wtorek, 14 lutego 2017

Jak szukać RZETELNYCH informacji w Internecie? cz. I

Od zawsze jasnym było, że jednym z poważniejszych problemów w kontekście edukacji żywieniowej społeczeństwa jest niezwykle łatwy dostęp do informacji. Tak, wiem jak to brzmi - pozornie wydaje się to być wielkim pozytywem, ale niestety jest wręcz przeciwnie. Wystarczy odpalić komputer, wpisać pierwszą-lepszą frazę w Googla, a wyskoczy miliard przeróżnych stron internetowych. Sęk w tym, że 90% z nich nie ma żadnej wartości merytorycznej. Mało kto wie, JAK szukać, by ZNALEŹĆ.

Mity żywieniowe. To chochliki, których osobiście nienawidzę najbardziej. Długo zastanawiałam się nad tym, skąd się biorą. W Internecie informacja szerzy się szybciej niż z prędkością światła. Dziś dana nowinka pojawia się na jednym z portali o zdrowiu, a jutro zostanie powielona przez tysiące blogerów. I byłoby cudownie, gdy do tworzenia tych publikowanych tekstów autorzy wykorzystywali potwierdzone, naukowe i przede wszystkim AKTUALNE źródła. Niestety zazwyczaj jest inaczej.

Aktualność jest tu niejako słowem klucz. Dietetyka to jedna z dziedzin nauki, która w ostatnich latach rozwija się najbardziej dynamicznie. Postęp jest tak zaskakująco szybki, że nieraz sami dietetycy nie nadążają, a co tu dopiero mówić o ludziach niezwiązanych z żywieniową branżą! I to jest problem, bo co się dzieje, gdy jedni posiłkują się jeszcze starymi doniesieniami, a drudzy już idą z duchem postępu? Do konsumentów trafiają jednocześnie nierzadko zupełnie wykluczające się informacje, co wpływa na autorytet dietetyków, ale przede wszystkim na podejście Polaków do diety i jej zdrowotnych następstw. Osobiście na ten moment nie widzę dobrego rozwiązania tej sytuacji. Tak już po prostu jest. Podejrzewam, że z czasem machina będzie powoli zwalniać tempa, a póki się to nie stanie, stan ten jest przynajmniej dobrą motywacją dla tych, którzy chcą być dobrymi specjalistami - trzeba non stop szukać, analizować i uczyć się, by nie zostać w tyle.

Od tygodnia mam okazję spełniać rolę edukatora w przychodni diabetologicznej; to znaczy, że moim zdaniem jest nauka zdrowych nawyków i prostowanie tych, które nie służą pacjentom cierpiącym na cukrzycę. Trafiają do mnie osoby w różnym wieku. Część z nich kompletnie nie interesuje się dietą, lekceważąc jej kluczowy wpływ na glikemię, ale zdecydowana większość stara się jednak... szukać. Szukają wskazówek gdzie tylko się da. Wszędzie, ale nie u dietetyków. Nic dziwnego, mało kogo stać na wizytę w gabinecie dietetycznym. Zauważyłam, że ci, którzy uczą się np. z książek lub z ulotek znalezionych w aptekach mają wyraźnie lepiej usystematyzowaną wiedzę i zdrowsze nawyki. U tych pacjentów niewiele mam pracy. Jednak najbardziej skołowanymi wydają się być te osoby, które serfują w Internecie. Wszyscy, jak jeden mąż, przyznają, że non stop trafiają na sprzeczne zalecenia. Co więcej! Zdarza się, że czytają blogi z historiami osób, które podobno wyleczyły się (z cukrzycy?! tosz to prawdziwa magia) jakimiś dziwnymi miksturami z ponoć naturalnych produktów. A wiadomo, naprawienie tego, co zniszczyły mity powielane w sieci, jest o wiele trudniejsze niż nauka zasad żywienia od podstaw. Nieraz sprawa jest tak beznadziejna, że mam ochotę się po prostu poddać, ale... koniec końców zagryzam zęby i próbuję raz jeszcze, i jeszcze raz, i jeszcze... aż do skutku.

