poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podsumowanie 2012, wnioski i nadzieje

Dokładnie 365 dni temu obiecałam sobie, że rok 2012 będzie MOIM rokiem. Chciałam sprawić, by był niesamowity, pełen sukcesów, zabawy, uśmiechu, przygód i wspaniałych ludzi. Miał to być rok ogromnych zmian na lepsze, odbicia się od dnaWyzwanie było przede mną naprawdę duże, biorąc pod uwagę rok poprzedni. Jednak postanowiłam udowodnić każdemu, ale przede wszystkim sobie, że moja teoria, która mówi, że dla chcącego nic trudnego, no i że nie ma rzeczy niemożliwych, jest prawdziwa!
Dziś - w dzień podsumowań - mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć, że 2012 był FANTASTYCZNY! Mimo, że nie spełniłam wszystkich postanowień, jestem niesamowicie zadowolona i szczęśliwa.

Postanowienia 2012
  • Sprawić, by ten rok był zdecydowanie jednym z lepszych w moim życiu.
Z czystym sercem mogę odznaczyć ten punkt, jako wykonany! Nie ma, co dyskutować. Spoglądam za siebie i jedyne, co jestem w stanie zrobić to uśmiechnąć się ciepło, bo naprawdę... jestem niewiarygodnie usatysfakcjonowana.
  • Wygrać z ED !
ED (eating disorder) największa zmora moich ostatnich kilku lat życia i zarazem najtrudniejsze wyzwanie tego roku, ale... wygrałam! Po wielu krwawych bitwach, wzlotach i upadkach, chwilach zwątpienia i nagłych wybuchach motywacji, mogę powiedzieć, że było warto. Dziś jestem wolnym człowiekiem.
  • Zdrowo się odżywiać
Ciągle się uczę, ciągle dopiero poznaję tajniki zdrowia i dietetyki, i daleko mi do perfekcji, ale starałam się bardzo cały rok. Jest dobrze. Będzie jeszcze lepiej.
  • Prowadzić aktywny tryb życia
Ćwiczę średnio 4 razy na tydzień niemniej niż 40 minut, zwykle około godziny. W tym roku bywały takie okresy, kiedy ćwiczyłam nawet po dwie, trzy godziny na dzień. Owszem, zdarzają mi się czasem dłuższe przestoje, ale hej, jestem tylko człowiekiem. Jestem bardzo zadowolona z tego punktu. 
  • Biegać
Zaczęłam w kwietniu, ale mój "sezon biegowy" rozwinął się i trwał tylko w czasie wakacji. Biegałam średnio, co dwa, trzy dni, więc całkiem nieźle mimo, że to były tylko dwa miesiące.
  • Trenować jogę i stać się w tym dobra
Przy tworzeniu listy postanowień na ten roku, byłam zakochana w jodze, bo był to akurat czas mojego pierwszego zetknięcia z nią. Później emocje opadły i joga stała się niesamowicie dla mnie nudna. Efekt? Punkt nieodhaczony.
  • Szpagat
Walczyłam cały rok z większym zaangażowaniem, czy z mniejszym. Zrobiłam postęp - to na pewno, ale ciągle jeszcze nie osiągnęłam celu ostatecznego.
  • Nie jeść słodyczy przez 70 dni bez przerwy
Misja wykonana na przestrzeni sierpnia-października bez większych trudności, choć spodziewałam się ogromnego "cierpienia", bo przecież uwielbiam słodycze...
  • Schudnąć przynajmniej do 54 kg
Zabrakło kilograma. Zeszłam do 55 kg z prawie 60. Cel nieosiągnięty, ale jestem całkowicie usatysfakcjonowana ze swojego wyglądu i na swoją teraźniejszą wagę nie narzekam ani trochę!
  • Wypracować płaski brzuch
Jest ogromny postęp, jeśli porównać stan mojego brzucha w tej chwili z tym, jak wyglądał w styczniu, ale to ciągle nie jest to, czego chcę. Jeszcze trochę, jeszcze trochę.
  • Przestać obgryzać paznokcie
Misja wykonana w kwietniu. Żadnych widoków na nawrót nałogu nie ma! : )
  • Nie zmarnować wakacji
Zdecydowanie to były naprawdę dobre wakacje! Zwiedziłam dwie z ośmiu Wysp Kanaryjskich, nareszcie odwiedziłam Wrocław, który był moim marzeniem już od dawna, spędziłam kilka genialnych dni na wsi u mojej babci i zaliczyłam parę wypadów nad wodę ze znajomymi. Czegóż chcieć więcej?
  • Uczyć się hiszpańskiego
Największy bum miał miejsce od maja do początku września tego roku. Uczyłam się dużo, ale niestety musiałam przerwać, bo klasa maturalna daje mi w kość. Niemniej, trochę mi w tej głowie zostało i myślę, że punkt odhaczyć mogę jak najbardziej. Do nauki hiszpańskiego na pewno wrócę, jak tylko będę mogła. Kto wie, może zmotywuję się już na dniach?
  • Mieć 5 z biologii
Jestem na profilu humanistycznym, więc w drugiej klasie kończyła mi się biologia. Chciałam mieć 5 na świadectwie, bo przepisuje się tą ocenę na świadectwo maturalne. No niestety, nie udało się, chociaż walczyłam jak lwica.
  • Przynajmniej spróbować naprawić przyjaźń z S.
Nie tylko spróbowałam, ale i odniosłam, a właściwie powinnam powiedzieć odnieśliśmy, sukces!
  • Pogodzić się z M.
Wystarczyła jedna szczera rozmowa, trochę odwagi. Żałuję, że zwlekałam cały poprzedni rok i że nie pogodziłyśmy się wcześniej.
  • Czytać książki
Mój jedyny problem to zaczynanie książek i nie doczytywanie do końca. Tak czy inaczej, w tym roku czytałam dosyć dużo mimo, że ukończonych książek, takich od deski do deski, za wiele na koncie nie mam. W przyszłym roku muszę się zdecydowanie poprawić!
  • Wrócić do fotografowania
Kiedyś było to moje hobby. Miałam przerwę w 2011 roku z bliżej nieokreślonych powodów. Chciałam wrócić, bo doskonale pamiętałam, ile radości mi to dawało, więc... wróciłam!
    • Pisać, tworzyć, szlifować pisarski "talent"
    Lubię pisać. Pamiętniki, posty na blogach, teksty piosenek, opowiadania, wiersze i tak dalej. I właśnie tą moją sympatię nazywam "talentem", bo czy dobrze mi wychodzi to pisanie, to nie mnie oceniać.
    • Być konsekwentną
    Mój ogromny problem i jedna z największych wad! Od zawsze wiele planowałam, ale nigdy tych planów nie mogłam zrealizować do końca ze względu na bycie niekonsekwentną. Mówiłam jedno, robiłam drugie. Strasznie niewygodne i wkurzające. Ale pokonałam cholerstwo!
    • Starać się być zawsze najlepszą wersją siebie, ale i pamiętać, że nie ma czegoś takiego, jak bycie niewystarczająco dobrym.
    Istnieje taki termin, jak atelofobia - to strach przed byciem niewystarczająco dobrym. Wydaje się błahostką, a w rzeczywistości jest to naprawdę bardzo destruktywna przypadłość! Pokonane!
    • Zawsze walczyć o swoje marzenia i nie rezygnować, jeśli osiągnięcie celu jest trudne.
    Tu to chyba nikt nie będzie miał wątpliwości, że punkt jak najbardziej zrealizowany, zwłaszcza jeśli chodzi o moich bliskich znajomych, którzy mają mnie na co dzień! Savannah się nie poddaje. Po prostu nie. Walczymy do końca i nie ma że boli!
    • Nie spóźniać się
    Spóźnialska ze mnie była straszna! Do szkoły, na spotkania i wszędzie indziej... zawsze spóźniona! Nie udało mi się jeszcze pokonać spóźnień do szkoły, bo mimo że ograniczyłam je w pierwszej połowie roku, po wakacjach niestety wróciłam do punktu wyjścia. Niemniej na wszystkie inne spotkania i okazje już się NIE spóźniam, więc sukces jest!
    • Dokonywać rzeczy niemożliwych
    Tu odrobinę z przymrużeniem oka. Chodziło głównie o sytuacje, kiedy ktoś narzekał, że coś jest zbyt trudne do zrealizowania, a ja uderzałam pięścią w stół i mówiłam "Niemożliwe? No to patrz!".
    • Pomagać ludziom
    W kwietniu i maju prowadziłam swojego rodzaju - myślę, że można powiedzieć - program wsparcia dla osób z zaburzeniami odżywiania, depresją czy innymi problemami tego typu. Do tej pory zdarza mi się wspierać i służyć pomocą drogą mailową. 
    • Być zmianą, którą chciałabym zobaczyć w świecie
    W tym roku skupiałam się na okazywaniu tolerancji innym, ponieważ uważam, że jej brak to jeden z większych problemów współczesnego społeczeństwa.
    • Nie marnować czasu - niech każdy dzień będzie produktywny
    Oczywiście, nie było tak, że każdy dzień roku 2012 był idealny pod względem produktywności, ale zrobiłam ogromny postęp w porównaniu do mojego lenistwa rok wcześniej. 

