poniedziałek, 14 listopada 2016

Dietetycy robią to inaczej

Zastanawiam się, jak zareagujecie na poniższe słowa i... na ten moment widzę trzy najbardziej prawdopodobne opcje - zirytuję was, weźmiecie mnie za kompletną wariatkę albo dam wam do myślenia. A co mi tam, RYZYKUJĘ! Ekhemm, uwaga, piszę: ciężko być blogującym dietetykiem, ale wiecie, takim prawdziwym dietetykiem. Nie ekspertem wykreowanym przez DDTVN, nie blogerką po kursie, ani nie trenerem personalnym, który zna ledwie podstawy żywienia, ale chwali się na prawo i lewo dwoma certyfikatami z suplementacji.

Dlaczego?

Spróbujcie napisać publicznie, że zaleciliście dietę 1200 kcal osobie z nadwagą, o! albo że sami na taką przeszliście, bo chcecie zrzucić trochę ciałka, a potem dołączcie do tego przykładowy jadłospis, w którym, o zgrozo, pojawi się na śniadanie owsianka pełna węgli. Wiecie, co wtedy się stanie? Nie? To ja wam powiem... Zjedzą was żywcem.

Ooo, kochaniutka, dobrze się czujesz? Chcesz się zagłodzić? Chodakowska je 2000 kcal! Przecież taki tyłek nie bierze się z powietrza! Kto to widział... i ty niby masz być dietetykiem? Lepiej się doucz. Poza tym nie słyszałaś, że teraz hitem są śniadania białkowo-tłuszczowe? Chyba blogów nie czytasz, co?


Blogosfera bywa bezwzględna. Ja dietetykiem się jeszcze nie nazywam, bo aktualnie jestem tylko studentką trzeciego roku, ale tą presję wyczuwam już bardzo silnie. Bo internet nie zapomina i... nigdy nie odpuszcza. Zawsze sądziłam, że moda na bycie fit i kult siłowni jest zjawiskiem tylko i wyłącznie pozytywnym, ale ostatnio zaczęłam również zauważać w tym pewne mankamenty.

Tutaj aż roi się od pseudo specjalistów! Teraz co drugi bloger albo instagramowicz układa diety lub/i bawi się w bycie trenerem online i to nierzadko trzepiąc na tym niezły hajs. A ja czytam te jadłospisy, które krążą w sieci i mam ochotę przeżegnać się stopą (odżywka białkowa na kolację? serio?). Zwrócenie uwagi (nawet bardzo kulturalne i konstruktywne, podparte dowodami w literaturze) jest ryzykowne, bo w odpowiedzi można przeczytać wiele niemiłych słów, nie tyle od autora danej diety lub nowinki dietetycznej wyssanej z palca, a od jego świty czytelników, dlatego szybko z tego zrezygnowałam. Szkoda nerwów. Blogerzy (i ich czytelnicy) podążają za aktualnymi trendami, o których głośno w kolorowych gazetach i telewizjach śniadaniowych, ale nikt nie zauważa, że one nie zawsze są zgodne z tym, co głoszą największe autorytety wśród żywieniowców (i nie, nie mówię tu o Lewandowskiej, Ajwen czy Mauriczu, bo to bardziej celebryci niż autorytety). To, co dzieje się głównie w social media to moda w brzydkim tego słowa znaczeniu, ale prawdziwa dietetyka wygląda inaczej. Jedna z najlepszych dietetyczek, jakie znam i jednocześnie moja wykładowczyni, stwierdziła, że w blogosferze mają miejsce sytuacje, które bez zastanowienia nadają się do zgłoszenia pewnym instytucjom. Nadużycie - tak to się nazywa, bo mimo że zawód dietetyka nie jest jeszcze w pełni uregulowany (o to między innymi walczymy w ramach Porozumienia Zawodów Medycznych), od kilku lat nie można świadczyć usług dietetycznych bez studiów kierunkowych! Ba! Dietetykiem nie jest również osoba, która ukończyła podyplomówkę z tego zakresu, a co dopiero słuchacz szkoły policealnej czy kursant. Nie zrozumcie mnie źle, tutaj nie chodzi o to, że licencjaci i magistrzy czują się pokrzywdzeni, bo musieli włożyć o wiele więcej pracy i czasu w zdobycie zawodu niż cała reszta. Sęk w tym, że ta "reszta" popełnia tak kardynalne błędy, że nieraz bywają wręcz niebezpieczne dla pacjenta i nie ma co się dziwić, bo dietetyka jest niezwykle obszerną dziedziną i nie ma najmniejszych szans, by być dobrym specjalistą po trzech miesiącach czy nawet i po roku.