W związku z powyższym w następnych częściach podzielę się z wami kilkoma radami, które pomogą wam unikać pułapek, które czyhają podczas korzystania z internetu w poszukiwaniu rzetelnej wiedzy. Wiele razy pytaliście mnie też o strony, którym można ufać. Wszystko to i jeszcze więcej w kolejnych wpisach.
Do przeczytania! ;)
Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

niedziela, 5 lutego 2017

O tym, co utarło mi nosa na ostatnich zajęciach, czyli jak prawidłowo gotować... ziemniaki

Dieta bogatoresztkowa. Można by rzec, podstawy. Skomponować jadłospis ze zwiększoną ilością błonnika i płynów powinien umieć każdy student dietetyki. Tak zwanych kruczków i pułapek nie jest w niej zbyt dużo i pewnie to dlatego na studiach poznaje się ją jako jedną z pierwszych, jednak wiadomo - w praktyce to stan pacjenta stanowi o wielkości wyzwania. Tak w zasadzie... teraz to chyba mało kto nie wie, co to błonnik i do czego jest nam potrzebny, co nie? Więc siedzę na tych zajęciach i czekam. Czekam na ten pik, ten moment, w którym pojawi się informacja, która mnie zaskoczy. Bo tak jest zawsze, gdy pozornie wydaje mi się, że marnuję swój czas, słuchając o czymś, o czym uczyliśmy się na pierwszym roku. Nic nie dzieje się bez powodu, więc jeśli wracamy do jakiegoś zagadnienia, wiem, że nie ma to na celu tylko powtórki wiadomości. Dlatego czekam. Cierpliwie. 

Jeśli dieta bogatoresztkowa, to wcześniej wspomniany błonnik, a jeśli błonnik to woda, bo bez niej na wiele nam się on nie przyda, a wręcz może nam zaszkodzić. W pewnym momencie zajęć pojawia się slajd podobny do poniższego:


I to mnie zainteresowało, ale bank jeszcze nie został rozbity. Dyskusja schodzi na mity dotyczące ziemniaków. Wiecie, że niby tuczą, są zwykłymi zapychaczami bez wartości odżywczych i tak dalej. Nic nowego. Nagle ktoś rzuca, że jedyny problem, jaki ich de facto dotyczy, to błędy w ich przygotowywaniu, które Polacy notorycznie popełniają. Poza tym małym technologicznym szkopułem niewiele mają w sobie wad.  
- Ja tego błędu nie popełniam - odzywa się ktoś z końca sali
- Ja też nie - wtóruje mu inna osoba, a zaraz za nią kolejna
A ja wybałuszam oczy i zastanawiam się, o jakim błędzie mowa. Głupio mi, bo wszyscy dookoła wydają się być zorientowani w temacie. Wszyscy, tylko nie ja. Oliwy do ognia dolewa wykładowca, mówiąc, że wcale go to nie dziwi, że my, jako (przyszli) dietetycy mamy na tyle wiedzy, żeby postępować mądrze w kuchni, ale zwykły Kowalski ma prawo nie być świadomym i tu zaczyna się nasza rola. Z każdym jego kolejnym słowem staję się coraz mniejsza. "Halo, czy powiecie mi w końcu, o co chodzi?" myślę, ale wstydzę się zapytać.

Na szczęście ktoś mnie wyręcza, tym samym nieco mnie uspokajając. Może nie jest ze mną aż tak źle, skoro jednak nie byłam na sali jedyną nieuświadomioną? Łudzę się. Ale do sedna! Okazało się, że:
A. ziemniaki należy wrzucać do już wrzącej wody (tak jak np. makarony)
B. solić powinno się najwcześniej w drugiej połowie gotowania (a im później, tym lepiej)

Dlaczego?

Ziemniaki są bogatym źródłem potasu. Im wcześniej je solimy, tym więcej potasu sód wyprze z komórek ziemniaka. To, w którym momencie solimy, nie ma znaczenia tylko w sytuacji, gdy chcemy ugotować zupę, bo wszystko to, co "wygonimy" z bulwy i tak pozostanie w wywarze. Przykaz, że należy zaczynać gotować je od wrzącej wody, również ma związek z ochroną ich wartości odżywczych.

Wiecie, nadal mi głupio. Jak ja przebrnęłam przez ponad dwa lata, zaliczając po drodze technologię żywności i inne przedmioty, na których mogłam się tego dowiedzieć, a jednak nigdy o tym nie słyszałam? W sumie nie ma co się dziwić, skoro przecież nigdy nie ukrywałam, że kucharzyna ze mnie raczej słaby :P Duuużo nauki jeszcze przede mną, oj dużo.

 Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

czwartek, 5 stycznia 2017

"Wafle ryżowe: wróg czy sprzymierzeniec?" prawie PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ

Na pewno wiecie, że blogerzy mają dostęp do przeróżnych statystyk, odnoszących się do bloga, którego prowadzą. Można na przykład sprawdzić hasła, dzięki którym czytelnicy najczęściej wyszukują nas przez google, ile czasu spędza przeciętny czytelnik na naszym blogu czy po prostu to, który wpis cieszy się największą popularnością. I jeśli chodzi o tą ostatnią z wymienionych kategorii, w moim przypadku (o dziwo!) jest to wpis o waflach ryżowych, który powstał prawie pięć lat temu, co więcej - w zaledwie drugim miesiącu istnienia tego bloga. 