    WYNIK: 22 /27
    zrealizowane: 81,5 % !!
    (dla porównania: 2010-64%, 2011-46,5%)



    Inne pozytywy:
    1. Wzięłam trzy razy udział w akcji krwiodawstwa
    2. Założyłam dwa blogi (chaseyourambitions, fitmiracle), które wzmogły mój rozwój
    3. Założyłam osobistą Kronikę Sukcesów
    4. Zdobyłam 100% z próbnej matury z języka angielskiego
    5. Dostałam nominację do dosyć znaczącej szkolnej nagrody w kategorii "Najlepszy językowiec"
    6. W sieci ukazał się wywiad ze mną
    7. Zakochałam się w książkach fantasy mimo, że zawsze był to gatunek niesamowicie przeze mnie nienawidzony
    8. Zaprzyjaźniłam się z osobą z innego kraju
    9. Zorganizowałam Dzień Prawdy
    10. Wypracowałam w sobie silną wolę i przekonanie, że absolutnie nie można się nigdy poddawać, a najlepszy czas na działanie jest tu i teraz
    11. Stworzyłam listę Things to do before I die i odznaczyłam już dwa punkty
    12. Od lutego do końca czerwca kręciłam video pamiętnik, który okazał się genialnym pomysłem

    Moje wnioski? Poznałam wielu cudownych ludzi, odwiedziłam miejsca, w których nigdy wcześniej nie byłam, miałam okazję przeżyć parę fantastycznych przygód, doświadczyć nowych rzeczy, poznać życię trochę od innej strony, a wszystko to dzięki temu, że postanowiłam tak dla odmiany być odważną! Ponadto zmieniłam się niesamowicie w ciągu tego roku. Ciągle jest jeszcze wiele rzeczy do udoskonalenia, nauczenia się i tak dalej, ale najważniejszy jest postęp. Z leniwej osoby, która potrafi tylko narzekać, ale nigdy nie ruszy nawet palcem, by cokolwiek zmienić w swoim życiu, z osoby, która jest wiecznie nieszczęśliwa i wszystko widzi w czarnych kolorach, z osoby, która dużo planuje, ale ma słabą wolę, jest niekonsekwentna i ma słomiany zapał, przez co nigdy nic nie osiąga, z osoby, który w siebie nie wierzy, z osoby, która poddaje się już na starcie, z osoby, która woli zamknąć się w swoim pokoju, zaciągnąć żaluzje i w samotności użalać się nad sobą niż wyjść do ludzi... stałam się kimś zupełnie odwrotnym. Owszem, czasem mam chwile załamania i wraca ta stara ja, ale jest to bardzo sporadyczne. I wcale nie chcę powiedzieć, że jestem idealna i udaje mi się wszystko za co się chwycę. Nie! Mimo, że ogólnie był to genialny rok, zdarzyło mi się wiele pomyłek, błędów czy porażek. Tu chodzi o tą wolę walki, którą każdy z nas powinien w sobie zaszczepić, by życie stało się zdecydowanie lepsze! Nie odpuszczam. Jeśli czegoś chcę, to dążę do tego za wszelką cenę. Jeśli jeden sposób zawiedzie, szukam drugiego. I tak naprawdę to jest cały przepis na szczęście, do którego stosowałam się w tym roku.

    źródło: soup.io

    Lista postanowień na rok 2013 właśnie jest w przygotowaniu. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać poziom, a nawet podbić poprzeczkę jeszcze wyżej! Byle w stronę szczęścia i samorealizacji - to jest najważniejsze, tego chcę.

    Sama nie mogę uwierzyć w to, jak moje życie się zmieniło. A wystarczyło po prostu zacisnąć czasami zęby i robić to, co trzeba było robić nawet, jeśli nie miało się na to ochoty. Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że będzie tylko lepiej...

    Doszłam do wniosku, że prawdziwe życie zaczyna się poza naszą strefą komfortu. Jesteś w miejscu, gdzie czujesz się pewnie, wiesz, co cię czeka, jest ci wygodnie? Uciekaj stamtąd czym prędzej! ; )

      piątek, 21 grudnia 2012

      Zrestartowałam swoje życie w dzień końca świata! Dzień Prawdy

      O tym, że dziś ma się skończyć świat, pierwszy raz usłyszałam w 2006 roku. Miałam wtedy dwanaście lat i powiem szczerze - byłam przerażona! Jednak z każdym mijającym rokiem moje nastawienie odrobinę się zmieniało. Wystraszony dzieciak stał się kimś, kto w przepowiedni o 21 grudnia 2012 widzi coś głębszego niż dosłowny koniec świata.

      Czy nie chodziło po prostu o to, by przekonać się jak to jest tak naprawdę żyć chwilą? Świadomość, że być może za niedługo wszystko się skończy, popychała nas do rzeczy, których normalnie byśmy nigdy nie zrobili ze względu na brak odwagi, czyż nie? A przynajmniej tak było w moim przypadku, z czego bardzo się cieszę!

      źródło: soup.io

      Postanowiłam, że dzień dzisiejszy będzie ostatnim dniem mojego dotychczasowego życia i zarazem pierwszym całkiem nowego. Po prostu restart. Jednak ci, którzy już zdążyli mnie trochę poznać, powinni wiedzieć, że lubię duże akcje, silne emocje, nowe doświadczenia i wyjątkowe, magiczne momenty. Z tego właśnie powodu 21 grudnia 2012 roku został okrzyknięty Dniem Prawdy.

      Każdy z nas chowa w sobie pewne żale, sekrety z przeszłości. Dusimy w sobie uczucia przez lata, bo nie mamy odwagi mówić o nich głośno - nawet jeśli wcale nie są negatywne - z różnych przyczyn, ale tak naprawdę jaki w tym sens? Za dużo rozmyślamy o konsekwencjach, zamiast po prostu działać. Dlatego główną idea dzisiejszego dnia było zdanie:
       "Gdyby świat dziś miał się naprawdę skończyć, chciałabym, żebyś wiedział(a), że...".

      Wyrzuciłam z siebie mnóstwo złych, jak i dobrych emocji, które siedziały we mnie od bardzo dawna, ale bałam się reakcji ludzi, z którymi były one związane. Wyjaśniłam parę nieporozumień, pogodziłam się z pewnymi osobami, z którymi byłam skłócona przez lata, dowiedziałam się o kilku interesujących faktach z przeszłości, o których nie miałam pojęcia tylko dlatego, że... bałam się mówić o swoich uczuciach i skrywałam wszystko w sobie.

      Poza tym to jest coś niesamowitego! Nie byłam świadoma, jak wielki ciężar noszę ze sobą codziennie. Naprawdę ogromny kamień spadł mi z serca i teraz czuję się lekka jak piórko. Oczyszczona atmosfera, rozwiązane spory z przeszłości. Szczerze polecam. Każdy dzień jest dobry na odrobinę szczerości. Wszystko, czego potrzebujecie to pięć sekund odwagi. Nie kalkulujcie. Nie zastanawiajcie się, jak zareaguje dana osoba lub co stanie się później. Po prostu wyrzućcie z siebie to, co w was siedzi. Zaufajcie mi, będziecie zaskoczeni, jak wszystko nagle się zmieni.

      Nauczyłam się dziś, że nie ma sensu ukrywać swoich uczuć. Dzięki dzisiejszemu wyjawianiu prawdy, dowiedziałam się, że mnóstwo spraw mogłoby się skończyć całkowicie inaczej - często lepiej - niż się rzeczywiście skończyły, gdybym tylko miała odwagę powiedzieć, co naprawdę sądzę. Wartościowa lekcja życia. Teraz mogę spokojnie ruszać z czystym sumieniem w dalszą podróż... 

      piątek, 7 grudnia 2012

      Rewolucję czas zacząć! Wskazówki dla początkujących cz. I

      Wszyscy doskonale wiedzą, że najtrudniejsze są początki. Kiedy mamy styczność z czymś dla nas nowym, często nie wiemy nawet od czego zacząć. Jednak dobre chęci to już połowa sukcesu. Zmiana trybu życia na zdrowszy zawsze jest świetnym pomysłem. Nie jestem w stanie wymyślić ani jednego negatywnego aspektu, który mógłby temu towarzyszyć. Z prostej przyczyny - bo ich po prostu nie ma! 

      Cel: zdrowie, ładna sylwetka, dobra kondycja i wielki uśmiech na twarzy!

      Minimum 5 posiłków dziennie
      Nieważne, czy chcesz schudnąć parę kilogramów, czy po prostu zmienić swój tryb życia. Minimum pięć posiłków dziennie w dosyć równych odstępach czasu to podstawa. Każdy z nich powinien składać się z białka, węglowodanów i tłuszczy (śniadanie - przewaga węglowodanów, kolacja - przewaga białka). Nie najadaj się do syta. Najlepszym momentem, by odejść od stołu jest ten, w którym czujesz, że możesz jeszcze trochę zjeść. Informacja o pełnym żołądku dociera do mózgu dopiero po 10 minutach. Zachowanie równych odstępów czasowych między jednym a drugim posiłkiem jest ważne dlatego, że wpływa na szybkość metabolizmu. Organizm przyzwyczaja się do własnego zegara i łatwiej mu rozplanować pożytkowanie energii uzyskanej z ostatniego posiłku, ponieważ wie, ile dokładnie będzie musiał czekać, by dostać kolejny.

      Woda, herbata, kawa
      Nie jest żadną tajemnicą, żeby powinno się dziennie wypić przynajmniej dwa litry niegazowanej wody. Dlaczego właśnie niegazowanej? Dwutlenek węgla (zawarty w wodzie gazowanej) musi zostać wydalony przez organizm - im mniej go sobie dostarczamy, tym lepiej dla nas. Poza tym powoduje wzdęcia. Zdecydowanie odradzam wszelkie napoje słodzone, oranżady i tego typu płyny. Są przesiąknięte chemią i pustymi kaloriami, nie mają żadnej wartości dla organizmu. Sprawa wygląda inaczej, jeśli chodzi o soki - ten naturalne, bez konserwantów i sztucznych słodzików to dobry wybór, jednak trzeba bardzo uważać. Najlepszym rozwiązaniem jest zakup sokowirówki i przyrządzanie sobie takich soków samodzielnie. Herbata i kawa nie mają kalorii. Kawa przyśpiesza metabolizm. Wiadomo, że wypłukuje z organizmu magnez dlatego osoby, które piją więcej niż jeden kubek kawy dziennie, powinny szczególnie zadbać o to, by w ich diecie pojawiły się produkty bogate w ten pierwiastek. Co do herbaty, polecam czerwoną - zaraz po treningu, ponieważ przyśpiesza i wydłuża proces spalania tłuszczu oraz zieloną - najlepiej rano do śniadania, ponieważ działa pobudzająco na metabolizm.

