to się w końcu skończy?...". Śmiałam się z ludzi, którzy czytają książki dla przyjemności. Podobnie reagowałam na tych, którzy pasjonowali się określoną dziedziną. Na przykład tacy historycy z zamiłowania. Nie rozumiałam, jak można spędzać wolny czas na oglądaniu filmów dokumentalnych i czytaniu historycznych książek. Podstawowe pytania brzmiały : Jak można uczyć się dla przyjemności? Jak to możliwe, że nauka może być przyjemna?

Minęło parę lat i gdzie teraz jestem? W miejscu, w którym ubolewam nad tym, że życie jest za krótkie, by zdążyć przeczytać wszystkie wartościowe książki. Mam ambicję na zostanie poliglotką. A jedno z moich mott brzmi: Dzień, w którym nie nauczyłam się niczego nowego, jest dniem straconym.

(c) Savannah Grey
Od ponad tygodnia pracuję na poważniej pod kątem zbliżającej się matury. Z każdym dniem rozkręcam się coraz bardziej, z każdym dniem coraz więcej czasu dziennie poświęcam nauce. Dzieje się to całkowicie automatycznie, nie panuję nad tym. Po prostu chcę wiedzieć więcej i więcej. Ciągle mi mało. 

Skupiam się głównie na biologii, bo to ona jest dla mnie największym wyzwaniem. Jestem w klasie o profilu humanistycznym, gdzie biologia na ogół jest znienawidzona tak samo jak matematyka, a mimo to chciałabym zdawać ją na poziomie rozszerzonym. Wymaga to ode mnie ogromnego nakładu samodzielnej pracy, ponieważ program podstawowy, którym szła moja klasa jest bardzo okrojony (między innymi całkowity brak zoologii i botaniki). 

Powoli zaczynam czuć ten klimat, który towarzyszył mi w trzeciej klasie gimnazjum, kiedy to musiałam przyswoić sobie na szybko cały materiał z trzech lat w około pięć miesięcy. Wszystko dlatego, że ubzdurało mi się, żeby wziąć udział w konkursie przedmiotowym z biologii (potocznie nazywanym olimpiadą) mimo, że przez poprzednie dwa lata nie przywiązywałam zbytniej wagi do tego przedmiotu i uczyłam się go na zasadzie "wykuć, zdać, zapomnieć". Wtedy właśnie narodziła się moja miłość do biologii, która trwa po dziś dzień. 

Uczyłam się wtedy dosłownie całymi dniami. Kończyłam lekcje w szkole w granicach godziny 14, wracałam do domu (zajmowało mi to 10 minut), jadłam na szybko obiad i od razu siadałam do książek. Nie odchodziłam od nich na krok do około północy i tak każdego dnia. Raz w tygodniu urządzałam sobie nocne sesje - po prostu zarywałam noc (najczęściej z piątku na sobotę) z zapasem kawy i uczyłam się do rana. Uwielbiałam to. 

Byłam autentycznie uzależniona od nauki biologii. Byłam w stanie uczyć się non stop, a zmęczenie nigdy nie przychodziło. Byłam zafascynowana tym biologicznym światem, ciekawostkami, doświadczeniami... samym pogłębianiem mojej wiedzy. To była czysta euforia, narkotykowy haj i nie umiem tego wytłumaczyć. 

Jednak konkurs się w końcu skończył. Pięć miesięcy minęło jak z bicza strzelił. Ogrom czasu poświęcanego na biologię powoli spadał, aż w końcu doszedł do poziomu, gdzie uczyłam się jedynie na bieżące lekcje, sprawdziany. Jednak moja miłość do biologii nigdy nie umarła.

Teraz, kiedy historia niemal się powtarza, znów zaczynam czuć się tak, jak te ponad dwa lata wcześniej. I znów to uwielbiam.