Im dłużej studiuję, tym większej pokory nabieram. Z tygodnia na tydzień widzę to coraz wyraźniej, zwłaszcza, że jestem kimś, kto zaczynał z pozycji blogera i też kiedyś myślałam, że skoro interesuję się zdrowym stylem życia od wielu lat to pozjadałam wszystkie rozumy. Och, jak bardzo się myliłam... Teraz gdy wgłębiam się w dietetykę coraz bardziej, odkrywam, że pod sztuczną otoczką, którą chcąc czy nie chcąc, widzą wszyscy, jest wiele więcej niż kiedykolwiek się spodziewałam. I to jest piękne, bo czuję się trochę tak, jakbym odnalazła własną Narnię. Właśnie z tego powodu proszę was, moi czytelnicy, o wyrozumiałość - sięgając do starych wpisów, zwracajcie uwagę na daty ich publikacji. Bloga traktuję również jako pewną formę pamiętnika, dlatego nie edytuję jego treści.

Będąc jedną nogą wśród dietetyków, a drugą pozostając w blogosferze, którą przecież tak bardzo kocham, czuję się trochę jak owca pośród wilków.

Psst, dla wszystkich tych, którzy twierdzą, że 1200 kcal to głodówka, dołączam poniższe cytaty, pochodzące ze Standardów leczenia dietetycznego otyłości:
"Wielkość deficytu powinna być dostosowana do wieku, płci, aktualnego stanu zdrowia, aktywności fizycznej, historii zmian masy ciała, motywacji pacjenta, jego zwyczajów i preferencji żywieniowych oraz przyjętej indywidualnej strategii redukcji masy ciała. W praktyce oznacza to, że kaloryczność diet redukujących o umiarkowanym deficycie energetycznym dla kobiet powinna wynosić około 1200 – 1300 kcal/d, a dla mężczyzn około 1400 – 1500 kcal/d."

"Istnieje wiele możliwych, skutecznych strategii żywieniowych prowadzących do redukcji masy ciała. Brak wystarczających dowodów naukowych na większą efektywność diet niskowęglowodanowych czy też niskotłuszczowych w osiągnięciu trwalej zmiany masy ciała u otyłych pacjentów. Pacjenci w sposób indywidualny odpowiadają na diety o zmodyfikowanych proporcjach makroskładników, w zależności od wielu czynników, w tym osobniczej wrażliwości na insulinę. Największe znaczenie ma uświadomienie pacjentowi, że utrzymanie efektu odchudzania zależy od wprowadzenia stałych zmian w stylu życia, a nie stosowaniu krótkotrwałych restrykcji żywieniowych. Badania dowodzą, że przy dobrej kontroli spożycia energii, proporcje makroskładników, indeks glikemiczny i ładunek glikemiczny diety nie są powiązane z redukcją masy ciała, a wpływ modyfikacji profilu diety na efekty redukcji masy ciała może zależeć od indywidualnych predyspozycji osób je stosujących."

Podsumowując, dla jednego pacjenta 1200 kcal będzie stanowczo zbyt małym pułapem, natomiast dla drugiego idealnym. Każdy przypadek należy traktować indywidualnie.

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

sobota, 10 września 2016

Nie wolno jeść ogórka z pomidorem? MIT! Zwróć uwagę na inne istotne połączenia

Gdy ktoś decyduje się na zmianę nawyków żywieniowych jako jedna z pierwszych nowinek dietetycznych, zaraz obok niejedzenia po godzinie osiemnastej i tym, że woda przyśpiesza metabolizm, dociera do niego zakaz łączenia zielonego ogórka z pomidorem. Oczywiście, każda z nich jest mitem. Skąd się biorą, nie mam pojęcia, ale podejrzewam, że mają coś wspólnego z efektem zdania wyrwanego z kontekstu. 
Patrząc od strony faktów, wygląda to w ten sposób, że zielony ogórek zawiera askorbinazę - enzym, który mówiąc w skrócie, niszczy witaminę C. W związku z tym niełączenie go z pomidorem miałoby sens, gdyby nie to, że pomidor i tak sam w sobie zawiera niewiele tej witaminy (23mg/100g). Nie warto przejmować się takimi błahostkami. W zamian sugeruję zwrócić uwagę na inne warzywa, które mają witaminy C zdecydowanie więcej. Mowa tutaj na przykład o czerwonej papryce (144mg/100g), pietruszce (178mg/100g) czy jarmużu (120mg/100g).