      RADA #1: Masz problem z wypijaniem odpowiedniej ilości wody dziennie, bo po prostu nie odczuwasz pragnienia zbyt często? Miej butelkę wody zawsze przy sobie, w zasięgu swojego wzroku. Oglądasz telewizję w salonie? Postaw na stole przed sobą wodę. Odrabiasz zadanie domowe przy biurku? Niech towarzyszy ci przy tym butelka wody. Idziesz na spacer? Weź małą butelkę wody do torebki. Za każdym razem, kiedy na nią spojrzysz lub o niej pomyślisz, wypij kilka łyków nawet jeśli nie masz na to ochoty.

      RADA #2: Nie przepadasz za smakiem wody? Dodaj świeżo wyciśniętego soku z cytryny! Otrzymasz naturalną wodę smakową, a dodatkowo zadziałasz na swój metabolizm - sok z cytryny (jak zresztą wszystkie cytrusy) znacznie go przyśpiesza.

      RADA #3: Zaraz po przebudzeniu wypij szklankę zimnej wody (im więcej tym lepiej). Przyśpieszy to metabolizm nawet do trzech następnych godziny.

      RADA #4: Nie jesteś w stanie odzwyczaić się od słodzenia herbaty; gorzka po prostu ci nie smakuje? Zamień biały cukier na cukier trzcinowy! Dobrą opcją jest również stewia lub ksylitol.

      Im mniej przetworzona żywność, tym lepsza
      Główna zasada zdrowego odżywiania mówi o tym, by zawsze wybierać jak najbardziej naturalne produkty. Dlatego przykładowo lepiej kupić świeże warzywa niż mrożonkę z supermarketu. Ananas z puszki zawsze będzie gorszym wyborem niż świeży ananas ze stoiska targowego. Trzeba nauczyć się dostrzegać różnicę.

      Twój metabolizm przyśpieszą np:
      - pieprz
      - papryka
      - cytrusy

      Nie podjadaj!
      Między śniadaniem a drugim śniadaniem nie ma miejsca na małą przekąskę tak samo, jak między obiadem a podwieczorkiem czy jakąkolwiek inną parą posiłków. Układ pokarmowy potrzebuje przerw w dostarczaniu pokarmu (najlepiej nie większych niż 3 i pół godziny) - wtedy jego wydajność pracy rośnie i wszystko działa tak, jak należy.


      czwartek, 6 grudnia 2012

      Moderation thing - porzuć twarde zakazy i nakazy, uwierz w umiar

      To może zabrzmi śmiesznie, ale zawsze mam problem z zapamiętaniem znaczenia słówka moderation. Oczywiście, doskonale wiem, co symbolizuje i mogłabym bez zastanowienia wygłosić cały elaborat na temat, który jest z nim związany. Problem tkwi raczej w jego polskim odpowiedniku. Nie jestem w stanie zapamiętać, że na moderation po polsku mówimy umiar. Stąd właśnie tytuł dzisiejszego posta.

                    Moderation thing, czyli sprawa umiaru.              
      Uświadomienie sobie istoty umiaru jest tak samo ważne, jak motywacja, determinacja i dobry plan działania. Chciałabym się dziś z wami podzielić moimi wnioskami, do których doszłam na przestrzeni kilku ostatnich lat. Są bardzo proste, jednak z czystym sercem mogę powiedzieć, że znacznie ułatwiają życie i dążenie do każdego celu. Być może niektórzy powiedzą, że Ameryki nie odkryłam, ale wiem, że jest jeszcze mnóstwo osób, które utrudniają sobie wszystko nieświadomie właśnie dlatego, że nie poznały jeszcze magii umiaru.



      Umiar (można też powiedzieć moderacja) według mnie polega głównie na słuchaniu własnego ciała. Wiele z nas - czy to te, które się odchudzają, czy te które starają się po prostu zdrowo odżywiać - boryka się z problemem zachcianek. Coś słodkiego, jakiś fast food czy cokolwiek innego, co nie do końca wpisuje się w wizję diety, którą chciałybyśmy utrzymywać. Trzeba mieć bardzo silną wolę, by się temu nie poddać. Co najczęściej dzieje się, kiedy jednak dajemy skusić się na coś nieplanowanego? Odpuszczamy sobie całkowicie i zaczyna się dramat - do końca dnia cały nasz jadłospis wygląda, jak śmietnik, "bo skoro już zawaliłam, to po co się dalej starać", prawda? To takie ludzkie.

      Kochane! Jeden niezdrowy posiłek nie sprawi, że nagle zaprzepaścicie wszystko to, co do tej pory osiągnęłyście tak samo, jak jeden wartościowy posiłek nie sprawi, że od razu staniecie się zdrowe i szczupłe! Proces w każdą z tych stron jest bardzo praco- i czasochłonny. (Wbrew pozorom na zniszczenie swojego organizmu i przybranie na wadze też trzeba się napracować.)
      Sęk w tym, by takie jednorazowe wpadki nie zdarzały się nam za często!

      RADA: Nie oceniajcie dnia całościowo pod względem udanego czy nieudanego jadłospisu. Na tapetę bierzcie po jednym posiłku. Rano nie martwcie się, co będzie na obiad - skupcie się na śniadaniu. A kiedy nadejdzie pora obiadowa, najważniejszy niech będzie obiad i nic poza nim. Kiedy przykładowo podwieczorek nie będzie dokładnie taki, jaki byście chcieli, żeby był - trudno, zostawcie to za sobą i skierujcie swoje oczy na kolację. Nieodpowiedni podwieczorek nie upoważnia do zmarnowania świetnej okazji na wartościową kolację. 

      Nie ma nic złego w słodyczach, jeśli - uwaga - nie zapomnimy o umiarze! Masz ochotę na czekoladę mimo, że starasz się schudnąć? Bez obaw pozwól sobie na kawałek, ale podkreślam: na kawałek i nie codziennie. Świat się nie zawali, Twoja dieta też nie będzie zrujnowana. Nie przesadzajmy. To nic takiego, a przecież wszystko jest dla ludzi. Spójrzcie, co na ten temat sądzi Miranda Kerr...
      źródło: tumblr.com
      ! Jeśli narzucimy sobie twarde zakazy i nakazy, których bezzwłocznie musimy przestrzegać, wszystko obróci się przeciwko nam. Nagle zakazany owoc będzie kusił dwa razy bardziej niż przed ustaleniem tych surowych zasad. Dlatego czasem lepiej wychodzimy na lekkim poskromieniu naszej ambicji i założeniu, że jesteśmy tylko ludźmi, więc małe wpadki pewnie się pojawią i nie ma w tym nic złego. 

      Osobiście porzuciłam rygorystyczne planowanie swojego każdego ruchu, każdego składnika pojawiającego się w moich posiłkach. Pozwalam sobie na słodycze, czasem na alkohol, a nawet fast food i wiecie, co? To w żaden sposób nie wpływa na moje wyniki na treningach czy wygląd mojego ciała z prostej przyczyny - nie zdarza się to często, kontroluję porcje, respektuję zasadę umiaru. Dodatkowo taka postawa trzyma mnie z daleka od napadów zachcianek w nieoczekiwanych momentach, a kiedy już się jakaś zdarzy - łatwiej ją poskromić. Poza tym jeśli odpuścimy sobie rygor, wszystko staje się o wiele bardziej przyjemne. : ) 

      sobota, 1 grudnia 2012

      Witaj grudniu! + tabelki (nie tylko) treningowe

      No i mamy grudzień! Wow, niewiarygodne, jak ten rok szybko minął. Czuję, jakbym dopiero co układała listę postanowień noworocznych, a tu właściwie już nadszedł czas podsumowań, ale o tym dopiero za 30 dni. 

      Tak, jak wspominałam wcześniej, stworzyłam sobie podobne tabelki jak na listopad, jednak wprowadziłam pewne modyfikacje. 
      Pierwsza tabelka: jest to zwykły kalendarzyk. Dzień skreślony zielonym krzyżykiem to dzień udany, czerwonym - już mniej. Jako główne kryterium będę obierała tutaj mój jadłospis; stąd dni świąteczne zaznaczone są pogrubieniem, bo nawet jeśli postawię tam czerwony krzyżyk, nie będę się specjalnie przejmować. Nie szalejmy, a wyobraźcie sobie tą satysfakcję, kiedy mimo wszystko pojawi się krzyżyk zielony. 
      Druga tabelka: w tamtym roku moim postanowieniem adwentowym było 100 brzuszków dziennie. Pamiętam, że była to naprawdę świetna sprawa. Mała rzecz, a pomogła mi wzmocnić siłę woli i systematyczność. Poza tym moje mięśnie brzucha tylko na tym skorzystały! Dlatego w tym roku powtórka, jednak w skali całego miesiąca, nie tylko adwentu. (Nadmienię tu tylko, że identyczną tabelkę mam w związku z książkami. Chciałabym wypracować w sobie przez ten miesiąc "uzależnienie" od czytania książek minimum przez godzinę dziennie.)
      Trzecia tabelka: to modyfikacja treningowej tabelki z listopada. Nie wszystkie moje treningi odbywają się pomocy jakichś przyrządów. Po prostu czasem lubię postawić na samą metodę Grey albo gotowe treningi z filmików na youtube. Tabelka z listopada zakładała 8 przyrządów na tydzień, co oznaczało, że przynajmniej w dwa dni musiałabym łączyć dwa przyrządy plus do każdego innego treningu dodawać przynajmniej jeden, wtedy miałabym jeden dzień w tygodniu na regenerację. Zdecydowanie ZA DUŻO przyrządów. Dlatego w grudniu system nieco się zmienił. Jeden przyrząd ma się pojawić minimum trzy razy w tym miesiącu i nieważne, w którym tygodniu.
      Wypadałoby też zacząć ograniczać słodycze, bo ostatnio zauważyłam, że pozwalam sobie na zbyt wiele. Nie organizuję żadnej akcji z odliczaniem dni i tak dalej, bo wiem, że już za sześć dni w mikołajki na pewno sobie nie odmówię. Powiedzmy, że potrzebuję ostatnio wspomagania endorfinowego w każdym z możliwych sposobów, bo moje problemy osobiste ciągle trwają, końca nie widać i powoli zaczynam wysiadać... ale mniejsza z tym. 
      Trzeba wziąć się w garść i iść do przodu.

      wtorek, 27 listopada 2012

      Rozciągamy się! + szpagatowy progres

      ŁOŁ! Wielkie zaskoczenie i po prostu niekontrolowana radocha! Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę tu coś podobnego. Jakoś kompletnie straciłam wiarę w jakikolwiek postęp w tej sferze, a jednak! Nie dość, że się pojawił to jeszcze tak nagle i nieoczekiwanie! 
      Szpagatowy progres

      Mniej więcej od początku listopada przywiązuję sumiennie uwagę do rozciągania się po każdym treningu. Wcześniej zdarzało mi się odpuszczać albo nie przykładać się do tego wystarczająco dobrze. Rozciąganie jest nudne, statyczne, nie wymaga od nas za wiele wysiłku. To po prostu nie w moim stylu. Jednak od trzech tygodni zmuszam się i rozciągam po około 10-15 minut na trening. To ciągle nie jest jakoś specjalnie dużo, ale jeśli chodzi o mnie - to już sukces!