Dla tych, którzy nie są ze mną od początku, małe naprowadzenie słowem wstępu - miałam wtedy 18 lat, zdrowym stylem życia w prawdziwym znaczeniu interesowałam się od roku, może dwóch, nie miałam jeszcze ukończonego kursu instruktora fitness, ani mi się śniło, by studiować dietetykę i nie byłam zbyt doświadczonym blogerem. Te informacje mają poniekąd kluczowe znaczenie, a dlaczego? Myślę, że za chwilę zrozumiecie.


Ten wpis jest doskonałym przykład tego, czego nie robić w sieci, zarówno prowadząc bloga jak i po prostu szukając RZETELNYCH informacji na jakikolwiek temat. Uwaga młodsi koledzy i koleżanki, początkujący blogerzy - urządzam ten samo-pojazd, byście nie popełniali moich błędów. 

Po pierwsze, nie mając chociażby podstaw fachowej wiedzy, wypowiedziałam się o czymś, o czym w zasadzie jak widać wówczas nie miałam zielonego pojęcia, ba! co więcej - nie omieszkałam podzielić się przy okazji dosyć śmiałymi a niekoniecznie trafnymi tezami dotyczącymi żywienia, których potwierdzenia na próżno szukać. Po drugie, jako źródła informacji posłużyły mi strony internetowe, których oczy kogokolwiek związanego naukowo (tak na poważnie) z dietetyką pewnie nawet nie widziały, a więc o najmniejszej wartości merytorycznej raczej mówić tu nie można. W ten sposób rodzą się mity, niedomówienia i powielane zostają nie do końca jasne informacje, które nijak mogą się komuś przysłużyć, a być może nawet wręcz przeciwnie. Blogerzy, apeluję - nie róbmy tak, dbajmy o jakość i rzetelność przekazywanych przez nas treści.

Dlaczego w związku z tym wpis nadal jest dostępny w archiwum? Może lepiej byłoby go usunąć i nie dawać złego przykładu? Rzeczywiście się nad tym zastanawiałam, ale raz na jakiś czas pojawiają się pod nim nowe, ciekawe komentarze. Bywają hejty na mnie i na marny poziom tego "artykułu", bo przecież jak (prawie) dietetyk może napisać taki szlam (ekhemmm...), ale zdarzają się też interesujące opinie internautów o waflach samych w sobie, których w istocie ten wpis przecież dotyczy. To właśnie głównie ze względu na nie, treść nie została jeszcze usunięta, bo (w tym kontekście trochę egoistycznie) uwielbiam czytać, co mają do powiedzenia moi czytelnicy, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie związane z żywieniem. Plus tak jak pewnie wiecie, nie lubię ingerować w historię bloga.

Przez te prawie pięć lat hejtów nazbierało się tyle (nie wszystkie są opublikowane pod wpisem), że w końcu przyszedł taki moment, w którym poczułam, że muszę się ustosunkować do tego, co kiedyś tam powypisywałam zwłaszcza, że "co nieco" w stanie mojej wiedzy się od tamtego czasu zmieniło. 

Pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli na początek po prostu odpowiem na pytanie zawarte w tytule, bo podejrzewam, że to was może właśnie najbardziej interesować. Otóż aktualnie uważam, że wafle ryżowe to ani wróg, ani sprzymierzeniec, bo nie istnieje coś takiego jak produkt "zdrowy" i "niezdrowy". To jak tolerujemy dane składniki z jadłospisu wynika z ich ilości oraz indywidualnych czynników, które charakteryzują nasz organizm takich jak: stan fizjologiczny, wiek, płeć, dotychczasowa dieta, przebyte choroby, występujące alergie, predyspozycje i wiele innych, a więc to co jednej osobie służy, drugiej może szkodzić, ale o tym bardziej rozwinę się może w przyszłości. 

