wtorek, 8 stycznia 2019

Wyznania dietetyczki | Zanim ocenisz, poznaj szczegóły

Dietetyka to w dużej mierze matematyka. Mamy różne wzory, do których podstawiamy liczby, a ich wyniki są dla naszej pracy istotnymi drogowskazami. Ale człowiek to nie tylko liczby. Nie można ich bagatelizować, ale jednocześnie to wielki błąd, opierać się jedynie na nich. 

Uważam, że nie jest możliwe być dobrym dietetykiem bez znajomości fizjologii i to w najmniejszym jej detalu. Biochemia to kolejna szalenie ważna dziedzina. Nie wspominając już o przynajmniej podstawach farmakologii i interny. Nie uczą tego na żadnym, nawet najbardziej renomowanym, certyfikowanym kursie dietetyki, bo to po prostu nierealne ze względu na rozległość tych zagadnień.

Trochę pokory.
Tego życzę tym, którzy sądzą, że pozjadali wszystkie rozumy, bo poczytali w necie o żywieniu albo wybrali się na jakieś kilkugodzinne szkolenie.

Ja tej pokory nie miałam jako nastolatka, będąc jeszcze tylko pasjonatem zdrowego stylu życia, a nawet później - do czasu ukończenia pierwszego roku studiów. Wydawało mi się, że wiem wszystko, bo to przecież takie logiczne! Mam wzór, znam liczby, podstawiam pod X i wychodzi wynik. Ale w praktyce dietetyka, gdy masz do czynienia z żywym organizmem, to tak nie wygląda. Bo człowiek to cała historia wzlotów i upadków, złych nawyków, drakońskich diet, nietolerancji i alergii pokarmowych, przebytych chorób, itd. Wszystkie te czynniki mają ogromny wpływ na to, że czasem coś, co z pozoru przypomina A, tak naprawdę jest B. W związku z tym w dietetyce bywa że 2 + 2 wcale nie równa się 4. Świadomość tego przychodzi z czasem i doświadczeniem. Ja dziś już wiem. Wiem też, że mimo to jest jeszcze mnóstwo pracy przede mną. Człowiek uczy się przez całe życie.  

To takie polskie, prawda? Z góry ocenić, skrytykować (i to wcale nie konstruktywnie), wypowiedzieć się chociaż de facto nie ma się pojęcia, o czym się mówi... 
PS. Jako ciekawostkę i nawiązanie do tematu 
polecam też starszy wpis "Dietetycy robią to inaczej" (LINK).

Kontakt: dietetyk.kprzewlekly@gmail.com
fitmiracle.blog@gmail.com

środa, 12 grudnia 2018

Kobieto, po co ty mi dajesz do wypełnienia ten dzienniczek żywieniowy, skoro jem tak nieregularnie?

O tym, czym jest dzienniczek żywieniowy, dowiaduje się już student pierwszego roku dietetyki, ba! na jednych z początkowych wykładów. Nic dziwnego! To podstawa w naszej pracy. Przynajmniej w teorii. I w praktyce też, ale nie wszyscy dietetycy zaliczają go do tzw. must-have'ów. Jak wygląda taki przykładowy dzienniczek? Zazwyczaj jest to tabela z podziałem na kolumny zatytułowane kolejno: godzina posiłku, nazwa posiłku, składniki posiłku, szacunkowa gramatura składników.

Pierwsze kilka minut wstępnej wizyty konsultacyjnej w moim gabinecie zazwyczaj wygląda podobnie u każdego z pacjentów. Pada ode mnie magiczne pytanie: w czym mogę pomóc? a później kolejne - czy ma Pan/i dla mnie zadanie domowe? I tutaj po drugiej stronie zazwyczaj uruchamiają się wstydliwe uśmieszki, rozbiegane oczy, próby zmiany tematu i tym podobne. Bo jak się okazuje, dla wielu wypełnienie dzienniczka żywieniowego jest może nie o tyle trudne, co bardziej krępujące niż opowiadanie o wzdęciach czy nieregularnych wypróżnieniach dopiero co poznanej osobie. Wszak to przecież nasze pierwsze spotkanie! 