      Zmuszam się do rozciągania z kilku prostych powodów:
      • marzy mi się szpagat już od dawien dawna, więc wypadałoby w końcu spełnić to marzenie
      • rozciąganie po treningu to obowiązek, jeśli nie chcemy nabawić się kontuzji
      • rozciągnięte mięśnie wyglądają smuklej
      • rozciąganie poprawia elastyczność i wytrzymałość ścięgien i więzadeł
      • rozciągnięte mięśnie szybciej regenerują się po wyczerpującym treningu, zmęczenie jest niwelowane
      • działanie antystresowe, relaksujące
      • poprawa postawy ciała
      No, ale co z tym szpagatowym progresem! Otóż po wczorajszym treningu i dawce obowiązkowego rozciągania postanowiłam, że sprawdzę, jak się sprawy mają z moim nieudolnym szpagatem. Nie spodziewałam się niczego zaskakującego. Byłam pewna, że stan moich 17 centymetrów do podłogi (przy szpagacie damskim) nie zmienił się albo i nawet pogorszył. Z kamienną twarzą i lekkim, znudzonym grymasem zaczęłam się powoli "rozjeżdżać". Schodzę coraz niżej i niżej, i niżej... w końcu do mnie dotarło, że coś za nisko już zeszłam! "Co jest grane?!" - pomyślałam - "Czyżby to już? Tak nagle szpagat?". Serce waliło mi jak oszalałe. Byłam o krok od spełniania jednego z największym marzeń i wyzwań, i to w dodatku w momencie, kiedy już całkowicie zwątpiłam, że kiedykolwiek mi się to uda! No, niestety... ten jeden krok ciągle dzieli mnie od wygranej. Zabrakło 10 centymetrów. Niemniej to aż 7 centymetrów progresu! Wow, jestem naprawdę w wielkim szoku.

      Nagle zaczęłam lubić się rozciągać, a mój zapał do walki wzrósł o 100%. Jest duża szansa, że jeszcze w tym roku osiągnę ten cel, a więc do dzieła! : )

      poniedziałek, 26 listopada 2012

      Zdrowe odżywianie kwestią szacunku do samego siebie

      Nieustannie słyszę komentarze typu: "Ja to bym tak nie mógł(a) ciągle uważać na to, co jem. Zajmuje to za dużo czasu. Poza tym niezdrowe jedzenie jest takie pyszne!", kiedy zostaję przykładowo przyłapana na pałaszowaniu zdrowego, drugiego śniadania w szkole albo w momencie, kiedy w toku zwykłej rozmowy zdarzy mi się nieświadomie wtrącić coś na temat healthy lifestyl'u. 
      Rozumiem, że zdrowy tryb życia nie musi być wielką pasją każdego człowieka na ziemi tak, jak jest moją, ale niezbędne minimum to moim zdaniem poniekąd obowiązek. Chociażby dlatego, że tu przecież chodzi o nasz organizm, ciało, zdrowie, a więc o jakość i długość naszego życia. Tak naprawdę to jest kwestia szacunku do samego siebie, czyż nie? Nasze ciało to świątynia, dom, w którym będziemy mieszkać do końca naszych dni. Czy to nie wystarczający powód do tego, by traktować je należycie i z największą troską? Jesteśmy tym, czym się żywimy. Nasz żołądek to z pewnością nie kosz na śmieci. 

      Zdrowa żywność sprawia, że jesteśmy
      silniejsi, piękniejsi, szczęśliwsi, mniej podatni na choroby, mamy więcej energii.

      Szczerze powiedziawszy osobiście nie widzę różnicy w ilości czasu, którą poświęcam na dbanie o zdrowy jadłospis a wcześniejszym po prostu braniem tego, co było pod ręką (zazwyczaj średnio zdrowe produkty). Poza tym moim zdaniem nie ma nic pyszniejszego niż pożywny, dobrze skomponowany, kolorowy posiłek! Żaden fast food nie jest w stanie mu dorównać!
      No i najważniejsze: zdrowy tryb życia daje mega satysfakcję!

      Recenzja: "Alchemik" autorstwa Paulo Coelho, czyli "biblia" optymistów

      Po tę książkę sięgnęłam z polecenia Willa Smitha - należącego do grona osób, które mnie inspirują - i wcale nie żałuję. Nie zawiodłam się ani trochę i z czystym sercem mogę ją polecić wszystkim tym, którym ostatnio brakuje wiary w siebie i pozytywnego nastawienia do życia.

      "I nieważne było, że karawana musiała czasami zbaczać z drogi, i tak zmierzała zawsze do raz wytyczonego celu. Po pokonaniu przeszkód znowu odnajdowała na niebie gwiazdę, która wiodła ją do Oazy."

      "Alchemik" oczarował mnie już od pierwszych stron. Czyta się go szybko i przyjemnie. Nie rozumiem tej całej internetowej nagonki na Paula Coelho. Owszem, opisuje on proste historie prostymi słowami, ale w tym tkwi urok. Jego książki są dla ludzi z wyobraźnią, którzy potrafią czytać między wersami. I taki jest właśnie "Alchemik".

      Według mnie ta książka jest naszpikowana symbolami i metaforami, które dzięki nieskomplikowanym przykładom pomagają nam dostrzec te wszystkie proste wartości, które otaczają nas na co dzień. Magia historii młodego pasterza, który stara się podążać za znakami, uczyć się Języka Wszechświata i żyć w zgodzie z Własną Legendą nastraja do działania i przejęcia spraw w swoje ręce. Z każdą przeczytaną stroną wiara we własne możliwości rośnie i rośnie. Właśnie dlatego pozwoliłam sobie nazwać tę książkę "biblią" optymistów. "Alchemik" uczy, jak nie załamywać się w chwilach niepowodzeń, jak wyciągać z nich wnioski, co więcej - uczy widzieć w nich drugie (pozytywne) dno; zdecydowanie wzbudza odwagę do spełniania marzeń i walki za wszelką cenę o to, czego pragniemy.

      "Nikomu nie wolno drżeć przed nieznanym, gdyż każdy jest w stanie zdobyć to, czego pragnie i to, czego mu potrzeba."

      Jestem pewna, że zajrzę do "Alchemika" raz jeszcze za jakiś czas, ponieważ sprawił, że wróciła do mnie motywacja do samodoskonalenia się, ciężkiej pracy, produktywności i korzystania z życia na 100%. Ponadto pomógł mi ukształtować nieco inne spojrzenie na to, co każdego dnia mnie otacza. Zwykłe rzeczy stały się niezwykłe.

      "Zaczął odkrywać wiele nowych rzeczy. Wprawdzie znał już je wcześniej, ale dzisiaj objawiły mu się w nowym świetle, zanim zdał sobie z tego sprawę. Nie zauważał ich dotąd, gdyż był do nich nazbyt mocno przyzwyczajony."

      Szczerze polecam tę książkę. Jednak pamiętaj: jeśli czytanie między wersami nie jest Twoją mocną stroną, bardzo możliwe, że Twoje wrażenia będą całkowicie inne. Niemniej sądzę, że każdy powinien zapoznać się z tą powieścią chociaż raz w życiu. Moim zdaniem jest bardzo wartościowa mimo prostych słów, z których została zbudowana. Spróbuj, przekonaj się sam! Bo dlaczego nie?

      "- A jakie jest największe kłamstwo świata? - spytał zaciekawiony młodzieniec
      - To mianowicie, że nadchodzi taka chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim rządzić los. W tym tkwi największe kłamstwo świata."

      piątek, 23 listopada 2012

      Z pamiętnika maturzystki: matura to NIE bzdura!

      Wczoraj zakończyłam maraton próbnych matur, który trwał dla mnie jedynie trzy dni (chociaż powinien cztery). We wtorek zmierzyłam się z językiem polskim, w środę - z matematyką, a czwartek to dzień aż dwóch matur z języka angielskiego (poziom podstawowy i rozszerzony), które miały miejsce bezpośrednio jedna po drugiej.

      źródło: soup.io

      Szczerze mówiąc, nie przygotowałam się kompletnie i było to posunięcie zamierzone. Nie przypomniałam sobie ani jednego matematycznego wzoru, nie przeczytałam streszczenia ani jednej lektury. Po prostu zero. Fakt faktem - uczyłam się już od końca października systemem "dzień i noc, non stop przy książkach", jednak ograniczałam się tylko do biologii, do której i tak nie podeszłam (dlatego mój maraton trwał o jeden dzień krócej niż powinien). Stwierdziłam, że skoro będzie miała miejsce druga tura próbnych matur w okolicach lutego, zrobię porównanie moich wyników procentowych bez przygotowań i z przygotowaniami. Tak z czystej ciekawości. Poza tym tak naprawdę na próbne matury nie powinniśmy się uczyć. Przecież one są tylko po to, by oswoić nas z klimatem tego egzaminu, żebyśmy w maju, na właściwej maturze byli chociaż trochę mniej zestresowani, tak?