A idąc wzorem czterech kwestii poruszonych we wpisie sprzed pięciu lat...
  • Wysoki indeks glikemiczny: prawdą jest, że ryż biały ma dosyć wysoki indeks glikemiczny (brązowy nieco niższy), ale na szczęście istnieje pewna sztuczka, która pozwala nam "obejść system". Wystarczy połączyć produkt o wysokim indeksie (tutaj wafel) z tym, który ma niższy (np. z twarogiem), a to w efekcie zredukuje indeks całościowy posiłku.
  • Poziom przetworzenia: technologiem żywności nie jestem, a poza tym muszę się wam przyznać, że to jak żywność powstaje, średnio mnie pasjonuje, ale myślę, że nie ma sensu demonizować wafli pod tym względem.
  • Wartość odżywcza: fakt, jest to źródło w zasadzie tylko węglowodanów, ale czy to naprawdę aż taki mankament? Przecież w założeniu nasz jadłospis będzie zawierał też inne produkty, które dostarczą nam pozostałych makroskładników.
  • Zawartość błonnika: skoro jeden wafel waży około 10g, oczywistym jest, że nie możemy wymagać, by znajdowało się w nim tyle błonnika, by została pokryta znacząca część naszego dziennego zapotrzebowania.
Na ten moment według mnie nie ma jasnych i jednoznacznych przesłanek za tym, by wafle ryżowe kategorycznie eliminować, dlatego jeśli je lubicie i nic innego nie stoi na przeszkodzie, spokojnie mogą pojawiać się w waszych posiłkach. Oczywiście, wszystko w granicach rozsądku. Grunt, by dbać o różnorodność w diecie.

PS. Jestem ciekawa, czy za kolejne pięć lat moje zdanie na ten temat będzie diametralnie inne. To naprawdę interesujące doświadczenie, wracać czasem do archiwum i porównywać, co i dlaczego zdążyło się zmienić...

 Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

poniedziałek, 14 listopada 2016

Dietetycy robią to inaczej

Zastanawiam się, jak zareagujecie na poniższe słowa i... na ten moment widzę trzy najbardziej prawdopodobne opcje - zirytuję was, weźmiecie mnie za kompletną wariatkę albo dam wam do myślenia. A co mi tam, RYZYKUJĘ! Ekhemm, uwaga, piszę: ciężko być blogującym dietetykiem, ale wiecie, takim prawdziwym dietetykiem. Nie ekspertem wykreowanym przez DDTVN, nie blogerką po kursie, ani nie trenerem personalnym, który zna ledwie podstawy żywienia, ale chwali się na prawo i lewo dwoma certyfikatami z suplementacji.

Dlaczego?

Spróbujcie napisać publicznie, że zaleciliście dietę 1200 kcal osobie z nadwagą, o! albo że sami na taką przeszliście, bo chcecie zrzucić trochę ciałka, a potem dołączcie do tego przykładowy jadłospis, w którym, o zgrozo, pojawi się na śniadanie owsianka pełna węgli. Wiecie, co wtedy się stanie? Nie? To ja wam powiem... Zjedzą was żywcem.

Ooo, kochaniutka, dobrze się czujesz? Chcesz się zagłodzić? Chodakowska je 2000 kcal! Przecież taki tyłek nie bierze się z powietrza! Kto to widział... i ty niby masz być dietetykiem? Lepiej się doucz. Poza tym nie słyszałaś, że teraz hitem są śniadania białkowo-tłuszczowe? Chyba blogów nie czytasz, co?


Blogosfera bywa bezwzględna. Ja dietetykiem się jeszcze nie nazywam, bo aktualnie jestem tylko studentką trzeciego roku, ale tą presję wyczuwam już bardzo silnie. Bo internet nie zapomina i... nigdy nie odpuszcza. Zawsze sądziłam, że moda na bycie fit i kult siłowni jest zjawiskiem tylko i wyłącznie pozytywnym, ale ostatnio zaczęłam również zauważać w tym pewne mankamenty.