Pacjenci boją się, że w związku z tym, że nie jedzą według sztywnych, książkowych schematów, dostaną ode mnie ochrzan na dzień dobry. Bo warzyw za mało, bo dobór produktów nie taki, bo fast foody, bo słabość do słodyczy, bo zamiast pięciu posiłków mamy dwa duże i milion przekąsek... Więc się krępują. I ja się im do końca nie dziwię, bo ze statystyk wynika, że zdecydowana większość osób, które do mnie trafia, nigdy wcześniej nie współpracowała z żadnym dietetykiem. A nawet gdyby! To przecież dietetyk dietetykowi nierówny. Nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać.

Dziwię się natomiast tym, którzy podczas umawiania się na pierwszą wizytę, dostają owy dzienniczek od dziewczyny z recepcji i bulwersują się, bo mimo prób uprzejmego tłumaczenia, nie rozumieją zasadności wypisywania takiego świstka papieru, skoro jedzą tak nieregularnie i różnie każdego dnia. W ich oczach taki dzienniczek żywieniowy nie ma żadnej wartości, "bo niby co ta dietetyczka może się z jednego, randomowego jadłospisu o mnie dowiedzieć?!". A no... zdziwiliby się JAK DUŻO!

Pssst.... Swoją drogą, to jest ciekawe zjawisko. Podejrzewam, że prawdopodobnie w psychologii można byłoby na to znaleźć konkretną teorię, bo myślę, że ich zachowanie to taka jakby wczesna postać buntu na zmiany, które ich bez wątpienia czekają.

Nie twierdzę, że spisanie posiłków z jednego dnia to coś, co jest super miarodajne i da mi odpowiedź na wszystkie istotne pytania, które jako dietetyk powinnam zadać pacjentowi na początku współpracy, ale głównie:

  • pozwoli mi oszacować wielkość dotychczasowych porcji
  • pokaże mi mniej więcej, jak komponowane są posiłki  
  • zobaczę, jak wygląda dobór produktów spożywczych
  • obnażą się podstawowe błędy żywieniowe i złe nawyki
  • jest to okazja dla pacjenta do pierwszych, samodzielnych refleksji 

a to w połączeniu z rozmową podczas wywiadu żywieniowo-zdrowotnego i pomiarami, zbuduje w mojej głowie obraz, bez którego nie wystartujemy. Co więcej, warto jeszcze raz podkreślić, że w wielu przypadkach takie zadanie domowe otwiera oczy pacjentowi jeszcze zanim dotrze do mojego gabinetu. Nagle spisując wszystko to, co je i pije, uświadamia sobie np. że bardzo często podjada między głównymi posiłkami albo że wcale nie wypija tyle wody, ile powinien. 

Wierzcie mi, to nie zostało wymyślone po nic

Dwie rzeczy są pewne! Po pierwsze, nawet jednodniowy dzienniczek żywieniowy jest dla mnie  (i dla pacjenta) bardzo cenny, a po drugie - nigdy na nikogo nie nakrzyczałam z powodu błędów w odżywianiu i z całą pewnością to się nie zmieni. Nie na złośliwościach i ochrzanianiu kogokolwiek polega moja praca. Poza tym to by było przecież kompletnie bez sensu, gdyby osoba, która nie ma z dietą absolutnie żadnych problemów, zgłosiła się do mnie na konsultację, prawda :)? No chyba, że po to, by się upewnić, że rzeczywiście ich nie ma. To oczywiste, że otrzymując od pacjenta dzienniczek, spodziewam się w nim złych wyborów żywieniowych, nad którymi będziemy wspólnie pracować w przyszłości.

Kontakt: dietetyk.kprzewlekly@gmail.com
fitmiracle.blog@gmail.com

sobota, 4 sierpnia 2018

Jedna konsultacja to najczęściej za mało

Fitness to styl życia. Właśnie dlatego najtrudniejszymi pytaniami zadawanymi przez znajomych, pacjentów lub czytelników są te, które brzmią "jak zacząć?" mimo że odpowiedź powinna być banalnie prosta dla kogoś, kto żyje w ten sposób od X lat.