      Do matury z biologii nie podeszłam dlatego, że po prostu miałam taką możliwość. Trzy dni matur były dla mnie wystarczającym stresem. Zadania, które pojawiły się w arkuszach i tak przejrzę w internecie, więc nic straconego! Procedury na maturze z biologii nie różnią się praktycznie niczym od procedur matur z innych przedmiotów, a nawet jeśliby tak było to przecież w lutym na pewno podejdę do całego pakietu - a więc z biologią włącznie. 

      Moje wrażenia i wnioski? Język polski nie jest straszny. Pierwsza część to pytania do zamieszczonego tekstu, więc wystarczy czytać ze zrozumieniem, a wypracowanie to też nie takie znowu wielkie wyzwanie - nawet dla kogoś, kto nie zna lektur z kanonu - bo przecież zawsze podany jest fragment, z którego można wycedzić mnóstwo informacji. Do tego lejemy trochę wody ubranej w wyszukane słowa i voilà - całkiem przyzwoita liczba punktów (nie mówię, że maksymalna!) uzbierana. Matematyka z kolei zawsze była moją piętą Achillesa, więc nie trudno sobie wyobrazić, co się działo w środę, skoro tak jak wcześniej już napisałam - nie przypomniałam sobie ani jednego wzoru. Cóż, jestem pewna, że nie zdałam, ale spokojnie; to tylko próbna, a wniosek już został wyciągnięty - poświęcić więcej czasu na matematykę! - więc wszystko w porządku tak czy inaczej. Język angielski na podstawie okazał się banalny, a jedynej utraty punktów spodziewam się ewentualnie w części tekstów użytkowych, gdzie nauczyciel sprawdzający może się zawsze czegoś doczepić. Jeśli chodzi o zadania zamknięte, raczej żadne błędy nie powinny się pojawić, chociaż dopuszczam taką możliwość mimo wszystko. Kiedy sprawdzałam odpowiedzi w internecie, nie mogłam sobie przypomnieć w kilku zadaniach, co zaznaczyłam. Sprawa ma się kompletnie inaczej, co do poziomu rozszerzonego. To było zderzenie z rzeczywistością! Uświadomiłam sobie, jak słabe jest moje słownictwo. Fakt, mam pewien zasób słów, który pozwala mi na poruszanie przeróżnych tematów, ale problem tkwi w tym, że są one bardzo proste, a na maturze rozszerzonej oczekuje się bardziej wyszukanych zwrotów. Stąd wniosek - koniecznie wzbogacić słownictwo!

      Na koniec chciałam wyrzucić z siebie trochę żalów, bo już po prostu nie umiem wytrzymać. Pewnie nie ma takiej osoby, która by chociaż raz nie usłyszała kiedykolwiek, że "matura to bzdura", co nie? No, właśnie. W życiu nie spodziewałam się, że te trzy słowa będą dla mnie tak irytujące! Otóż chodzi o to, że z perspektywy maturzysty matura to wyznacznik całej przyszłości; od niej zależy dosłownie wszystko i nikt nie przekona mnie, że jest inaczej, więc jak, do cholery, mam się nie denerwować, kiedy średnio dwa razy na dzień jestem klepana po ramieniu i słyszę lekceważące i odrobinę kpiące "matura to bzdura"? Te wyrażenie nie sprawia, że czuję się lepiej, mniej się przejmuję, jestem bardziej zmotywowana do nauki, silniej wierze w swoje możliwości i powodzenie i tak dalej. Tak naprawdę nie wiem, co mają w intencji te osoby, które mi to mówią, bo efektem tych słów nie jest absolutnie nic pozytywnego, a wręcz przeciwnie! Czuję się trochę tak, jakby mi współczuły albo w pewnym sensie się ze mnie wyśmiewały. Dlatego uczciwie uprzedzam, jeśli od tej chwili ktoś postanowi mnie wspaniałomyślnie poinformować, że matura to bzdura, nie zamierzam być miła!

      20 cytatów, które sprawią, że zaleje cię fala motywacji

      Skupiamy się głównie na motywacjach w formie zdjęć, czyż nie? A co z cytatami? Przecież słowa są równie determinujące - o ile nie nawet bardziej! W związku z powyższym przedstawiam wam listę dwudziestu cytatów, które motywują zarówno do aktywności fizycznej, jak i do walki o własne marzenia. 

      1. ! Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
      2. Zanim coś osiągniesz, musisz czegoś od siebie oczekiwać.
      3. Nie pozwól by to, czego nie możesz zrobić, miało wpływ na to, co możesz zrobić.
      4. "Brak wiary powoduje, że ludzie boją się przekraczać swoje granice,
      a ja uwierzyłem w siebie." - Muhammad Ali
      5. Jedynym miejscem, w którym sukces (success) pojawia się wcześniej niż praca (work) jest słownik*.
      6. Gdy na twojej drodze pojawi się wiele przeszkód, nie pozwól byś ty sam był jedną z nich.
      7. Ludzie mogą wątpić w to co mówisz, ale uwierzą w to co robisz.
      8. ! "Jeżeli przynajmniej śnisz, żeby mnie pokonać, lepiej, żebyś się obudził i przeprosił" - Muhammad Ali
      9. Jedyną drogą rozwoju jest ciągłe podnoszenie poprzeczki, jedyną miarą sukcesu jest wysiłek jaki włożyliśmy aby go osiągnąć.
      10. Padłem. Nikt nie podał ręki. Sam wstanę... silniejszy.
      11. ! Płacz na treningu , śmiej się podczas walki.
      12. Ten, kto pokonuje innych, jest silny. Ten, kto pokonuje siebie, jest potężny.
      13. Codziennie trzeba starać się wykraczać poza swoje możliwości
      14. ! Gdy ty nie ćwiczysz, ktoś inny trenuje aby skopać Ci dupę
      15. Nigdy nie przegrywasz gdy walczysz... przegrywasz, gdy przestajesz walczyć
      16. Nieważne, że upadłeś, ważne żebyś coś podniósł wstając
      17. ! Aby osiągnąć rzeczy których dotąd nie osiągnąłeś, musisz zacząć robić rzeczy których dotąd nie robiłeś
      18. Mierzy się ponad cel, żeby trafić do celu
      19. "3/4 życia spędziłem na siłowni, resztę zmarnowałem" - Bruce Lee
      20. Najlepszy czas na działanie jest teraz!

      *W spolszczonej wersji cytatu niestety nie brzmi to tak dobrze,
      jak w anglojęzycznej. Jednak liczy się przesłanie :).


      Poprzez ! zostały oznaczone cytaty należące do mojej absolutnej top piątki, choć tak naprawdę cała dwudziestka działa na mnie niesamowicie motywująco!

      środa, 7 listopada 2012

      O euforii powodowanej pogłębianiem wiedzy i nauce jako moim hobby

      Czy nauka może być uzależniająca? Czy pogłębianie swojej wiedzy w danej dziedzinie może stać się naszym hobby? Zadaję sobie te pytania od kilku dni. 

      Mimo, że wyżej wymienione pytania nie należą do specjalnie skomplikowanych, dla mnie znalezienie odpowiedzi jest nieco trudne. Wszystko dlatego, że nie odbieram zagadnienia globalnie, a personalnie. Wychodzi na to, że albo bardzo słabo znam samą siebie, albo nie zauważyłam momentu, w którym moja osobowość zmieniła się niemal o 180 stopni.

      Nigdy nie byłam złym uczniem. Całe życie zdobywałam dobre oceny, odnosiłam sukcesy w przeróżnych konkursach, ale tak naprawdę spełniałam głównie ambicje moich rodziców. Wpoili mi do głowy, że dostać jedynkę to wstyd, nie nauczyć się na sprawdzian to wstyd, zapomnieć o zadaniu domowym to wstyd i tak dalej. Zawsze powtarzali mi, że muszę dobrze się uczyć, bo od tego zależy cała moja przyszłość, więc.... się uczyłam. Nie zaprzeczam, że zdarzyły mi się w ciągu całej mojej edukacji może z dwa lata buntu, kiedy zupełnie nie przejmowałam się szkołą, ale one znikają we mgle na tle całości, czyli tych ponad dwunastu lat.

      Mój stosunek do nauki nie różnił się niczym od schematu pod tytułem "szkoła to przykry obowiązek, jak ja nienawidzę się uczyć, dajcie mi spokój; kiedy to się w końcu skończy?...". Śmiałam się z ludzi, którzy czytają książki dla przyjemności. Podobnie reagowałam na tych, którzy pasjonowali się określoną dziedziną. Na przykład tacy historycy z zamiłowania. Nie rozumiałam, jak można spędzać wolny czas na oglądaniu filmów dokumentalnych i czytaniu historycznych książek. Podstawowe pytania brzmiały : Jak można uczyć się dla przyjemności? Jak to możliwe, że nauka może być przyjemna?

      Minęło parę lat i gdzie teraz jestem? W miejscu, w którym ubolewam nad tym, że życie jest za krótkie, by zdążyć przeczytać wszystkie wartościowe książki. Mam ambicję na zostanie poliglotką. A jedno z moich mott brzmi: Dzień, w którym nie nauczyłam się niczego nowego, jest dniem straconym.

      (c) Savannah Grey
      Od ponad tygodnia pracuję na poważniej pod kątem zbliżającej się matury. Z każdym dniem rozkręcam się coraz bardziej, z każdym dniem coraz więcej czasu dziennie poświęcam nauce. Dzieje się to całkowicie automatycznie, nie panuję nad tym. Po prostu chcę wiedzieć więcej i więcej. Ciągle mi mało. 

      Skupiam się głównie na biologii, bo to ona jest dla mnie największym wyzwaniem. Jestem w klasie o profilu humanistycznym, gdzie biologia na ogół jest znienawidzona tak samo jak matematyka, a mimo to chciałabym zdawać ją na poziomie rozszerzonym. Wymaga to ode mnie ogromnego nakładu samodzielnej pracy, ponieważ program podstawowy, którym szła moja klasa jest bardzo okrojony (między innymi całkowity brak zoologii i botaniki). 