Doszłam do wniosku, że stałam się dokładnie taką osobą, którą jeszcze pięć lat temu sama bym wyśmiała, ale w żadnym wypadku nie zniechęca mnie to do dalszej nauki, wręcz przeciwnie! Biologia stała się moim hobby - jednym z wielu - i nie widzę żadnego powodu, by to zmieniać. Mówią, że wszystkie uzależnienia są destruktywne. Czy w takim razie bycie uzależnionym od nauki także? Być może. Dla kogoś, kto nie znał mnie osobiście w tamtym okresie z gimnazjum, opis moich dni pewnie wydał się dosyć przerażający. Chcę jednak zaznaczyć, że nie byłam typowym kujonem czy "no-life'em". Nie wiem, jak to robiłam, ale mimo ciągłej nauki, zachowałam swoje życie towarzyskie w takim stopniu, w jakim było to możliwe. Byłam wtedy naprawdę szczęśliwa. Najbardziej cieszy i ekscytuje mnie myśl, że te czasy właśnie wracają...

niedziela, 4 listopada 2012

Plan treningowy na listopad; tabelki

Postanowiłam podejść do listopada na poważnie. Bez określonego planu wiem, że byłoby mi ciężej. Znacznie częściej bym odpuszczała i skończyłoby się to tak, że kolejny miesiąc poszedłby na zmarnowanie. W ogóle, co tu dużo mówić! Każdy doskonale wie, o co chodzi.

Korzystając z wolnego, niedzielnego popołudnia przygotowałam sobie takie śmieszne tabelki. 
Jeden kwadracik (albo prostokąt) to jedna sesja (tak to nazwijmy) z danym przyrządem. Czyli na tydzień powinnam dwa razy poćwiczyć z hantlami, dwa na stepperze, raz pojeździć na rowerze stacjonarnym, raz poskakać na skakance i dwa razy kręcić hula hopem. Wyjątkiem jest ostatni tydzień, z którego odpada sobota i niedziela (tak akurat się miesiąc kończy), więc jest krótszy, co równoznaczne jest z tym, że jest mniej czasu na treningi. Jak łatwo zauważyć, kratek na tydzień jest więcej niż w ogóle dni w tygodniu. Wynika to z faktu, że sesje mogą być łączone to znaczy, że jeden trening może składać się przykładowo z hantli i hula hopu albo i nawet z połączenia wszystkich wymienionych w tabeli przyrządów. Nie ma narzuconego czasu, ile dokładnie na każdą sesję jednorazowo powinnam poświęcić.

Obiecałam też sobie, że w tym miesiącu zrobię kolejne podejście do A6W. Do końca miesiąca mamy 27 dni (łącznie z dzisiejszym), więc w listopadzie mogę zaliczyć 27 z 42 dni całego Weidera, czyli zdecydowaną większość. W sumie mogłabym odhaczyć już pierwszy kwadracik, bo pierwszy dzień A6W już za mną, ale nie chciałam mieszać. Puste tabelki na start to puste tabelki.

Pod koniec miesiąca zamieszczę na tyle wypełnione tabelki na ile mi się uda. Jestem strasznie ciekawa, czy zawiodę i zostanie więcej pustych kratek, czy wręcz przeciwnie. Jak na razie motywację mam ogromną. Oby nie spadła.

Listopadowy checkpoint wymiarów

Nareszcie znalazłam trochę chęci i czasu, by napisać posta!
Obiecałam, że się zmierzę, więc i tak zrobiłam mimo, że wiedziałam, że nie będzie to zbyt przyjemny aspekt dnia. Liczby na centymetrze faktycznie nie okazały się zbyt łaskawe, ale przecież dokładnie tego się spodziewałam. Żadnych niespodzianek. Jednak jakoś specjalnie nie czuję się zawiedziona, podłamana i tak dalej... wręcz przeciwnie! Widzę w tym genialną motywację na listopad!
23 lipca / 27 sierpnia/ 1 listopada 2012
ramię: 24 / 23,5 / 23 cm (-0,5 cm)
biust: 82 cm
  talia: 65 / 63 / 64 cm* (+1 cm)
brzuch: 79 / 78**
biodra (pupa): 93  / 91 cm
udo: l. 53,5 ; p. 54  / 52,5 / 53 cm (+0,5 cm)
łydka: 34,5 cm

*Talia przed rozpoczęciem Hula Hoopin' challenge miała 65 cm! Mimo wyzwania nadal jestem na plusie.
** Brzuch na przestrzeni sierpień-listopad doprowadziłam do stanu, gdzie w obwodzie trochę poniżej pępka miałam 81 cm - dzięki Hula Hoopin' challenge zeszłam z powrotem do 78 cm.

Miałam rację. Ewidentnie mi się przytyło (chociaż mówię to trochę z przymrużeniem oka. Nie popadajmy w paranoję!). No, cóż. Nie ma co lamentować! Pocieszam się tym, że moja sprawność kondycyjna nie ucierpiała, a wręcz przeciwnie - dzięki metodzie Grey idę w górę mimo ostatnich ogólnych zachwiań i momentów zwątpienia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...