Do miejsca, w którym jestem, dotarłam dzięki metodzie prób i błędów. Naprawdę wiele czasu zajęło mi zanim rozgryzłam, co jest dla mnie najlepsze oraz jak mój organizm reaguje na poszczególne bodźce, które funduję mu (nie tylko) na treningach. Jednocześnie nie chcę przez to powiedzieć, że pozjadałam wszystkie rozumy i fitness czy dietetyka nie mają już przede mną tajemnic, bo to nieprawda. Już zanim zaczęłam studia, lubiłam spędzać długie godziny na czytaniu specjalistycznej literatury i śledzeniu tego, co mówią wykwalifikowani trenerzy i dietetycy, ale z perspektywy czasu, widzę, że kluczowym momentem był ten, w którym zrozumiałam, że teoria to jedno, a praktyka to drugie. Jesteśmy ludźmi i nasze organizmy w założeniu funkcjonują tak samo, ale istnieje szereg czynników, które w mniejszym lub większym stopniu różnicują nas między sobą. To dlatego idąc do dietetyka/trenera najpierw czeka nas wnikliwe "przesłuchanie" i wywiad żywieniowo-zdrowotny, bo jeśli chcemy, by jego zalecenia względem nas się sprawdziły, musi nas bardzo dobrze poznać. Czasem nie udaje się to już od pierwszej wizyty. Taka współpraca jest często jak małżeństwo - trzeba się "dotrzeć".

Chciałabym zarazić moją sportową miłością, jak najwięcej ludzi, ale ciągle uczę się, jak to robić, bo do tej pory jeszcze nie znalazłam w 100% skutecznego i uniwersalnego sposobu. Wbrew pozorom jest to cholernie trudne, a być może nawet niemożliwe. Bo nie ma jednego przepisu na sukces. Złe nawyki choć podobne do siebie u każdego z nas mają inne źródło. Jedni zajadają się słodyczami ze stresu, inni na przykład dlatego że łatwiej i szybciej sięgnąć po batonik zamiast przygotować sobie coś pożywnego. Nasza codzienność na pierwszy rzut oka jest taka sama - szkoła/praca, rodzina, znajomi... ale to tylko złudzenie. Ilu ludzi na świecie, tyle historii do opowiedzenia. W związku z powyższym, jak tu skutecznie doradzić osobie, która pyta, jak zacząć dbać o zdrowie? Powstało już miliony poradników w tym kierunki (na blogu znajduje się nawet kilka mojego autorstwa), ale nie oszukujmy się - zawierają tylko ogólniki. Na zmianę trybu życia nie składa się jedynie większe przywiązywanie uwagi do tego, co jemy i regularna aktywność fizyczna.

Wiem jedno - to nie może być karą, z zasady powinno sprawiać radość.

Zgłaszają się do mnie osoby o przeróżnych motywacjach. Są tacy, którzy chcą schudnąć, wspomóc leczenie danej choroby, ale również tacy, którzy szukają sposobu na wyższą jakość życia. Tak po prostu. Lepsze samopoczucie, sprawność fizyczną, większą witalność... Chcą prowadzić zdrowszy tryb życia, więc pytają - jak zacząć? Czego nie jeść, a co włączyć na stałe do diety? ILE to odpowiadania ilość? I tak dalej. Spore jest ich rozczarowanie, gdy często nie jestem w stanie dać im wszystkich odpowiedzi od razu.

Grunt to indywidualne podejście, a nie potrafię go włączyć, jeśli nie mam wystarczającej puli informacji o osobie, której mam doradzać, stąd oprócz wywiadu czasem potrzebna jest obserwacja. Bywa, że po pierwszej konsultacji pacjent zostaje przeze mnie poproszony o wykonanie dodatkowych badań laboratoryjnych lub o zgłoszenie się do lekarza celem postawienia diagnozy. Nierzadko zdarza się, że otrzymuje ode mnie zadanie domowe (np. prowadzenie dzienniczka żywieniowego przez dłuższy okres czasu) albo decydujemy się na włączenie diety o zaleceniach "przejściowych" w myśl zasady, że zmiany warto wprowadzać stopniowo, a nie gwałtownie. Tylko że problem w tym, że to wymaga nawiązania dłuższej współpracy - takiej, która nie zakończy się po pierwszy spotkaniu i będzie przechodziła niejako przez stadia. Zawsze staram się to dokładnie wytłumaczyć pacjentowi, ale niestety mimo to w większości przypadków mam do czynienia z urwaną historią.

Więc zadaję sobie pytanie - czy to słomiany zapał pacjenta, czy moja wina?

I tak szukam odpowiedzi na nie, i szukam, po drodze znajdując różne sposoby. Testuję je (bywa, że na sobie), udoskonalam, czasem odrzucam. Myślę, że ta droga nie ma mety. Zawsze będzie coś, co będę mogła ulepszyć w mojej pracy i to mnie inspiruje.  

Kontakt: dietetyk.kprzewlekly@gmail.com
fitmiracle.blog@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...