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

sobota, 13 sierpnia 2016

Biblioteka studentki dietetyki #1. "Historia wewnętrzna: jelita - najbardziej fascynujący organ naszego ciała" Giulia Enders 10/10

O tej książce po raz pierwszy usłyszałam od jednego z wykładowców mojej uczelni, którego tak się składa, że cenię najbardziej. Był nią wręcz oczarowany! Pomyślałam wtedy, że skoro ktoś kogo uważam za autorytet, ma o niej aż tak dobre zdanie, po prostu muszę po nią sięgnąć i przekonać się osobiście, co jest w niej takiego fantastycznego.
Jak się okazało... wszystko.


Wydawnictwo: Wydawnictwo Feeria
Data premiery: 04.03.2015 r
Ilość stron: 304
MOJA OCENA: 10/10

Jeśli wychowaliście się w latach 90 (osoby urodzone już po 2000 roku raczej nie będą w temacie), na pewno kojarzycie serial animowany, który w ciekawy i przede wszystkim przystępny dla dzieci sposób zdradzał tajemnice ludzkiego organizmu. Nazywał się "Było sobie życie". Historia Wewnętrzna to książka, która ma wiele z nim wspólnego.

środa, 3 sierpnia 2016

Ciekawostki dietetyczne #2. Skąd się bierze uczucie senności po posiłku i jak się z nim uporać

Motyw poobiedniej drzemki jest dosyć powszechnie spotykany. Zastanawialiście się kiedykolwiek, skąd się wziął?

W założeniu jemy, by dostarczyć sobie energii, więc dlaczego nierzadko po posiłku jedyne na co mamy ochotę to odrobinę lenistwa? Jest na to kilka wytłumaczeń.

Głównym winowajcą są tutaj węglowodany (szczególnie te proste) zawarte w produktach o wysokim indeksie glikemicznym. Powodują one szybki wzrost poziomu cukru we krwi, a więc automatycznie organizm uruchamia mechanizmy, które mają nas uchronić przed przecukrzeniem - wyrzuca duże ilości insuliny w celu uregulowania stanu i zmagazynowania nadmiaru glukozy. Sytuacja we krwi szybko wraca do normy. Problem w tym, że niejednokrotnie znacznie szybciej niż organizm jest w stanie to zauważyć, dlatego niepowstrzymana insulina ciągle obniżając poziom glukozy, który przecież już został doprowadzony do normy, w końcu powoduje hipoglikemię. Efekt? Czujemy spadek energii i głód. 

To poniekąd tłumaczy również fenomen śniadań białkowo-tłuszczowych i dlaczego produkty o wysokim indeksie nie są zalecane osobom z nadwagą, ale tym może innym razem.

Jak temu przeciwdziałać? Należy komponować swoje posiłki tak, by zawierały dobre źródła węglowodanów złożonych (np. kasze, makarony, ryż), których trawienie trwa znacznie dłużej, w związku z czym nie powodują nagłych skoków cukru we krwi, bo energia uwalniana jest z nich stopniowo. Dodatkowo warto zastosować triki, które opóźnią opróżnianie żołądka, co również wpływa na glikemię, a mianowicie dbać o to, by posiłek zawierał błonnik, przynajmniej odrobinę zdrowego tłuszczu oraz tyle warzyw, ile jesteśmy w stanie zjeść.

Najczęściej uczucie senności jest najsilniejsze, gdy zjedliśmy posiłek, który był bardzo obfity objętościowo. Na to wytłumaczeniem może być fakt, że wówczas jelita i cały przewód pokarmowy muszą podjąć wzmożoną pracę. W związku z tym krew z pozostałych rejonów ciała spływa właśnie do brzucha, by wspomóc cały proces. Kolokwialnie mówiąc, trawienie staje się dla nas priorytetem, dlatego inne układy po koleżeńsku się wycofują - w tym również mózg.

Rozwiązanie tego problemu jest niezwykle proste...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...