      Powoli zaczynam czuć ten klimat, który towarzyszył mi w trzeciej klasie gimnazjum, kiedy to musiałam przyswoić sobie na szybko cały materiał z trzech lat w około pięć miesięcy. Wszystko dlatego, że ubzdurało mi się, żeby wziąć udział w konkursie przedmiotowym z biologii (potocznie nazywanym olimpiadą) mimo, że przez poprzednie dwa lata nie przywiązywałam zbytniej wagi do tego przedmiotu i uczyłam się go na zasadzie "wykuć, zdać, zapomnieć". Wtedy właśnie narodziła się moja miłość do biologii, która trwa po dziś dzień. 

      Uczyłam się wtedy dosłownie całymi dniami. Kończyłam lekcje w szkole w granicach godziny 14, wracałam do domu (zajmowało mi to 10 minut), jadłam na szybko obiad i od razu siadałam do książek. Nie odchodziłam od nich na krok do około północy i tak każdego dnia. Raz w tygodniu urządzałam sobie nocne sesje - po prostu zarywałam noc (najczęściej z piątku na sobotę) z zapasem kawy i uczyłam się do rana. Uwielbiałam to. 

      Byłam autentycznie uzależniona od nauki biologii. Byłam w stanie uczyć się non stop, a zmęczenie nigdy nie przychodziło. Byłam zafascynowana tym biologicznym światem, ciekawostkami, doświadczeniami... samym pogłębianiem mojej wiedzy. To była czysta euforia, narkotykowy haj i nie umiem tego wytłumaczyć. 

      Jednak konkurs się w końcu skończył. Pięć miesięcy minęło jak z bicza strzelił. Ogrom czasu poświęcanego na biologię powoli spadał, aż w końcu doszedł do poziomu, gdzie uczyłam się jedynie na bieżące lekcje, sprawdziany. Jednak moja miłość do biologii nigdy nie umarła.

      Teraz, kiedy historia niemal się powtarza, znów zaczynam czuć się tak, jak te ponad dwa lata wcześniej. I znów to uwielbiam.

      Doszłam do wniosku, że stałam się dokładnie taką osobą, którą jeszcze pięć lat temu sama bym wyśmiała, ale w żadnym wypadku nie zniechęca mnie to do dalszej nauki, wręcz przeciwnie! Biologia stała się moim hobby - jednym z wielu - i nie widzę żadnego powodu, by to zmieniać. Mówią, że wszystkie uzależnienia są destruktywne. Czy w takim razie bycie uzależnionym od nauki także? Być może. Dla kogoś, kto nie znał mnie osobiście w tamtym okresie z gimnazjum, opis moich dni pewnie wydał się dosyć przerażający. Chcę jednak zaznaczyć, że nie byłam typowym kujonem czy "no-life'em". Nie wiem, jak to robiłam, ale mimo ciągłej nauki, zachowałam swoje życie towarzyskie w takim stopniu, w jakim było to możliwe. Byłam wtedy naprawdę szczęśliwa. Najbardziej cieszy i ekscytuje mnie myśl, że te czasy właśnie wracają...

      niedziela, 4 listopada 2012

      Plan treningowy na listopad; tabelki

      Postanowiłam podejść do listopada na poważnie. Bez określonego planu wiem, że byłoby mi ciężej. Znacznie częściej bym odpuszczała i skończyłoby się to tak, że kolejny miesiąc poszedłby na zmarnowanie. W ogóle, co tu dużo mówić! Każdy doskonale wie, o co chodzi.

      Korzystając z wolnego, niedzielnego popołudnia przygotowałam sobie takie śmieszne tabelki. 
      Jeden kwadracik (albo prostokąt) to jedna sesja (tak to nazwijmy) z danym przyrządem. Czyli na tydzień powinnam dwa razy poćwiczyć z hantlami, dwa na stepperze, raz pojeździć na rowerze stacjonarnym, raz poskakać na skakance i dwa razy kręcić hula hopem. Wyjątkiem jest ostatni tydzień, z którego odpada sobota i niedziela (tak akurat się miesiąc kończy), więc jest krótszy, co równoznaczne jest z tym, że jest mniej czasu na treningi. Jak łatwo zauważyć, kratek na tydzień jest więcej niż w ogóle dni w tygodniu. Wynika to z faktu, że sesje mogą być łączone to znaczy, że jeden trening może składać się przykładowo z hantli i hula hopu albo i nawet z połączenia wszystkich wymienionych w tabeli przyrządów. Nie ma narzuconego czasu, ile dokładnie na każdą sesję jednorazowo powinnam poświęcić.

      Obiecałam też sobie, że w tym miesiącu zrobię kolejne podejście do A6W. Do końca miesiąca mamy 27 dni (łącznie z dzisiejszym), więc w listopadzie mogę zaliczyć 27 z 42 dni całego Weidera, czyli zdecydowaną większość. W sumie mogłabym odhaczyć już pierwszy kwadracik, bo pierwszy dzień A6W już za mną, ale nie chciałam mieszać. Puste tabelki na start to puste tabelki.

      Pod koniec miesiąca zamieszczę na tyle wypełnione tabelki na ile mi się uda. Jestem strasznie ciekawa, czy zawiodę i zostanie więcej pustych kratek, czy wręcz przeciwnie. Jak na razie motywację mam ogromną. Oby nie spadła.

      Listopadowy checkpoint wymiarów

      Nareszcie znalazłam trochę chęci i czasu, by napisać posta!
      Obiecałam, że się zmierzę, więc i tak zrobiłam mimo, że wiedziałam, że nie będzie to zbyt przyjemny aspekt dnia. Liczby na centymetrze faktycznie nie okazały się zbyt łaskawe, ale przecież dokładnie tego się spodziewałam. Żadnych niespodzianek. Jednak jakoś specjalnie nie czuję się zawiedziona, podłamana i tak dalej... wręcz przeciwnie! Widzę w tym genialną motywację na listopad!
      23 lipca / 27 sierpnia/ 1 listopada 2012
      ramię: 24 / 23,5 / 23 cm (-0,5 cm)
      biust: 82 cm
        talia: 65 / 63 / 64 cm* (+1 cm)
      brzuch: 79 / 78**
      biodra (pupa): 93  / 91 cm
      udo: l. 53,5 ; p. 54  / 52,5 / 53 cm (+0,5 cm)
      łydka: 34,5 cm

      *Talia przed rozpoczęciem Hula Hoopin' challenge miała 65 cm! Mimo wyzwania nadal jestem na plusie.
      ** Brzuch na przestrzeni sierpień-listopad doprowadziłam do stanu, gdzie w obwodzie trochę poniżej pępka miałam 81 cm - dzięki Hula Hoopin' challenge zeszłam z powrotem do 78 cm.

      Miałam rację. Ewidentnie mi się przytyło (chociaż mówię to trochę z przymrużeniem oka. Nie popadajmy w paranoję!). No, cóż. Nie ma co lamentować! Pocieszam się tym, że moja sprawność kondycyjna nie ucierpiała, a wręcz przeciwnie - dzięki metodzie Grey idę w górę mimo ostatnich ogólnych zachwiań i momentów zwątpienia.

      wtorek, 9 października 2012

      Mój sposób: organizacja w kratkę

      Dobra organizacja to jeden z kluczy do sukcesu, dlatego nieustannie staram się dążyć do perfekcji w tej dziedzinie. Dziś chciałabym podzielić się z wami moim nowym sposobem, który z dniem dzisiejszym wchodzi w fazę testów. Czy będzie skuteczny? Się okaże. 


      Kliknij, by powiększyć.

      *Poniedziałek jest skreślony, ponieważ pomysł powstał i wszedł w życie dopiero dzisiaj. Nie chciałam marnować czasu i czekać do kolejnego poniedziałku. 

      System tygodniowy. Wybrałam siedem aspektów, które są w tym momencie dla mnie najważniejsze. Ich obecność na liście dziennych obowiązków jest wręcz niezbędna. Biologia i matematyka w ramach przygotowania do matury, angielski i hiszpański - jako rozwój umiejętności (no i poniekąd matura, jeśli chodzi o angielski).

      Jak to działa? Niezakreślona kratka oznacza, że za mało czasu poświęciłam na daną dziedzinę albo nie poświęciłam go wcale.

      Plusy? Na koniec tygodnia widzę czarno na białym, jak pracowałam przez ostatnie siedem dni, co zostało zaniedbane i co wypadałoby poprawić w kolejnym tygodniu. Przy okazji taki system jest motywacją, by w ogóle zabrać się do pracy :)

      piątek, 28 września 2012

      Stajemy na głowie ...w 5 prostych krokach!

      Stać na rękach (na razie tylko z dobijaniem do ściany) i barkach potrafię (pozycja podobna do znanej świecy z tą różnicą, że podłogi dotyka jedynie szyja i wierzchnia część barków, ręce nie biorą w ogóle udziału), a co ze staniem na głowie? Przyznam się szczerze, że nigdy nie próbowałam! Przed ewentualnymi podejściami, w celu uniknięcia skręcenia sobie karku, postanowiłam sięgnąć po podstawowe informacje. 

      Na początku trzeba wspomnieć, że stanie na głowie niesie ze sobą pewne korzyści. Po pierwsze stymulacja układu nerwowego (wpływa na mózg poprzez zwiększenie jego ukrwienia, a więc na jego odżywienie, oczyszczenie i dotlenienie), po drugie znaczące (mimo, że stosunkowo krótkie) wytchnienie dla stóp (odpływ krwi żylnej), po trzecie regeneracja dysków czyli krążków międzykręgowych.

      Kiedy nie wolno stać na głowie: w stanach chorobowych kręgosłupa szyjnego, przy nadciśnieniu tętniczym, przy odklejaniu siatkówki, przy nadciśnieniu w gałkach ocznych, kobiety podczas okresu, przy stanach chorobowych ucha wewnętrznego.

      Przed przystąpieniem do stania na głowie bardzo ważne jest, by wykonać rozgrzewkę całego ciała ze szczególną uwagą skierowaną na mięśnie, które najbardziej zostaną zaangażowane, czyli: ramiona i plecy
      *Między każdym etapem zatrzymuj się na 15-20 oddechów.