Tutaj aż roi się od pseudo specjalistów! Teraz co drugi bloger albo instagramowicz układa diety lub/i bawi się w bycie trenerem online i to nierzadko trzepiąc na tym niezły hajs. A ja czytam te jadłospisy, które krążą w sieci i mam ochotę przeżegnać się stopą (odżywka białkowa na kolację? serio?). Zwrócenie uwagi (nawet bardzo kulturalne i konstruktywne, podparte dowodami w literaturze) jest ryzykowne, bo w odpowiedzi można przeczytać wiele niemiłych słów, nie tyle od autora danej diety lub nowinki dietetycznej wyssanej z palca, a od jego świty czytelników, dlatego szybko z tego zrezygnowałam. Szkoda nerwów. Blogerzy (i ich czytelnicy) podążają za aktualnymi trendami, o których głośno w kolorowych gazetach i telewizjach śniadaniowych, ale nikt nie zauważa, że one nie zawsze są zgodne z tym, co głoszą największe autorytety wśród żywieniowców (i nie, nie mówię tu o Lewandowskiej, Ajwen czy Mauriczu, bo to bardziej celebryci niż autorytety). To, co dzieje się głównie w social media to moda w brzydkim tego słowa znaczeniu, ale prawdziwa dietetyka wygląda inaczej. Jedna z najlepszych dietetyczek, jakie znam i jednocześnie moja wykładowczyni, stwierdziła, że w blogosferze mają miejsce sytuacje, które bez zastanowienia nadają się do zgłoszenia pewnym instytucjom. Nadużycie - tak to się nazywa, bo mimo że zawód dietetyka nie jest jeszcze w pełni uregulowany (o to między innymi walczymy w ramach Porozumienia Zawodów Medycznych), od kilku lat nie można świadczyć usług dietetycznych bez studiów kierunkowych! Ba! Dietetykiem nie jest również osoba, która ukończyła podyplomówkę z tego zakresu, a co dopiero słuchacz szkoły policealnej czy kursant. Nie zrozumcie mnie źle, tutaj nie chodzi o to, że licencjaci i magistrzy czują się pokrzywdzeni, bo musieli włożyć o wiele więcej pracy i czasu w zdobycie zawodu niż cała reszta. Sęk w tym, że ta "reszta" popełnia tak kardynalne błędy, że nieraz bywają wręcz niebezpieczne dla pacjenta i nie ma co się dziwić, bo dietetyka jest niezwykle obszerną dziedziną i nie ma najmniejszych szans, by być dobrym specjalistą po trzech miesiącach czy nawet i po roku.

Im dłużej studiuję, tym większej pokory nabieram. Z tygodnia na tydzień widzę to coraz wyraźniej, zwłaszcza, że jestem kimś, kto zaczynał z pozycji blogera i też kiedyś myślałam, że skoro interesuję się zdrowym stylem życia od wielu lat to pozjadałam wszystkie rozumy. Och, jak bardzo się myliłam... Teraz gdy wgłębiam się w dietetykę coraz bardziej, odkrywam, że pod sztuczną otoczką, którą chcąc czy nie chcąc, widzą wszyscy, jest wiele więcej niż kiedykolwiek się spodziewałam. I to jest piękne, bo czuję się trochę tak, jakbym odnalazła własną Narnię. Właśnie z tego powodu proszę was, moi czytelnicy, o wyrozumiałość - sięgając do starych wpisów, zwracajcie uwagę na daty ich publikacji. Bloga traktuję również jako pewną formę pamiętnika, dlatego nie edytuję jego treści.

Będąc jedną nogą wśród dietetyków, a drugą pozostając w blogosferze, którą przecież tak bardzo kocham, czuję się trochę jak owca pośród wilków.

Psst, dla wszystkich tych, którzy twierdzą, że 1200 kcal to głodówka, dołączam poniższe cytaty, pochodzące ze Standardów leczenia dietetycznego otyłości:
"Wielkość deficytu powinna być dostosowana do wieku, płci, aktualnego stanu zdrowia, aktywności fizycznej, historii zmian masy ciała, motywacji pacjenta, jego zwyczajów i preferencji żywieniowych oraz przyjętej indywidualnej strategii redukcji masy ciała. W praktyce oznacza to, że kaloryczność diet redukujących o umiarkowanym deficycie energetycznym dla kobiet powinna wynosić około 1200 – 1300 kcal/d, a dla mężczyzn około 1400 – 1500 kcal/d."

"Istnieje wiele możliwych, skutecznych strategii żywieniowych prowadzących do redukcji masy ciała. Brak wystarczających dowodów naukowych na większą efektywność diet niskowęglowodanowych czy też niskotłuszczowych w osiągnięciu trwalej zmiany masy ciała u otyłych pacjentów. Pacjenci w sposób indywidualny odpowiadają na diety o zmodyfikowanych proporcjach makroskładników, w zależności od wielu czynników, w tym osobniczej wrażliwości na insulinę. Największe znaczenie ma uświadomienie pacjentowi, że utrzymanie efektu odchudzania zależy od wprowadzenia stałych zmian w stylu życia, a nie stosowaniu krótkotrwałych restrykcji żywieniowych. Badania dowodzą, że przy dobrej kontroli spożycia energii, proporcje makroskładników, indeks glikemiczny i ładunek glikemiczny diety nie są powiązane z redukcją masy ciała, a wpływ modyfikacji profilu diety na efekty redukcji masy ciała może zależeć od indywidualnych predyspozycji osób je stosujących."

Podsumowując, dla jednego pacjenta 1200 kcal będzie stanowczo zbyt małym pułapem, natomiast dla drugiego idealnym. Każdy przypadek należy traktować indywidualnie.

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...