      UWAGA: Po skończonym staniu nie podnosić nagle głowy do góry (może to spowodować nagły, szkodliwy odpływ krwi z głowy). Zostajemy minutę, dwie, z głową na dole, aż ciśnienie się wyrówna.

      źródło zdjęć: tutaj

      środa, 19 września 2012

      Inspiracja: fitnessowy rekord świata 54-latka

      Drogą wstępu... Wszyscy na pewno chociaż raz spotkali się z ćwiczeniem o nazwie plank (na polskich portalach, filmikach pojawia się czasem określenie deska). 

      Jest to pozycja, która utrzymuje w napięciu - a przez co rozwija i kształtuje - dużą partię mięśni naszego ciała. Plank polecany jest głównie przy treningach mięśni brzucha, co nie zmienia faktu, że zaangażowane są też mięśnie nóg i ramion. Wszystko, co musimy robić to trwać w pozycji, jak na załączonym obrazku i nie zapominać o oddychaniu.

      Wygląda banalnie? Też tak pomyślałam, gdy pierwszy raz usłyszałam o desce. Spróbujcie sami!


      Ale gdzie ta inspiracja!
      Tak, więc przedstawiam wam
      54-letniego pana, rekordzistę świata w planku.
      Jego wynik to 1h i 20 minut!
      *(gif przedstawia końcówkę bicia rekord, nie ostateczny wynik)


      Jeśli jesteście w stanie utrzymać idealną pozycję deski przez 5 minut, musicie wiedzieć, że jesteście moimi bohaterami! Zaraz po tym panu! ; ) 
      Mój rekord jak dotąd to 1 min 30 sekund. Marnie... oj, marnie...

      wtorek, 18 września 2012

      Memrise.com - kolejna językowa pomoc online



      Główny priorytet to słownictwo. System przyswajania nowych słówek jest bardzo przyjazny. Polega na naprzemiennym czytaniu, słuchaniu, wpisywaniu własnoręcznie i wybieraniu prawidłowej definicji danego słowa. Każde nowe słowo to roślina, która trafia do naszego wirtualnego ogrodu. Rośliny oczywiście trzeba podlewać, by nie zwiędły - podlewanie odbywa się na zasadzie powtórek wcześniej poznanej partii materiału. Angielski nie jest jedyną opcją. Memrise oferuje naukę wszystkich języków, jakie tylko przyjdą nam do głowy.

      Moje prywatne wrażenia bardzo pozytywne. Nie spędzam tam jakoś specjalne dużo czasu, ale raz na jakiś czas zaglądam i zawsze czegoś nowego się nauczę właściwie bez wysiłku. 

      Z czystym sumieniem mogę polecić!

      sobota, 15 września 2012

      Fotomotywacja

      Jako, że motywacja to bardzo ważny czynnik i nigdy nie jest jej zbyt mało, a poziom mojej przez chorobę zaczyna powoli spadać, trzeba szybko coś z tym zrobić! 

      środa, 12 września 2012

      Wafle ryżowe: wróg czy sprzymierzeniec?

      Wafle ryżowe są obecne w moim jadłospisie od ładnych paru lat. Zawsze uważałam je za dobrą opcję przekąski i wcale nie mam tu na myśli kategorii diet odchudzających. Wydawały się takie "zdrowe" takie "fit"... jednak przed chwilą coś mnie tknęło by sprawdzić, czy aby na pewno tak jest.
      źródło: ilewazy.pl
      Na samym początku zostałam zbombardowana mnóstwem negatywów i głośnych krzyków, że wafel ryżowy to zło największe i jedyny słuszny ruch to usunięcie go z diety jak najprędzej!
      Argumenty to między innymi: 
      • wysoki wskaźnik IG (indeks glikemiczny) to znaczy, że bardzo szybko podnosi poziom glukozy we krwi. Co za tym idzie, nasz organizm zaczyna produkować insulinę i procesy spalania tłuszczu odchodzą na dalszy plan
      • wysoki poziom przetworzenia - nie od dziś wiadomo, że zdrowa dieta powinna składać się z jak najmniej przetworzonych produktów.
      • brak wartości odżywczych poza węglowodanami - wafel ryżowy produkowany jest z białego ryżu, który jak wiemy, jest źródłem głównie węglowodanów.
      • znikoma ilość błonnika
      Spotkałam też analizy składów z opakowań  wykonanych przez bloggerów. Okazuje się, że większość (nie wszystkie) wafle ryżowe zawierają barwniki i chemiczne ulepszacze. 

      Pierwsze, co zrobiłam to pobiegłam do kuchni, by sprawdzić skład moich wafli. Na szczęście nie znalazłam tam niczego niepokojącego. Tak, czy inaczej pierwsza myśl została niezmienna: kończę opakowanie, które mam - bo przecież nie wyrzucę - i więcej ich nie kupię!

      Jednak im dalej w las, tym więcej drzew. W miarę zagłębiania się w ten temat zaczynałam trafiać też na artykuły, gdzie o waflach ryżowych pisze się w samych superlatywach, wręcz gloryfikuje się je! Przykład jeden z wielu można zobaczyć TUTAJ. Między innymi można dowiedzieć się, że wafel ryżowy to świetny zamiennik pieczywa (co za bzdura!) czy też o tym, że zawiera mnóstwo witamin. 

      Okazuje się, że w internecie pojawiają się informacje dosłownie przeciwstawne. Proporcje częstotliwości występowania jednych i drugich są zbliżone, więc na tej podstawie ciężko wywnioskować, która strona sporu ma rację. Osobiście przyznam, że jestem skołowana. Kompletnie nie wiem, co myśleć.

      Jakie jest wasze zdanie na ten temat?

      wtorek, 11 września 2012

      Alternatywa dla A6W - program 300 brzuszków

      Jako że A6W zanudziło mnie na śmierć już czwartego dnia, postanowiłam poszukać alternatyw. No i znalazłam! Buszując po sporto-fitnessowych portalach, natknęłam się na - stosunkowo już dawno odkryte, ale zapomniane przeze mnie - cykle treningowe, jak ja to nazywałam swoiście. Mowa o:
      Oczywiście, osobiście najbardziej zainteresowana jestem ostatnim z wymienionych. Przynajmniej na ten moment! 100 pompek też wydaje mi się dosyć ciekawe, ale chwila, chwila, chwila - muszę pohamować tego rumaka ambicji, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie. Skupię się na programie 300 brzuszków.

      O co w tym chodzi?  Po pierwsze: wykonujemy test brzuszków, który pozwala nam określić, z którego pułapu startujemy (by dobrać poziom zaawansowania). Polega on tylko i wyłącznie na policzeniu, ile brzuszków ciągiem jesteśmy w stanie zrobić jednorazowo. Po drugie: Zaczynamy ćwiczyć według danej rozpiski  w zależności od wyniku testu. I to wszystko! Banał.
      *Bardziej szczegółowe informacje można zdobyć wchodząc na stronę główną programu.

      Wynik mojego testu na dzień dzisiejszy to marne 82 brzuszki. Ta liczba motywuje mnie niesamowicie. "Co to ma być?! 82 brzuszki? Przecież mogłabym być lepsza!" - podpowiada mi ambicja.

      Zgodnie z powyższym wynikiem mój plan treningowy na najbliższy tydzień wygląda W TEN SPOSÓB.


      Tak więc życzcie mi powodzenia i wytrwałości! Na pewno się przyda. A jeśli któraś ma ochotę, zapraszam! W grupie siła! Zaczynam od jutra. : )

      Powakacyjne porównanie - mój progres na zdjęciach - before&during legs

      Był brzuch, ostatnio były ramiona, czas na nogi! Wysypało się teraz sporo tych fotoprogresów, bo wakacje były czasem największych wyzwań, więc teraz trzeba zebrać plony, tak? Mam nadzieję, że was tym nie zanudzam! A nawet jeśli to jak już przebrniemy przez tą falę, będzie na jakiś czas spokój.
      Jest to różnica dokładnie - co do dnia - trzech miesięcy. Te same spodenki. Wagowo 59 kg - 56 kg. Centymetrowo, o ile dobrze pamiętam z lewej strony 56 cm (w najgrubszym miejscu uda), a z prawej - 52.

      Powiem wam, że zwykłe wymachy nóg na boki (jak na załączonym obrazku) działają cuda. Gdybym była bardziej sumienna i dołączała je do każdego treningu, a nie tylko do co drugiego albo i co trzeciego, pewnie zanotowałabym o wiele większy spadek centymetrów w tym najbardziej dla nas kłopotliwym obszarze wewnętrznej strony ud. 

      Polecam minimum trzy serie na jeden trening, ze zmiennym tempem (np. pierwsza bardzo szybko, druga bardzo powoli, trzecia w umiarkowanym tempie) po 10-12 powtórzeń na jedną nogę.

      Gwarantuję, że już po dwóch tygodniach pracy zobaczycie pierwsze efekty!


      niedziela, 9 września 2012

      System motywacyjny: słoik wyzwań

      Pomysł powstał w marcu tego roku, działał na najwyższych obrotach przez jakiś miesiąc, a później został przeze mnie zapomniany, co nie znaczy, że nie zdał egzaminu. Wręcz przeciwnie! Okazał się genialny w swej prostocie.. Ale o czym ja właściwie mówię?

      Słoik wyzwań to nic innego jak zbiór łatwiejszych i trudniejszych, krótszych i dłuższych zadań do wykonania spisanych na małych karteczkach, gotowych do wylosowania w każdej chwili.


      Na zdjęciu akurat wypadło, że pojawiły się dwa zadania z tych lżejszych. Zupełnie przypadkowo. Poza tym zdjęcia pochodzą właśnie z marca, a że mój słoik wyzwań nie zmienił się wizualnie a jedynie treściwie, pomyślałam, że je tu wykorzystam, żeby nie przysparzać sobie dodatkowej roboty.

      Jak to działa? Każdego ranka losowałam jedną karteczkę. Po wykonaniu pierwszego zadania, losowałam kolejne, o ile miałam na to ochotę. Zasada była taka, żeby na jeden dzień przypadało przynajmniej jedno, wylosowane rano wyzwanie (koniecznie rano! bo wtedy nie ma wymówki, że nie miałam czasu, bo przecież znam swoje dzisiejsze zadanie praktycznie od momentu przebudzenia się i mam calutki dzień na wykonanie, więc...).
      Tematyka zadań może być przeróżna! U mnie ich trudność bardzo się wahała; były duże skoki np. 100 brzuszków i 1000 brzuszków, 15 minut na rowerze stacjonarnym i 1,5h na rowerze stacjonarnym. Były też zadania typu: ugotować nową potrawę, pójść na zdrowe zakupy czy całkiem spoza fit tematu - przeczytać 50 stron dowolnej książki, poświęcić 20 minut na naukę biologii, itd. 
      Słoik wyzwań wykorzystać można też w trochę inny sposób. Jeśli zawiera same wyzwania typu sportowego, można użyć go jako trenera osobistego - losować ćwiczenie, wykonywać je, losować następne, wykonywać je i tak w kółko. Tworzy się wtedy ciekawy trening.

      ,

      Osobiście widzę wiele plusów w takim słoiku wyzwań. Świetna sprawa! Fajny sposób na przełamanie rutyny i pozbycie się szarości z życia codziennego. Ten mini dreszczyk emocji w momencie losowania... jest niesamowity. Dzięki niemu (o ile trzymamy się zasady przynajmniej jedno zadanie na jeden dzień) możemy wypracować w sobie nawyk codziennych treningów. Z własnego doświadczenia wiem, że działał do tego stopnia motywująco, że przez pierwsze tygodnie byłam praktycznie cały czas w ruchu, bo strasznie kręciło mnie losowanie i wykonywanie tych zadań. Ponadto możemy wykorzystać go do pokonywania własnych słabości - stwarzając słoik wypełniony karteczkami, na których byłyby zapisane nasze słabe strony, wady, rzeczy, które chcieliby w sobie zmienić - każdego dnia losowalibyśmy jeden negatyw i walczyli z nim.

      Mając na uwadze ciekawe doświadczenia z marca, wznawiam system słoikowy. Mam nadzieję, że te kilka miesięcy później będzie działał na mnie tak samo, jak na początku! Motywacji nigdy za wiele :).

      Busuu.com, czyli moje nowe, językowe odkrycie

      Dwa dni temu, buszując po blogach o samorealizacji i rozwoju, zupełnie przypadkiem wpadłam na posta polecającego pewną stronę, o której nigdy wcześniej nie słyszałam.

      Wygląd profilu zaraz po założeniu konta.

      Busuu.com to portal poświęcony językom obcym. Zakochałam się w nim niemal od pierwszego wejrzenia i od razu założyłam swoje konto - oczywiście rejestracja odbywa się bezpłatnie!

      Na początku zostaje zaoferowany nam test sprawdzający poziom naszego zaawansowania językowego (z którego możemy, ale nie musimy korzystać). Na jego podstawie określany jest poziom trudności lekcji, od którego zaczynamy naukę z Busuu. Wybieramy języki, których chcemy się uczyć i...po prostu zaczynamy przygodę! 

      Jest możliwość wykupienia konta premium, które daje nam więcej możliwości, ale jeśli mam być szczera - jest to zupełnie niepotrzebne. I bez opcji premium Busuu daje nam mnóstwo materiałów do nauki i można wycisnąć z tego portalu naprawdę wiele.

      Lekcje składają się z wszystkich najważniejszych aspektów, które są potrzebne do opanowania danego języka: słownictwo, czytanie, pisanie, wymowa, rozmowa. Na koniec każdej z lekcji jest test utrwalająco-sprawdzający nasze postępy. 

      poniedziałek, 27 sierpnia 2012

      Checkpoint - aktualizacja wymiarów

      Nie chciałam jeszcze sprawdzać, co się dzieje na centymetrze. Przecież aż tak dużo pracy nie było w tym miesiącu; zawsze mogło być więcej. Poza tym lepiej nie sprawdzać za często, bo widząc niewielkie zmiany, może nas to zniechęcić i po co? No, ale! Minął ponad miesiąc od ostatniego checkpointu, więc pomyślałam, że w związku z moim wczorajszym restartem, powinnam zrobić aktualizację wymiarów.

      23 lipca / 27 sierpnia
      ramię: 24 cm / 23,5
      biust: 82 cm
       talia: 65 cm / 63 
      brzuch: 79 cm / 78
      biodra (pupa): 93 cm / 91
      udo: l. 53,5 cm; p. 54 cm / 52,5
      łydka: 34,5

      Biust i łydka się nie zmieniły. W sumie jest - 7 centymetrów w trzydzieści cztery dni. Najbardziej podoba mi się to, że nareszcie uda mi się zrównały! Zawsze jedno było troszkę większe od drugiego, a dziś okazuje się, że są identyczne. Wagowo jest to różnica mniej więcej 1,5 kg. Nie najgorzej. Nie wiem w sumie, czemu wspominam o wadze. Jest tak mało ważna, jak nic innego na świecie, no ale. Jeśli chodzi o progres kondycyjny to jest spora różnica, ale niestety nie mam, jak jej udokumentować. Będziecie musiały wierzyć mi na słowo! ; )

      poniedziałek, 20 sierpnia 2012

      Z cyklu Savannah opowiada o swoich doświadczeniach: bieganie - po co? kiedy? jak?

      Bieganie. Poprawia sprawność serca, wydolność układu oddechowego, działa zbawiennie na zszargane nerwy, poprawia humor przez porządną dawkę endorfin, przyśpiesza metabolizm nawet do 72 godzin po treningu, jest niemałym zastrzykiem energii na cały dzień, fantastycznie rzeźbi nogi i pośladki... to tylko najbardziej podstawowe korzyści wynikające z biegania! Mówi się nawet, że biegając od godziny do dwóch i pół na tydzień wydłużamy swoje życie o przynajmniej 5 lat! 

      Co ja osobiście lubię najbardziej w tej formie aktywności fizycznej? Zdecydowanie to, że nigdy nie żałuję żadnego treningu. Poza tym bieganie jest jak medytacja. Odłączam się od rzeczywistości, szybuję gdzieś w innym wymiarze, wyciszam się i mogę przemyśleć wiele spraw w spokoju. Kiedy biegam, problemy znikają. No i nic tak nie cieszy, jak porządny wycisk i stosunkowo szybkie efekty w poprawie kondycji (o ile biega się systematycznie). 

      Kiedy biegam? Zdecydowanie jestem zwolenniczką porannych godzin. Wszystko dopiero budzi się do życia, niewielu ludzi chodzi po ulicach, co pozwala pokonać ewentualny wstyd, czy skrępowanie (choć tak naprawdę nie ma czego się wstydzić, wręcz przeciwnie). Ponadto uważam, że bieganie to najlepsze rozpoczęcie dnia z możliwych! Pobudza lepiej niż mocna kawa, przyśpiesza metabolizm na cały dzień (co jest ważne, jeśli chcemy schudnąć; w odchudzaniu przecież głównie chodzi o utrzymywanie szybkiej przemiany materii w ciągu całego dnia) i zaopatruje nas w pakiet dobrej energii do wieczora. Poza tym pomyślcie o tej satysfakcji! "Większość moich znajomych jeszcze smacznie śpi, a ja biegam i robię coś dobrego dla siebie!"

      Jak często? Moja ambicja podpowiada mi, że fajnie byłoby biegać codziennie, ale tak na zdrowy rozsądek - myślę, że byłoby to za dużo. Przetrenowanie albo szybki spadek motywacji i zniechęcenie. Trzy razy w tygodniu w ewentualnych porywach do czterech moim zdaniem jest optymalną opcją. Trzeba dać sobie czas na regenerację. 

      Moje początki. Zaczynałam od 'przeplatanki'. 5 minut marszu w ramach rozgrzewki, 5 minut biegu, 5 minut marszu, 5 minut biegu, 10 minut marszu dla wyjścia z szybkiego tętna. Po trzech takich treningach byłam w stanie połączyć dwie piątki biegu w dziesiątkę i moja 'przeplatanka' wyglądała tak: 5 minut marszu, 10 min biegu, 5 minut marszu, 5 minut biegu, 10 minut marszu. Według tego systemu analogicznie połączyłam dziesiątkę z kolejną piątką i wyszło 15 minut ciągłego biegu. A potem nagle przeskoczyłam do 30 i zupełnie nie wiem, jakim cudem. Tyle mogę powiedzieć od siebie w tym temacie : ).

      Cele. Chcę dojść do godziny ciągłego biegu w średnim tempie jeszcze w tym roku, więc trochę pracy przede mną! Do tej pory skupiałam się bardziej na czasie niż na szybkości, czy przebiegniętych kilometrach. Jednak ostatnio gdzieś tam w głowie zaczęła mi się rodzić taka myśl, że fajnie byłoby dojść do takiej kondycji, która pozwalałaby mi przebiec kilometr w mniej niż 3 minuty. Ambitnie, nie powiem, że nie. Ale przecież jestem tu po to by stawać się lepszą, tak? Nie wiem, jak długo zajęłoby mi osiągnięcie tego celu, właściwie nie jest to ważne. Ważne, że mam chęć tego dokonać.

      Najważniejsze to nie wymagać od siebie zbyt wiele, ale też stawiać sobie wyzwania, bo tylko one pozwolą nam się rozwijać. Trzeba znaleźć złoty środek między zbyt wygórowanymi a  za słabymi ambicjami. No i jak zwykle motywacja - w chwili zwątpienia przypomnijmy sobie, dlaczego na początku postanowiliśmy zabrać się za bieganie. A kiedy złapie nas niesamowity leń i za nic w świecie nie będzie chciał nas wypuścić z domu, po prostu wyłączmy myślenie! Ubierzmy sportowy strój i buty automatycznie, bez zastanowienia i zwyczajnie wyjdźmy. Uwierzcie, działa. Wypróbowałam ten sposób na sobie.

      A run begins at the moment you forget you're running.
      Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...